Posty

Wyświetlanie postów z 2012

Dwa lata

Obraz
Zupełnie nie umiałam wyobrazić sobie jego narodzin. Tego przejścia z życia do życia. Czas miał się zatrzymać - i ruszyć. Jak to możliwe, żeby tak wszystko zaraz umiało wskoczyć w odnośne trybiki?... Usta zaczerpną powietrza, płuca będą wiedziały, co z powietrzem zrobić... Czy to, co w moim dziecku jest mojemu dziecku niezbędne do życia, znajdzie sie bezszelestnie na z góry upatrzonych pozycjach? Czy kalejdoskopowe szkiełko z wdziękiem dołączy do szkiełka? Na stole operacyjnym dziewczyna w białym gieźle, z luźno zaplecionym warkoczem, z paznokciami bez lakieru, z bladą kreską na palcu w miejscu obrączki. Unieruchomiona, a gotowa do skoku. Głos "rodzi się William", a zaraz potem nade mną ślimaczek skulony w dłoniach chirurga. Zalękniony przybysz z innej planety, z wnętrza mnie. Cały. Zdrowy. Całuję jego czoło, mówię "cześć, synku". Wielkie, ciemne oczy wpatrują się we mnie mgliście, ale z najwyższą uwagą. Tkliwość rozsadza ...

Jesień

Obraz
Właściwie to cieszę się, że przyszła jesień. Lubię lato, nawet bardzo, lato jest lubić łatwo. Wycisnęłam z tego lata, ile mogłam, choćby i do takiego parku wykonując po dwa kursy dziennie (domku z ogródkiem pragnę!), celem dotlenienia dziecka - i siebie. A teraz celebruję chmurki za oknem, szare popołudnia, wolniejsze tempo, częstszy widok Willemka z klockami na dywanie, czas na niespieszne porządki w szafie i komodach, z przytulnym radiowym szemraniem w tle, czas na lampkę, herbatkę, koc. Rozkoszne poczucie niemarnotrawienia czasu, gdy jesteśmy najzwyczajniej w domu. Jesień, jesień, jesienią nic już nie trzeba! Tego lata byłam w Polsce trzy razy - w lipcu i w sierpniu w domu, u rodziców, a we wrześniu - u przyjaciół w Warszawie. We wrześniu był też u nas na dwa tygodnie mój brat. Pojutrze lecimy do Stanów, do rodziny mężowej, a zaraz po naszym powrocie przylecą do nas moi rodzice. A potem tylko wypatrywać Bożego Narodzenia, które spędzimy w Polsce... Bilety lotnicze odmi...

22:26

Obraz
22:26. Biorę głęboki oddech i wszystko naraz widzę inaczej. Mój mąż, z dobroci serca, pracuje właśnie na pustaki do naszego domu. Staję obok niego i wyraźnie widzę, jak wokół biurka gromadzą się stosy pustaków, okien, desek podłogowych i terakoty. Nad naszymi głowami przelatuje nawałnica materiałów budowlanych. Fala stolarki okienno-drzwiowej zalewa nam pokój... Pośród tej betonowej kipieli, w tym glazurowym odmęcie, mój mąż siedzi na krześle jak na łódce. Niewzruszony. Skupiony. Wąska lampka jak morska latarnia rzuca światło na jego zmęczoną twarz, myślące oczy, tańczące na klawiaturze palce. Przypuszczam, że powiedziałam coś, wchodząc, ale przewalający się nad nami sztorm szczęśliwie wszystko zagłuszył. Spokojnie płyniemy dalej. Ze specjalnymi pozdrowieniami dla wszystkich mających w domu własnych Zapracowanych - Wasza Marchew P.S. Zdjęcie z początku nasze wspólnego Rejsu.

