Zawieszeni w czasoprzestrzeni
Jest trzecia w nocy, leżymy z Williamem w jego łóżeczku. W pokoju jest widno, rozkosznie ciepło palą się obie lampki. Porozumiewawczo patrzymy sobie w oczy (jego ciemne oczy z moich ciemnych oczu), śmiejemy się, trzecia w nocy, a my się tu umawiamy, że zaraz pójdziemy zjeść śniadanie. Wróciliśmy ze Stanów, ładnych parę dni temu, a nasze ciała wciąż wirują gdzieś nad Atlantykiem, a czasem - patrz śniadanie - wygląda i na to, że wiatr uniósł je już nad jeszcze inne morza i oceany. Przed narodzinami Williama potrafiłam szybko uporać się ze zmianą czasu, teraz to niemożliwe. Poprzedniej nocy poszliśmy spać o siódmej rano, wstaliśmy o piętnastej. Mój syn z rozpędu wstaje i zasypia w porach, które dyktuje mu ciało, na nic tu zda się rozsądek, wypracowana przez rok rutyna dnia. Przez pierwsze dni jadaliśmy o czwartej śniadania we trójkę, później praca sprowadziła męża na - angielską - ziemię. I tak zostaliśmy zawieszeni w próżni tylko we dwoje, matka i syn, w przytulnym kokonie śmiesznie...