Zacznijmy od róż
To był beżowy, rozpinany sweter w pąsowe róże. Właścicielka swetra, śliczna, delikatna, niebieskooka naturalna blondynka, pewna siebie, nieodmiennie zadbana i odprasowana, z paznokciami, pierścionkiem zaręczynowym i dyskretnym makijażem, studiowała na moim roku, w równoległej grupie. Usadowiona na ławce przed aulą jadłam kanapkę, a oddając się tej miłej czynności gastronomicznej dumałam nad urodą pąsowego swetra, własną (podówczas) niechęcią do żelazka oraz wstawania wcześniej niż 40 minut przed odjazdem autobusu wiodącego mnie na dworzec. Nie polubiłybyśmy się, zadecydowałam. Miało być inaczej. Jak film migają mi przed oczami chwile... Naszych pierwszych rozmów nie pamiętam. Pamiętam już za to jej kilkudniowe wesele. Wspólne wyjazdy paczką wspólnych znajomych. Sylwester "Lata 80-te", siedzimy na schodach w przerwie między tańcami, ona z włosami w palemkę, ja w bijących po oczach turkusach. Urodzinowe Dracool Party z mym świeżo poznanym przyszłym małżonkiem, on w roli Dracool...