Drewniana łyżka

Obraz
William dostał od taty małą drewnianą łyżkę. Nie rozstaje się z nią! Od znalezienia jej zaczyna dzień, a obejmując ją dzień kończy. Trzyma ją zawsze odwrotnie niż zwyczajowo, i trzonkiem bada wszystko, co wokół. Zawartość maminego talerza, twardość jabłek, kruchość ciastka, puchatość poduszki. Chce się z nią kąpać! Chce z nią wychodzić na spacer! Gdy leży w swoim łóżeczku, ułożony do snu, śpiewam mu kołysanki (a bywa, że również "O mój rozmarynie..." i ... "Rotę", ... i kolędy, ... i "Amazing Grace"), a on, spokojny, wieczorny, jedną łapką ściska moją rękę, a drugą wymachuje w powietrzu swoją łyżką. Chuda drewniana łyżka z okrągłym, patykowatym trzonkiem, poplamiona malinami. Nieruchomieje dopiero pod koniec dnia, w dłoni ciepło śpiącego syna. Delikatnie wyjmuję ją spomiędzy jego palców, jutro znów wyruszy wraz z nim badać świat. Dużo dobra na cały dzień! M. P.S. Zdjęcia - lipcowe, z Lasu :)

Cztery kąty i syn piąty

Obraz
Dziś, przy niedzieli, rzecz niebywała - wnętrznościowy post mego autorstwa :)) Korzystając z drzemki syna zmobilizowałam się i obfotografowałam dwa dni temu jego pokój. Ach, co to była za praca w pocie czoła i z rozwianym włosem!... Nie żebym się napracowała nad samym aparatem, bo ja się na tym zupełnie nie znam, ale żeby w kadrach było to, co chcę, pod tym a nie nnym kątem i w takim a nie innym świetle... ciężka fizyczna praca, powiadam, i czapki z głów przed tymi, którzy takie rzeczy na co dzień :)) Mieszkamy tu już prawie od roku, pokój Williama przybrał już całkiem konkretny kształt. Największą frajdę czerpię z faktu, że wszystko w jego pokoju pochodzi z innego źródła, a dla moich ócz jest uprzejme tak przyjemnie się ze sobą komponować. A to było tak: samochodziki pochodzą ze sklepu z gazetami we wsi obok Ulubionego Lasu, poduszkę nabyliśmy w dniu USG połówkowego, kiedy dowiedzieliśmy się, że urodzi nam się syn, kocyk pod poduszką zrobiła dla Williama babcia (mama męża) i podarował...

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku...

Obraz
(... rodziców, oczywista!) Kiedy się przeziębiam to nieomylny znak, że w ciągu doby lub dwóch przeziębiony będzie również mój syn. Zdarza się, że mijają kolejne dwie doby i do syna dołącza małżonek. Od kiedy jesteśmy we trójkę, rządzi nami przeziębieniowe prawo serii! Pogoda w Anglii przez kilka dni po naszym powrocie była iście wakacyjna, szybko się jednak opamiętała, wracając do dystyngowanej angielskiej wczesnej jesieni, ze sweterkami, półbutami, a nawet - apaszkami... Z uwagi na podwyższoną temperaturę dzieckową, tę jesień za oknem i dla zdrowia reszty społeczeństwa nie wychodzimy dziś na spacer. Ani na plac zabaw do parku. Ambitniejsze prace domowe zawieszone, jeden tylko obiad samograj Się Robi. A my nic tylko bierzemy ten nieokrojony czas i jesteśmy w nim razem, jeszcze bardziej niż zazwyczaj. A to oglądamy Misia U. (od niedawna William tak rozkosznie rozkłada się na poduszkach na kanapie, jak chłopiec, a nie dzidza, no napatrzeć się na tę transformację nie mogę), a to uczymy si...

Borowik ślachetny

Obraz
- Idziesz na grzybki? - panowie sąsiedzi, sączący towarzysko piwko na tarasie domku nieopodal, zagadnęli mojego tatę. - Nieeee, ja tu mam dzisiaj swojego grzybka - wskazując na Williama odpowiedział z uśmiechem mój tata grzybiarz, człowiek anielsko cierpliwy i prawy, konsekwentnie zwany przeze mnie Ojcem Przewielebnym. - Nooo, borowik ślachetny - odparł jeden z sąsiadów, mój osobisty wujek Ślązak. - Ale broi jak szatan - dorzucił dyskretnie wujkowy towarzysz, pan Mietek. Tak pięknej urody dialog posłyszeć można było pewnego lipcowego ranka w moim Ulubionym Lesie, w którym to moi rodzice mają letniskowy domek. Pysznie drewniany, słodko niewielki, zbudowany od podstaw własnoręcznie, niespiesznie, dokładnie, przez mojego tatę. Kiedy rodzice kupowali tę działkę, był to po prostu kawałeczek pola, rżysko pod lasem, z którego moja mama godzinami wyczesywała grube, sztywne łodygi, wygrabiała kamienie. Dziś wokół domku rozpościera się bujna trawa, rosną brzozy, świerki, sosny i leszczyny sadzon...

