Posty

Wyświetlanie postów z 2011

Groch z kapustą

Obraz
Piszę oto (opublikuję, jak życie pokaże, w godzinach znacznie późniejszych) pożywiona zupą klopsową swego autorstwa, zupą, która w dobie przyozdobionych po wierzchu zup-kremów (jakie i ja, notabene, często popełniam) całkiem wypadła z obiegu kulinarnego, a która niezmiennie kojarzy mi się z ciepłym, bezpiecznym dzieciństwem, i z gotującą ją babcią. Pamiętam je wszystkie - grochówki, ogórkowe, klopsowe... I zupy jarzynowe, a w nich nielubiane wtedy przeze mnie, a uważnie odkrajane przez babcię od kości kawałeczki mięsa, pływające w zupie pospołu z kosteczką marchewki. I babcina ulubiona, blaszana miseczka, w której babcia zalewała kawałeczki surowych ziemniaków, by w stosownym momencie wrzucić je do garnka. Tylko pomyśleć, jakie drobnostki zapadają w dzieciaczkową pamięć! Jutro wyprawa do dzieciństwa mężowego - chlebki paratha (w wersji aloo, czyli nadziewane ugotowanymi ziemniakami, jeśli kucharkę poniesie fantazja) i warzywa duszone na sposób hinduski, z garam masalą przywiezioną prze...

Od zapominania do niezdecydowania, z przeglądem prasy przy obiedzie w środku

Obraz
Kiedy byłam w liceum, popularne było wśród dziewcząt, tęsknię wpatrzonych w dal, wypisywanie po zeszytach cytatu z wiersza księdza Jana Twardowskiego: "i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz". Zjawisko to było tak nagminne, że bardzo, ale to bardzo ten wers znielubiłam! Nie wiem, co raziło mnie bardziej - to, że wspomniane dziewczęta zielonego pojęcia nie miały o tym choćby, jaki tytuł nosi wiersz, zawierający w sobie powyższe słowa, czy może to, że zmieniający się co miesiąc adresat cytatu urągał powadze tych monumentalnych słów. Znielubiłam, i tak w nielubieniu trwałam przez kolejne dziesięciolecie, podczas którego wiatr wywiał mi z głowy wiele słów, wierszy wiele i fragmentów powieści. Aż nagle syn mój William, zwany roboczo Puszkiem, dostał gorączki ponad 39-stopniowej. Czekając, aż lekarstwo zacznie działać, przemierzaliśmy w nocy pokój z gorącym dzieckiem, leżącym dziwnie cicho i spokojnie na naszych rękach. Zmęczeni, zmartwieni, a przy tym nieistniejący, nieważni. ...

Gdy za serce uchwyt chwyta...

Obraz
... to rzecz musi być nabyta! Prezentuję Wam kawałek naszego nowego stolika okołokanapowego, któren to stolik ma jeszcze brata bliźniaka oraz starszego brata przedkanapowego. Bracia są piękni. Ujrzałam ich w sklepie i miłością nagłą zapałałam do wszystkich trzech (a właściwie do braci tych braci - pokrętne me tłumaczenia, pokrętne - gdyż na moich musiałam czekać 4 tygodnie). Przyjechali już jakiś czas temu (tylko pisać nie było kiedy!), całe ich sto kilo drewna, ciepłego, pięknego drewna. Wzruszona byłam niepomiernie gdy się rodzili z wielkich pudeł i z warstw styropianów, chodziłam wkoło, gładziłam, głaskałam. Pokażę jeszcze na pewno zdjęcia bardziej, ujmijmy to, całościowe, dziś tylko szybko foto z uchwytem w roli głównej. Ach, mamy już drugą w nocy, ostatnio o takich godzinach wyczynowych chodzę spać. Za to jutro (a właściwie dziś) lecę z Williamem do centrum odnowy, heh, biologicznej, czyli do domu rodzinnego, gdzie wyśpię się do syta i najem bez umiaru obiadami ugotowanymi nie prz...

