O miejscu wyśnionym

Drogie dziewczyny, dziękujemy za życzenia pod poprzednim postem i tyle dobrych słów - bardzo, bardzo nam miło! Bardzo się cieszę, że piszecie, ten dialog to dla mnie najmilsza chyba strona prowadzenia bloga - dziękuję. Sprawa jest już zatem przesądzona - na pewno będzie jeszcze jeden post w temacie ślubnym, z większą ilością zdjęć. Przygotowuję sobie ostatnio różne albumy ze zdjęciami (wnioskując, że już wkrótce nie będzie na to czasu), więc będzie jak znalazł :)
A tymczasem dziś historia inna, również osobliwa. Co robić, takie już te historie lubią być :)
A było to tak:
W moim rodzinnym mieście była sobie działka - działka budowlana, niewielka. Słoneczna działka, położona na wzgórzu. Działka należała do ostatnich niezabudowanych w mieście, innych wolnych działek trzeba by już szukać w okolicznych wsiach. Ta natomiast działka cieszyła się jeszcze miejskimi udogodnieniami - miała dostęp do gazu, prądu, kanalizacji, prowadziła do niej ulica oświetlona latarniami, trzy minuty zaś spacerku od działki stał miejski przystanek autobusowy - wystarczyło wsiąść, a po siedmiu minutach wysiąść można było przed blokiem rodziców.
A przy tym - będąc w okolicach działki czuł się człowiek jak na wsi! Powietrze było tam, na wzgórzu, inne, śpiewały ptaki, słońce grzało, leniwie poszczekiwały psy. Po drugiej stronie uliczki stały jeszcze dwa rzędy domów, a za nimi - już tylko pola i lasy. Moja działka wymarzona, idealna...
Działka miała jednak właściciela, niezmiennego od 10 już lat, można więc było tylko myśleć o niej z daleka. Bądź z bliska - przyprowadziłam do niej kiedyś męża, narzeczonego jeszcze wtedy, mówię: spójrz, to jest moja wymarzona działka, działka, która nie będzie nigdy moja, choć czuję, że moja być powinna.
Ot, i tak zakończyć by się mogła cała ta historia. A jednak:
W marcu 2009 roku miałam piękny sen. Sen najpiękniejszy, o mojej ukochanej babci. Mieszkaliśmy z babcią prawie całe moje życie, aż do jej śmierci w 2003 roku. Kiedy zmarł mój dziadek miałam 5 lat, od tamtej pory przez kolejne 5 lat spałam z babcią w jednym łóżku - będąc małą dziewczynką grzałam nogi o jej nogi, uspokajałam się przez sen, słysząc jej oddech.
Babcia nie należała do ludzi najprostszych do kochania, była babcią surową, nieskorą do okazywania czułości. Nie było to jednak istotne, ja zapatrzona byłam w babcię, a babcia - choć nie okazałaby tego nigdy - zapatrzona była we mnie.
Moja babcia zmarła w pewną środę w samo południe, po długiej chorobie. W szpitalu, wśród swoich córek. Ja byłam wtedy na uczelni, z babcią spędzałam popołudnia i wieczory. Wtem bezdźwięcznie zadzwonił mój telefon - mama - i jeszcze raz, i znowu... I już nie trzeba było nic mówić. Zanim wyszłam z sali popatrzyłam jeszcze przez okno - blado świeciło słońce, dzień był jesienny, spokojny, cichy, wbijał się w tę ciszę tylko monotonny głos wykładowcy. Jak to jest, że w taki dzień, spokojny dzień, jak gdyby nigdy nic można odejść, pomyślałam jeszcze.
Krótko po śmierci babcia mi się przyśniła, a potem już nigdy więcej. Z wyjątkiem tego jednego, marcowego dnia w zeszłym roku. Obudziłam się, usiadłam na łóżku i mówię do męża - prasującego sobie koszulę do pracy - przyśniła mi się babcia, a sen był taki piękny, że muszę, muszę ci go opowiedzieć zanim go zapomnę, zanim zniknie! Śniło mi się, mówię, że siedziałyśmy obie na ławce w jakimś dobrym, słonecznym miejscu. Słońce przygrzewało, na naszej ławce był taki wielki spokój, a babcia była taka radosna! Śmiała się głośno, bardzo czymś ucieszona, i tak siedziałyśmy blisko siebie, zadowolone wielce.
