Posty

Wyświetlanie postów z 2014

Łabędź to jest taka kaczka

Obraz
Mój syn brak rozeznania w bogatym świecie zwierząt najwyraźniej odziedziczył po mamusi. Szczęściem odziedziczył po onej jeszcze to i tamto: w dojrzałym wieku lat 3 zaczął czytać. Nie literować. Nie sylabizować. Czytać! Płyn-nie! Ze zrozumieniem. I za jednym zamachem w dwóch językach, a co! Na pierwszym indywidualnym spotkaniu z panią wychowawczynią w jego przedszkolu ucho me wyłapało następujące słowa: "... William, jako dziecko czytające płynnie, ...". Ha! Nie na darmo nadawałam mu imię po dziadku Szekspirze i wujku Faulknerze! A tak serio: chyba dopiero ten moment w przedszkolu uśwadomił mi cud, którego jestem świadkiem. Tak jak nie dostrzegamy z dnia na dzień tego, jak dziecko dorasta, tak i ja nie wychwyciłam momentu, kiedy moje dziecko - w wieku lat 2 znające alfabet (stałe Pytanie Dnia "a jaka to literaaaa?"/"what's this letteeeer?", w zależności od odbiorcy), śledzące później paluszkiem w książce czytane przez nas wyrazy - raptem zaczęło być...

5 lat, 100 postów, czyli - wbrew pozorom nigdzie się nie wybieram!

Obraz
Moi drodzy, to mój setny post. Jednocześnie za kilka dni minie pięć lat od dnia, kiedy puściłam w przestrzeń swoje pierwsze blogowe słowa. Ostatnia przerwa była chyba najdłuższa, sama nie wiem, jak to się stało, skończyła się wiosna, zaczęło lato, skończyło się lato, zaczęła jesień... Powodu tej przerwy nie potrafię podać, nie działo się u nas nic rewolucyjnego, wyjątkowo nie zmieniliśmy miejsca zamieszkania, wciąż nad polskim morzem. Nie przeżyłam też blogowego wypalenia, nadal mam o czym pisać, chce mi się pisać i mam nadzieję, że wciąż mam dla kogo pisać. Nie obiecuję większej częstotliwości pisania (choć ostatnie pięć miesięcy przerwy to jednak mocna przesada), ale czuję, że coś się zmieni. Od września William spędza w przedszkolu codziennie 4 godziny, chałupkę już zdążyłam w tym czasie odgruzować po lecie (latem tak bardzo szkoda czasu), w szafach posprzątać, dziś zatem z sumieniem czystym jak mój dom siadam na kanapie i piszę. Zresztą, jak co roku o tej porze, wraz z deszcze...

99

Obraz
W kwietniu byliśmy w Kalifornii, dwa tygodnie usiane sentymentem. Wszystko wokół prawie niezmienione, nasze ławki przed blokiem jak stały tak stoją, w tym samym co zawsze przepychu kwietniowej zieleni. Nasze pierwsze małżeńskie mieszkanie. I zaraz obok to, do którego przywieźliśmy trzymiesięcznego Williama. Wszystko tu, na tym końcu świata, znam. Chodzimy do sklepu i do parku, i do restauracji, i na plac zabaw. Tak jakby w kieszeni nadal pobrzękiwały lokalne klucze. Prowadzę syna pewnym krokiem, jeśli przystaję to tylko po to, żeby nałożyć nowe wrażenia na stare widoki. Kiedy wyjeżdżaliśmy stąd w roku 2011, trzymałam w dwóch palcach nitkę sentymentu, wiedziałam, że kiedyś będę chciała po tej nitce wrócić. Nadarzyła się ku temu okazja wcześniej niż się spodziewałam. Nacieszyłam oczy, uporządkowałam wspomienia. Już nie mam potrzeby, by wracać.  I przy tym wszystkim ta towarzysząca mi cały wyjazd lekkość w sercu, ta upojna świadomość, że jestem tu tylko na chwilę...