Rozdział: Anglia

Obraz
Moje drogie, chciałam oto jakieś zdjęcie dzieckowe wrzucić do posta, podłączam kabelek, a tu bateria wyzionęła ducha. Po krótkim namyśle (gdzie ładowarka, gdzie przełącznik prądowy być może?...) wrzucam szybkim ruchem obrazek ze strony sklepu Cologne & Cotton, w którym to w czwartek 25. sierpnia zaszło zdarzenie dla mnie wagi historycznej. W tym oto sklepie (taki sobie piękny stał, też byście weszły na pewno) nabyłam pościel, najprostszą, białą, bawełnianą, niebiańsko miękką - nie na rok, nie na dwa, ale tym razem na zawsze. Na zaw-sze! Jaka ulga dla serca! Tym razem jeśli będziemy się gdzieś przeprowadzać to już z całym inwentarzem :) Ze sztućcami, z meblami. Na marginesie zdradzę Wam tylko, że nauczona wydarzeniami ostatniego roku w inwentarz obrastam opornie, po długich namysłach, a artykułów czysto dekoracyjnych nie kupiłam już, właśnie, przez rok. Czy ja już pisałam, że z Kalifornii zabraliśmy 3 walizki i 4 kartony i poza tym, co w środku, świadomie nie wzięliśmy niczego? To, ...

Bilet w jedną stronę

Obraz
Na początku sierpnia nasza trójka otrzymała komplet biletów w jedną stronę. W niedzielę, 20. sierpnia, po raz ostatni zamknęliśmy nasze kalifornijske mieszkanie i, odprowadzani przez przyjaciół, pojechaliśmy na lotnisko. Wraz z nami pojechały 4 walizki i 3 kartony, a w nich wszystko to, co postanowiliśmy zabrać ze sobą na nową drogę życia :) W czwartek przylecieli do nas moi rodzice, przed chwilą poleciał do domu tata; mama i brat zostaną jeszcze tydzień. Piszę szybciutko z urządzonego mieszkania, w którym zatrzymamy się do połowy września, aż do przeprowadzki do mieszkania właściwego. W najbliższych dniach musimy kupić z mamą tyyyle domowych rzeczy, na co cieszymy się jak gwizdki :) Na zdjęciu prezentuję syna w wersji hinduskiej (przed wylotem ze Stanów odwiedziliśmy jeszcze teściową). Bardzo zmęczeni, ale zadowoleni pozdrawiamy Was gorąco!

4:44

Obraz
4:44 wyświetlał na czerwono nasz stary elektroniczny budzik, gdy otworzyliśmy oczy w dniu naszej 4-ej rocznicy ślubu, 21. lipca. Chwilę wcześniej obudził się nasz syn, który przesiusiawszy pieluchę i piżamkę słusznie skonstatował, że w takich warunkach to on spać nie będzie. Wszystkiego najlepszego, wszystkiego najlepszego, jak wisienka na torcie ciepły, najdroższy, mokry prezencik pomiędzy nami. O naszej poprzedniej rocznicy ślubu pisałam tutaj . Dziś jesteśmy razem o rok dłużej. A co to był za rok! Tak długi jak pozostałe trzy poprzednie zebrane w jedno, a przy tym tak krótki jak szczęśliwe, zaspane spojrzenie o 4:44 nad ranem. I już mamy sierpień!... Mąż odwiózł właśnie na lotnisko swoją siostrę, teraz sprząta w kuchni po moich dzisiejszych kulinarnych wyczynach, a ja mam chwilę na wyciągnięcie nóg na kanapie i wystukanie na klawiaturze tych kilku słów. Znów kojąco szumi zmywarka, mąż pewnymi, wyćwiczonymi gestami myje synkowe butelki na mleko, ciepłe światło małej lampki z panieńsk...

Akcent marynistyczny w naszym mieszkaniu

Obraz
Dzisiejsze przedpołudnie wypełniły mi roboty gospodarskie wszelakie! Później za to Williama spotkało szczęście w postaci odwiedzin jego japońskiej rówieśniczki. Sakura, bo tak Williamowa koleżanka ma na imię, cieszy się wielką sympatią mojego syna - syn śmieje się do niej towarzysko, spogląda nań z radością w oku, a nawet - uwaga, uwaga - głaszcze ją po głowie. Piękny to widok, taka dziewięciomiesięczna koleżeńska para. Biegnę już teraz ku mej pościeli bieluśkiej, świeżej, wykrochmalonej, pozdrawiając Was przed snem - - M. P.S. Willątko zapozowało dla Was w swojej nowej piżamce.

Ach, piątek!