Zacznijmy od róż

Obraz
To był beżowy, rozpinany sweter w pąsowe róże. Właścicielka swetra, śliczna, delikatna, niebieskooka naturalna blondynka, pewna siebie, nieodmiennie zadbana i odprasowana, z paznokciami, pierścionkiem zaręczynowym i dyskretnym makijażem, studiowała na moim roku, w równoległej grupie. Usadowiona na ławce przed aulą jadłam kanapkę, a oddając się tej miłej czynności gastronomicznej dumałam nad urodą pąsowego swetra, własną (podówczas) niechęcią do żelazka oraz wstawania wcześniej niż 40 minut przed odjazdem autobusu wiodącego mnie na dworzec. Nie polubiłybyśmy się, zadecydowałam. Miało być inaczej. Jak film migają mi przed oczami chwile... Naszych pierwszych rozmów nie pamiętam. Pamiętam już za to jej kilkudniowe wesele. Wspólne wyjazdy paczką wspólnych znajomych. Sylwester "Lata 80-te", siedzimy na schodach w przerwie między tańcami, ona z włosami w palemkę, ja w bijących po oczach turkusach. Urodzinowe Dracool Party z mym świeżo poznanym przyszłym małżonkiem, on w roli Dracool...

Koko & Ko

Obraz
Mamy pierwsze słowa prócz mamamama, tatatata i babababa (względnie: babs). Ciąg melodyjnych sylab o tematyce rodzinnej przerwało jakieś dwa tygodnie temu nieśmiałe, acz krótkie i stanowcze "koko", wypowiedziane na widok kurki, co to wchodzi w skład zabawkowego gospodarstwa. Dziecię przemówiło, a ja oniemiałam. Nareszcie! Nareszcie, synu, porozmawiamy! Rzuciłam się znajdować na synkowym regale książeczki o treściach okołozwierzęcych i proszę, kto by nie ilustrował i jak - "koko". "Koko". "Koko". A wypowiadać "koko" trzeba, wedle synkowego wzorca, wargi zawijając do środka, na zęby (to koniecznie!), cichutko acz wyraźnie, nie wiedzieć czemu nieco wstydliwie (warto spuścić oczy), lecz głosem dumnie uniesionym. I jak tu dziecięcia swego nie zacałować? Jak? Równolegle do "koko" karierę robi słowo "ko" - czyli "kot". Mam ja w domu rodzinnym kota, seniorkę piętnastoletnią, czyściutką i arystokratyczną pannę dachow...

Sweterek

Obraz
Zatrzymuję w pamięci jeden z moich ulubionych Puszkowych sweterków, nim zrobi się za ciasny. Przedziwna rzecz z tymi dziećmi - przysięgam, że czasem William wyrasta z czegoś z dnia na dzień. Zawsze się zastanawiałam, skąd rodzic wie, że dany wczesnodziecięcy artykuł odzieżowy stał się oto za mały - swoją drogą, niezgłębione są obszary moich zastanawiań :) Skąd wiadomo, że to właśnie dziś regularnie prane, składane, noszone sweterki i porteczki opaść muszą na dno szafy jak pożółkłe liście - dlaczego już nie wczoraj, dlaczego jeszcze nie jutro? Po Wielkanocy wróciliśmy do domu. William został rozpieszczony przez babcię, dziadka i wujka, aż miło. Lubię emocjonalne rozpieszczanie. Dziadek siedzi z Puszkiem, trzymając go "na barana", oglądają razem "Misia Uszatka", babcia podsuwa Luszkowi czekoladowe uszy zająca, Puszko-Luszek z umorusaną buzią pochyla się, by zajrzeć dziadkowi w oczy, sprawdza, czy dziadek widzi, jakie porywające rzeczy dzieją się w bajce sprzed kilkud...

