99
W kwietniu byliśmy w Kalifornii, dwa tygodnie usiane sentymentem. Wszystko wokół prawie niezmienione, nasze ławki przed blokiem jak stały tak stoją, w tym samym co zawsze przepychu kwietniowej zieleni. Nasze pierwsze małżeńskie mieszkanie. I zaraz obok to, do którego przywieźliśmy trzymiesięcznego Williama. Wszystko tu, na tym końcu świata, znam. Chodzimy do sklepu i do parku, i do restauracji, i na plac zabaw. Tak jakby w kieszeni nadal pobrzękiwały lokalne klucze. Prowadzę syna pewnym krokiem, jeśli przystaję to tylko po to, żeby nałożyć nowe wrażenia na stare widoki. Kiedy wyjeżdżaliśmy stąd w roku 2011, trzymałam w dwóch palcach nitkę sentymentu, wiedziałam, że kiedyś będę chciała po tej nitce wrócić. Nadarzyła się ku temu okazja wcześniej niż się spodziewałam. Nacieszyłam oczy, uporządkowałam wspomienia. Już nie mam potrzeby, by wracać. I przy tym wszystkim ta towarzysząca mi cały wyjazd lekkość w sercu, ta upojna świadomość, że jestem tu tylko na chwilę...