Obraz
Piątek, piąteczek, od zawsze ulubiony mój dzień. Zasiadłam oto na naszej kanapce z małżonkiem u boku - wypoczywamy. Chałupka posprzątana, aż miło, słodycz weekendowa upieczona. Ku radości mężczyzny po mej prawicy wybór padł na ciastka z kawałkami czekolady. Wybór ciastek podyktowany był jednak po części tylko gustami małżonka - co równie istotne, przepis przewiduje wykorzystanie li i jedynie dwu jajeczek, a w lodówce jajeczne niedobory. Z szybkim ich nabyciem trudna sprawa, bo nabywamy jajka od kurek nie tylko nie zamkniętych w klatkach, ale całkiem swobodnie chadzających po tym padole. No, ale wracamy do piątku! Piąteczku! Piąteciny!... Pralka i zmywarka kojąco szumią (och, jak ja lubię ten przytulny, domowy, miarowy szum), kawa Inka w ulubionym kubku, na wyciągnięcie ręki ulubiony mąż. A w pokoju obok śpiący, oddychający miarowo, ulubiony syn. Szczęśliwie się składa, że pogoda dopisuje, a balkon posiada gniazdko elektryczne - piekę bowiem, gdy syn śpi, co wiąże się zasadniczo z wynos...

Willątka adres kalifornijski

Obraz
Kalifornia, Kalifornia, to już cztery lata... Zobaczymy, jak długo jeszcze będziemy tu mieszkać - mamy nadzieję, że już bardzo długo nie. Póki co jednak korzystamy z pięknych okoliczności przyrody - do tej ścieżki spacerowej nad samą wodą, z drewnianymi mostkami, z dala od ulic, idziemy tylko pięć minut! Piękna jest i wieczorem, i w dzień. Nie pokazywałam nigdy dotąd, jak to mój syn urządził się w styczniu po powrocie tutaj. Oto jego łóżeczko, wypatrzone przeze mnie, i kolor, i kształt taki, jaki sobie wymyśliłam. Syn mój przepada za lewkiem i karuzelką, my natomiast doceniamy fakt, iż lewek działa na baterie i nie trzeba go co dwie minuty nakręcać. Gdy byłam w ciąży, nabyliśmy karuzelkę materialną, wielce estetyczną, i zawiesiliśmy ją sobie nad własnym łóżkiem. Ułożyliśmy się pod nią, wsłuchując się w staroświeckie, miłe brzmienie. Po piętnastu jednak minutach i kilkukrotnym wstawaniu w celu nakręcenia karuzelki zdecydowaliśmy, że estetyczna musi odejść... I tak oto nastała era lewka ...

Miesiąc w Polsce

Obraz
Czy nie jest tak, drogie współblogowiczki, że im dłużej nie piszemy tym trudniej zabrać się za napisanie kolejnego posta? Tyle spraw się nazbiera, tyle myśli, że nijak nie wiadomo, od czego zacząć, a na czym skończyć, o czym opowiedzieć, a co pominąć. Bywa jednak tak, że do pisania naszego zainspiruje nas nagle pisanie czyjeś - ja piszę po przeczytaniu poruszającego posta Lewkonii . Tak w kwietniu, w drewnianym letnim domku, który własnoręcznie zbudował mój tata, prezentował się mój powód do dumy, radości, niepokoju i setek wzruszeń: Za nami miesiąc w Polsce. Spięły go jak klamra Wielkanoc (pierwsza Williama) i, pod koniec maja, Pierwsza Komunia Święta mojej jedynej chrześniaczki. W środku miesiąca moja mama miała operację kręgosłupa. Oto mama i ja, codzienne, krótko przed operacją, uchwycone w kadrze, na polu, na którym dom zbudował tata: Na szczęście do czasu naszego wyjazdu mama zdążyła już dojść do siebie, choć jeszcze kilka tygodni nie będzie mogła usiąść, jeszcze kilk...

Wtajemniczony

Obraz
Jem sobie oto - w towarzystwie małżonka - kantalupkę (śmieszna to nazwa taka) i donoszę, że William został niedawno wtajemniczony spożywczo. Podczas naszego marcowego pobytu w Oklahomie u Williamowej babci syn spróbował marchewki! Zasmakowała mu ona bardzo. Tak bardzo, że, zniecierpliwiony, wziął sprawy w swoje (dosłownie) ręce. Oczom nie mogłam uwierzyć, lecz trzeźwość umysłu zachowałam, zdjęcie zrobiłam i dowód posiadam - oto nasz syn, który z punktu wiedział, do czego służy łyżeczka: Co tu dużo mówić - moja krew :) Uwielbiam jeść... I żeby to tylko marchewki... Ściskam Was i życzę Wam udanego spożywczo weekendu! M.