Alleluja!

Obraz
(autorką rysunku jest pani Małgorzata Musierowicz, źródło: musierowicz.com.pl, wpis z 5. kwietnia 2012 r.) Wczoraj byliśmy odwiedzić naszą koleżankę i jej rodzinę, przyjechał po nas mój brat, świeżo upieczony kierowca! A trzy dni temu miał pięć dni. Przyjechał po niego do szpitala swoim polonezem wujek Józek . Obok wujka siedział tata, a mama, ja i Pięciodniowy - z tyłu. Całą drogę dotykałam jego maleńkiego czoła i nie mogłam się nadziwić, że takie miękkie... Raz jeszcze życzę Wam z okazji świąt Wielkiej Nocy wszystkiego, co dla Was najlepsze. I wielu pięknych, najpiękniejszych zadziwień - M.

Wielki Piątek

Obraz
Z doświadczenia wiem, że jeśli nie uczestniczę w nabożeństwie w Wielki Piątek, gubię sens Wielkanocy gdzieś między pisankami a babką. Bardzo zresztą to nabożeństwo lubię. Te wszystkie pieśni, które pamiętam po babci. I Gorzkie Żale, które, podobnie jak moja mama, odkryłam na nowo dopiero po urodzeniu syna. Smutek bez dna zawarty w "Toć i ja z Nim umieram". Dobrze, że znamy na pamięć porządek Wielkanocy. Dobrze jest wiedzieć, że po smutnym piątku przychodzi radosna sobota i uroczysta niedziela. Dobrze już dziś wiedzieć, jak się to wszystko potoczy! I mając tę wiedzę już dziś móc Wam życzyć wszystkiego dobrego. Wszystkiego najlepszego dla Was! M. (na Wielkanoc w Polsce)

Huśtawka

Obraz
Huśtawki w naszym parku są dla Williama źródłem wielkiej szczęśliwości. Niestety, parkowy plac zabaw został w poniedziałek zamknięty na dwa miesiące z przyczyn remontowych, akurat gdy pogoda stała się nam nie tyle wiosenna już nawet, co letnia. W ostatni weekend ruszyliśmy na huśtawki uzbrojeni w aparat, postanawiając przez najbliższe tygodnie żyć wspomnieniami. Cudowne mamy czasy, naprawdę cud-owne, gdy wystarcza dociśnięcie palca, aby zamknąć w zdjęciu jak w kapsule uśmiech, buty rozmiar 20, włosy rozwiane wiatrem, radość. Przy morzu jej bezsprzecznych zalet, mój stosunek do fotografii pozostaje nieco nieufny. Przeczytałam kiedyś, że robiąc zdjęcie z uczestnika wydarzeń automatycznie stajemy się obserwatorami. Myślę, że to prawda. Czuję wręcz fizycznie jak przyłożony do twarzy aparat fotograficzny ze środka chwili wyrzuca mnie na zewnątrz. Każdy kadr jest interpretacją tego, co przed oczami, wymaga zrobienia kroku w tył, choćby tylko umysłem. Czasem ten drobny dystans niesie coś po...

Powoli

Obraz
Dziękuję Wam. Za wszystkie piękne słowa, które zostawiłyście pod ostatnim postem. Dziękuję. One naprawdę - naprawdę, naprawdę, naprawdę - dodaję mi skrzydeł. Dziękuję Wam za ciepły znak, że jesteście po drugiej stronie odbiornika. Minęło pół roku od chwili, gdy stanęliśmy na angielskim chodniku, czekając na Człowieka z Kluczami; z Williamem śpiącym w samochodowym nosidełku, z wózkiem, plecakiem, małą podręczną torbą, trzema dużymi walizkami - i jedną małą, i z trzema kartonami wypełnionymi co do grama. Po pół roku przestalismy spać na łóżkowym materacu. Po miesiącach (powolnego) szukania, po tygodniach czekania... mamy meble już i w sypialni! Panowie wyjęli je z kartonów, a ja jeszcze długo dotykałam z nabożeństwem ciepłego drewna blatów, szuflad. Pamiętam nasz kawowy stolik w Kalifornii, z którego przy pakowaniu prezentów odeszły kawałki blatu wraz z taśmą klejącą :) Dalej kładłam na nim zrobioną na szydełku serwetę, nad którą spedziłam długie godziny, wazon z kwiatami i ciepłe magdal...