Kiedy mój mąż wyszedł do pracy, włączyłam czym prędzej komputer, żeby opowiedzieć sen mamie. Dzwonię zatem do niej, a ona, jak nie ona, nie daje mi dojść do słowa: że czekała, aż się obudzę, bo ona koniecznie - koniecznie! - musi mi coś powiedzieć.
I mówi tak:
Nasza wymarzona działka budowlana jest na sprzedaż! Właściciele chcieli dać dziś ogłoszenie do gazety, ale spóźnili się o godzinę, już w tym numerze ogłoszenie się nie ukaże. Tata dowiedział się o wszystkim w pracy od siostry właścicielki. I zaraz zadzwonił do mamy, a mama czekała aż będzie u mnie ranek, żeby mi o wszystkim zaraz opowiedzieć!
No tak, mówię smutno, działka na sprzedaż jest, ale my na pewno pieniędzy na nią nie mamy, nie wspominając już całkiem o tym, że z mężem moim rodzonym o zakupie działki w moim mieście jako żywo planów nie snułam. Siedzę więc oto z fizjognomią iście poranną, piżamową, z włosem rozwianym, a myśli mało przyjemne snują mi się po głowie... Działka niby osiągalna jest, ale nie jest, teraz ktoś ją kupi i zbuduje sobie na niej dom - swój dom.
Myślę zatem ponuro: zadzwonię do męża i powiem mu o wszystkim, niech wiem już na pewno, że z marzenia nici. No i dzwonię, opowiadam tym razem ja mężowi o działce i pytam głosem cichym a wątpiącym, czy my w ogóle jakieś pieniądze mamy (trzeba Wam wiedzieć, że Marchew Wasza w kwestiach finansowych jest jak dziecko we mgle). A mąż mówi krótko a rzeczowo: jeśli się zdecydujesz to pieniądze akurat mamy, i to w takiej dokładnie kwocie, jakiej nam potrzeba. W oczach mi pociemniało, przysiadłam więc na krześle i mówię dalej: no ale ty byś chciał tę działkę kupić? A on na to odpowiada, rzeczowo w dalszym ciągu, jak to właśnie dziś rano, gdy ja jeszcze spałam, brał prysznic i tak sobie myślał, że dobrze by było, gdyby rodzice działkę nam znaleźli budowlaną w moim rodzinnym mieście...
Reszta, moje miłe, jest milczeniem. A może i nie - tak się składa, że akurat bilet miałam do Polski i wylot, dużo wcześniej zaplanowany, za dwa tygodnie.
I podczas tego pobytu nabyłam dla nas tę działkę budowlaną, wymarzoną przeze mnie. Rzecz odbyła się w przemiłych okolicznościach, bo, jak się okazało, poprzednich właścicieli znamy z rodzicami od lat. Siedziałam na kanapce u notariusza w towarzystwie rodziców i myślałam sobie, że jak nic dziecko (... we mgle...) nabywa właśnie kawałeczek własnego miejsca na świecie, nie do wiary, naprawdę nie do wiary...
Kiedy jesteśmy w Polsce to lubimy sobie z mężem pójść na tę naszą działkę, pooglądać, pomarzyć. Marzymy o tym, że któregoś dnia postawimy na niej dom, myślimy, jakie drzewa posadzimy wokół. Projekt domu już też znalazłam i pewnie, jeśli dom kiedyś zbudujemy, to taki, jaki od pewnego czasu noszę w swojej głowie. I ławka stanie koło naszego domu, zupełnie taka, jak w moim śnie.
A kiedy już tymczasowość zaczyna mi doskwierać, i te sprzęty niedocelowe zupełnie, i te książki w kartonach, to myślę sobie, że to wszystko nic, bo nasze własne miejsce na świecie już jest - i czeka!
Z ciepłymi, lipcowymi jeszcze pozdrowieniami, jak zawsze wdzięczna za Wasze słowa -
M.
Musimy pamiętać... marzenia się spełniają.
OdpowiedzUsuńTeż mam mnóstwo najcudowniejszych wspomnień związanych z Babcią;-)
Marchwio kochana do późna wczoraj czytałam Twoje ślubne opowieści, dziś ledwo oczy przetarłam a tu kolejna nieziemska opowiastka o wyśnionym "miejscu na ziemi". Za okem deszcz a ja jeszcze wakacyjna całkiem więc myśli zebrać nie mogę bo tyle chciałabym napisać ...
