Dni jak z żurnala
Moje miłe, piękne nastały czasy: dziecko śpi i je o przewidywalnych (choć z grubsza) porach, na dworze tu u nas nie wiosna już nawet, a lato, bilety na kolejną podróż do Polski kupione. Nic, tylko się radować, co niniejszym czynię. Niedziela, co to była za niedziela!... I drzemka poranna trzyosobowa, leniwie słoneczna, i Msza (William za kościołem przepada - a okazuje się, że za świątynią hinduską, do której powiodła go ostatnio w Oklahomie babcia, również). I długi, przyjemny spacer nad wodą, i kawka nad oną, i obiad w restauracji. Dzień jak z żurnala, nie inaczej :D A do kawki nad wodą - pierniczek. Zaopatrzyliśmy się tejże niedzieli w pierniczki i inne dobra (sok z czarnej porzeczki Horteksu!) w... pobliskim chińskim supermarkecie. Tak, tak, tam właśnie, w dziale "Latino Foods" (!) nabywaliśmy już swego czasu i Ptasie Mleczka, i Torciki Wedlowskie. A na zakończenie dnia syn w domu zasnął, dając matce możność udania się samochodem do sklepu - i nabycia sweterka, w cenie o...