Mammmuuusia

Obraz
Tak zwraca się do mnie mój syn, zawsze "mamusia",  wyłącznie "mamusia", a właściwie "mammmuuusia", z namaszczeniem, tkliwie. Syn przemówił na dobre. O słodki czasie! Jak ja czekałam!!! Niespełna rok temu w akcie desperacji chwyciłam synowy tamburynek, otworzyłam pierwszą lepszą książeczkę z obrazkami, i wystukałam na tamburynku słowo JA-GO-DY. Dotychczas dziecię moje powtarzało jedynie te same sylaby. Jednojęzyczni rówieśnicy śmigali słowami na prawo i lewo, a my wciąż mama, tata, baba, pa pa, poo poo, kwa kwa. I tak pewnego dnia wczesnowiosennego pomyślałam sobie - może tamburynek to jest to, jest wyraźnie oddzielający sylaby rytm na zachętę (dajcie no tylko temu chłopcu rytm i muzykę!), spróbujmy. No i się udało, co pamiętam jak przez mgłę, bo popłakałam się przy tym całkiem nieadekwatnie do sytuacji. Obecnie pławię się w morzu zdań produkowanych licznie przez Williama, okąglutkich zdań polskich i angielskich, do wyboru. I zdań takich mi...

Tkackie czółenko

Obraz
Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei.   Wspomnij, że dni me jak powiew. (...) spojrzysz, a już mnie nie będzie.  To czytanie z Księgi Hioba w ostatnią niedzielę bardzo zapadło mi w pamięć. Znałam je już wcześniej, ale tak naprawdę poznałam je właśnie tej niedzieli. Po śmierci dziadka poprosiłam ciocię o dwie rzeczy z jego mieszkania - o serwetkę wyhaftowaną przez babcię i o dziadkowy ostatni kalendarz . Ciocia przekazała dla mnie mojej mamie więcej niż to, o co prosiłam, między innymi wielki skarb - stosik starych fotografii. Mama zrobiła zaraz telefonem tym zdjęciom zdjęcia, abym mogła zobaczyć je jak najszybciej. Powyżej jedno z nich. Zgadniecie, który z tych panów to mój dziadek? Ze zdjęć śmieje się do mnie codzienna, szczęśliwa babcia u boku codziennego, szczęśliwego dziadka, są na zdjęciach jakieś mocno trzymane beciki z wstążkami, jakieś ławki, czyjeś grzywki i podkolanówki, jakieś śmieszne stare samochody. Jak to możliwe, że dni tyc...

3 lutego

Można pościelić na noc łóżko. Porządnie, jak zwykle. Można pójść przed snem do kuchni i opanowanym do perfekcji ruchem zerwać z kalendarza kilkutysięczną kartkę. Można bez emocji rzucić okiem na dzień 3 lutego, imieniny Błażeja, Oskara, słońce wzejdzie punktualnie o 7:14. Można obok łóżka odłożyć okulary. Można położyć się, zasnąć. Dziadkowi -

Akacjella

W swoim poście Srebrna Akacja spytała mnie ostatnio (takie ostatnio, od którego upłynął już miesiąc, ech, życie) o to i tamto, więc niniejszym na Akacjellowe pytania odpowiadam. Swoją drogą, zawsze lubiłam takie zabawy, ma człowiek okazję sam nad sobą się troszku pozastanawiać. Lecimy zatem (a Akacjellę po stokroć pozdrawiamy!): 1. Kiedy długo nie piszę nic na blogu, to dlatego że...  jesteśmy właśnie w trakcie kolejnej przeprowadzki międzykontytentalnej, względnie tylko międzynarodowej :) A tak poważnie: prawda jest taka, że - zawsze! wszystko! - piszę bardzo... bardzo... bardzo... wolno.  A im szybciej się to później czyta, im bardziej zdaje się, że pisane było mimochodem, między obieraniem warzyw a  wyjmowaniem naczyń ze zmywarki, tym wooooolnieeeej to uprzednio pisałam. Taka przypadłość, co zrobić! Nie mam przy tym za grosz podzielnej uwagi. Ta kombinacja oznacza, że aby coś napisać muszę wykroić z dnia całkiem konkretny kawałek czasu. A z tym wszyscy wiemy, jak...