OdpowiedzUsuńzatem zmykam bo zapach kawy podanej do łóżka wygrywa z kompem ;))
pozdrawiam ciepło
13ka
Niesamowita historia. Życzę żeby na tej wymarzonej działeczce powstał wymarzony dom.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Ach... życzę Ci by wszystkie Twoje marzenia spełniały się w tak piekny sposób :)
OdpowiedzUsuńI... to tylko kolejny dowód na to że marzyć trzeba, bo tylko wtedy damy światu szansę by nasze marzenia spełnił, prawda? :)
buziaki!!!
No Marchewko, ja chyba do czytania twoich kolejnych postów powinnam zasiadać zaopatrzona w paczkę chusteczek, bo znowu się wzruszyłam okrutnie! Znów historia bajkowa, choć prawdziwa... Odpowiednia na taki poranek jak dziś - u mnie leje i wieje tak, że deszcz pada niemal poziomo, całą noc nie mogłam spać, wstałam więc w super humorku - a tu taka opowieść! Od razu jakoś lepiej na duszy;) Mam nadzieję, że pochwalisz się, jaki projekt domu wybrałaś (mnie takie sprawy żywo interesują;)) Pozdrawiam najserdeczniej:)
OdpowiedzUsuńWzruszajaca historia i jakze prawdziwa. Chusteczki jak najbardziej potrzebne byly. Ja dziadka nie pamietam, a babcia umarla 15 lat temu. Rowniez mieszkala z nami od zawsze:)
OdpowiedzUsuńCiesze sie, ze wiesz gdzie jest Twoje miejsce na Ziemi. Czasem do konca nie wierzymy gdy marzenia sie spelniaja i chyba takie najbardziej ciesza:)
Pozdrawiam cieplutko:)
Kochana
OdpowiedzUsuńPoryczałam się strasznie.
Ale tak pieknie napisałaś.
Cudnie jest miec swoje miejsce na ziemi.
Ja jeszcze go szukam, ale mam nadzieję, ze kiedys podobnie jak Ty znajdę je.
pozdrawiam bardzo, bardzo gorąco pociągając nosem i ocierajac łzy jak grochy.
Barbaratoja, ano spełniają się, spełniają, choć czasem człowiek zapomina marzyć :) A babcie to istoty jedyne w swoim rodzaju, dobrze je mieć, same widizmy, że nawet kiedy odejdą - to są.
OdpowiedzUsuń13ka, i ja Ciebie pozdrawiam cieplutko! No widzę właśnie, że z wakacyjnych wojaży wróciłaś. Zawsze jest tak jakoś trudno się człowiekowi przestawić na tryb powakacyjny - jakby po drugiej stroni lustra się znalazł zaprawdę :)
Imoen, dziękuję, bardzo, bardzo o tym marzę! :)
Ushii, no właśnie, sama czasem się łapię na tym, jak człowiek bezczelny wręcz powinien być w swoich marzeniach, bo czasem wtedy tak się układa, że nawet te bezczelne, śmiałe marzenia jednak się spełniają. Ściskam! :)
Sunsette, dziękuję, tak mi miło, że moja historia wlała z rana troszkę balsamiku na Twoją duszę, wiatrem smaganą i deszczem :) Projekt odnośny mailem Ci prześlę w tygodniu, bo ja oczywiście zmiany bym w nim robiła i jak bym się tu rozpisała to nno, nno! I ja pięknie pozdrawiam :)
Monika, to wiesz sama, jak to jest, gdy odejdzie taka babcia, która człowieka zna od podszewki... bo słowo "babcia" słowu "babcia" nierówne zupełnie, ja jak większość ludzi obdarzona byłam babciami dwiema, ale tylko jedna była mi tak bliska. Buziaki!
Furto, dziękuję. Cieszę się, że udało mi się opowiedzieć rzecz tak, jak siedzi ona w moim sercu - bo chyba się udało, skoro i ja na myśl o tym wszystkim ryczę czasem. I ja Ciebie gorąco pozdrawiam!
Świetna ta historia. Dowód na to że marzenia się spełniają. Cieszę sie że tu trafiłam i przeczytałam. Życzę jeszcze tego wymarzonego domku jak najszybciej. :) Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńEwa, dziękuję, że mnie odwiedziłaś! I za komentarz dziękuję serdecznie! Ech, tak bym już tego domku chciała... Pozdrowienia!
OdpowiedzUsuń