"Ty jesteś miłość"

Obraz
"Ty jesteś miłość", mówię do Puszka kilka razy dziennie, dodając czasem, by pamiętał o tym nawet wtedy, gdy koledzy w gimnazjum będą insynuować, że inne zgoła imiona są tu bardziej na miejscu. Miłość. Wielka miłość. Najprawdziwsza miłość. Miłość, która zawiązała się we mnie dwa lata temu, w lutym, a której spojrzałam w oczy niespełna dziewięć miesięcy później. Każdej nocy mój syn, jak księżyc, odbywa wędrówkę - zasypia wtulony we mnie, zostaje przeniesiony do swojego łóżeczka, rano natomiast budzi się, magicznym sposobem, w łóżku rodzicielskim (choć łóżko to wciąż jeszcze zbyt szumne słowo - czekamy na sypialniane meble, użytkując tymczasem materac). I co robi rano, gdy otworzy oczy? Szeroko się uśmiecha, ukazując wszystkie sześć zębów (cztery górne, dwa dolne). A zaraz potem, ranek w ranek, wybiega z pokoju, by po kilku chwilach wrócić z książką w ręku. Ostatnio najczęściej na pierwszy poranny kąsek wybiera książkę od babci Shili, o sowie, która szukała dla siebie mieszkanka...

Wyjechali

Obraz
Rodzice i brat właśnie wyjechali. W domu pustka, którą zna tylko ten, co też ma bliskich daleko. Na stole niedopita kawa mamy, zaparzona przez tatę, i jej nieśmiertelny krem nagietkowy. Na talerzyku, pod szklanym kloszem, upieczone przez nią drożdżowe rogaliki, które będziemy jeść jeszcze kilka dni. Na wieszaku wisi szalik brata, a w Polsce dziś tak zimno, będzie marzł, kiedy dolecą. Na stole gazeta taty, otwarta. Zimowe angielskie powietrze ich wessało, razem z taksówką i niebieską walizką z zieloną tasiemką zawiązaną na rączce. A przed chwilą jeszcze tu byli, śmialiśmy się z Williamka, co to się obraził, bo gdy kończyliśmy jeść obiad on chciał już, by czytać mu książkę. Zobaczymy się za dwa miesiące, wiem, że to i tak niedługo, ale dziś mi po prostu pusto. Tylko wtulić nos w ciepłą szyję syna i zasnąć. Na zdjęciu syn, zadowolony, bo "na barana" u dziadka. Zdjęcie raptem przedwczorajsze. Pozdrawiam Was w to lutowe popołudnie - - Wasza melancholijna dziś Marchew

"Żyła kobieta na Pomorzu, co chowała pieniądze w nożu"

Obraz
Zastanawiałam się kiedyś nad tym, co będę robić w chwili, gdy dowiem się o jej śmierci. Już wiem - sprzątałam łazienkę gościnną na przyjazd rodziców. Przyodziana w żółte gumowe rękawice, pochylona nad umywalką. Na półce cicho grało iPodowe radio. Dziś kończę gotować rosół, odcedzam makaron, kroję warzywa na sałatkę, przygotowuję kajmak, za chwilę wyjmę z lodówki kurczaka w jogurtowej marynacie i go przyrządzę - od środka, nieustannie, będąc zaczytana. Przyziemne dokładnie przeplecione ze wzniosłym, całkiem jak w jej poezji. Jeśli przejrzeć zawartość tego bloga, można napotkać kilka fragmentów jej wierszy. Dziś trzeba jednak powiedzieć otwarcie, osobno, że nie byłoby Marchwi gdyby nie było Szymborskiej. Jej twórczość, lepieje, wiersze, limeryki, odwódki i kolaże, ukształtowały mnie do szpiku kości. Gdyby nie było Szymborskiej, nie zabawiałabym swego czasu współstudentów na nudnych wykładach krążącymi po sali wierszydełkami swego autorstwa, z których jeden, z serii Oszczędniki, można prz...