Dni jak z żurnala

Obraz
Moje miłe, piękne nastały czasy: dziecko śpi i je o przewidywalnych (choć z grubsza) porach, na dworze tu u nas nie wiosna już nawet, a lato, bilety na kolejną podróż do Polski kupione. Nic, tylko się radować, co niniejszym czynię. Niedziela, co to była za niedziela!... I drzemka poranna trzyosobowa, leniwie słoneczna, i Msza (William za kościołem przepada - a okazuje się, że za świątynią hinduską, do której powiodła go ostatnio w Oklahomie babcia, również). I długi, przyjemny spacer nad wodą, i kawka nad oną, i obiad w restauracji. Dzień jak z żurnala, nie inaczej :D A do kawki nad wodą - pierniczek. Zaopatrzyliśmy się tejże niedzieli w pierniczki i inne dobra (sok z czarnej porzeczki Horteksu!) w... pobliskim chińskim supermarkecie. Tak, tak, tam właśnie, w dziale "Latino Foods" (!) nabywaliśmy już swego czasu i Ptasie Mleczka, i Torciki Wedlowskie. A na zakończenie dnia syn w domu zasnął, dając matce możność udania się samochodem do sklepu - i nabycia sweterka, w cenie o...

Wiosna w lutym zadziwia mnie po raz czwarty

Obraz
Wiele z Was pisze na blogach o wielkiej, wielkiej potrzebie poczucia już wreszcie wiosny. Tak się składa, że my otrzymaliśmy wiosnę instant 29. stycznia, w momencie, gdy koła samolotu dotknęły ziemi, a może chwilę później, gdy obładowani dobrem wszelakim pod tytułem "bagaż podręczny" wyszliśmy na ląd. Napomknę jeszcze, że dobrem tym byliśmy obładowani po samiusieńkie pachy. Wyobrażaliśmy sobie chyba w czarnych scenariuszach, że w podróży William przebrany będzie musiał być 10 razy (ulewał jeszcze wtedy szczodrze), a buteleczek, prócz maminego mleka, domagał się będzie co kwadrans. A jeśli utkniemy we Frankfurcie? (wszak zima) No to jeszcze 10 pampersików, i jeszcze 3 pajacyki! A jeśli puszka z mlekiem wysypie się w samolocie to co? To pakujemy jeszcze jedną puszkę! Do tego aparat, kamera, 3 (słownie: trzy) laptopy, jeden męża, drugi mój (bliźniaczo podobne), a trzeci pracowy... do tego fotelik samochodowy, żeby syna w samolocie usadzić... no, wyobrażacie sobie. Walizki, torby...

Od środka!

Obraz
Nie pisałam od tak dawna, że nie wiem całkiem, od czego zacząć! Zacznę zatem od środka, bo dziecko drzemie i kto wie, jak długo jeszcze będzie drzemało, to chociaż o środku opowiem trochę :) Jesteśmy już w Stanach. Syn rośnie jak szalony! Stale się zmienia, coraz więcej potrafi. Jeszcze przedwczoraj łapał zabawki tak ledwo, ledwo, a dziś już w swoim małpim gaju (zwanym w porządniejszych domach matą edukacyjną) złapał papugę i ani myślał puścić! Aby czasu cennego nie tracić, nogą przy tym trącał słonika (nogi to w ogóle ma silne od zawsze, już od tych kopniaczków w brzuchu tak wczesnych i gęsto rozdawanych - tak sobie je wyćwiczył onegdaj, że dziś wypoczywa, śpiąc z nogami w górze!). Najmilszą jak dotąd zmianą były, oczywista rzecz, świadome uśmiechy. Moje ulubione chwile w ciągu dnia (i nocy): gdy podchodzę do Willątkowego łóżeczka, a syn na mój widok rozpływa się w wiernym, bezzębnym uśmiechu. O, na przykład takim: Drugą zmianą były postępy w komunikacji :) Dobrze jest opowiadać o świ...