Podróż sentymentalna



... A syn w moim brzuchu rośnie! W piątek słuchaliśmy jego serca, bije podobno bardzo rytmicznie i bardzo silnie. Do tego synek jak zwykle zadziwił panią doktor swoimi kuksańcami, podobno niespotykanie mocnymi jak na 26. tydzień ciąży - ja nie mam porównania, ale pani doktor ma i niezmiennie wprawiana jest przez dziecię nasze w zaniemówienie :) Ha, a i tak daleko było tym grzecznym, piątkowym do kopnięć-gigantów, jakimi synek wspaniałomyślnie mnie raczy. 26. tydzień zaledwie, a ja, gdy to piszę, zerkam na mój brzuch, który już teraz faluje i wybrzusza się w rytm synkowych pląsów. Wyjątkowo upodobał sobie krasnalek mój kuksańce w trójpaku, i raz, i dwa, i trzy, a kilka dni temu nauczył się kopać matkę ręką/głową i nogą jednocześnie, po dwóch stronach brzucha, dla zmylenia ojca swego, czającego się z dłonią na właściwy moment. Syn urządza sobie harce w moim brzuchu w nocy, kiedy kładę się spać, a potem budzi mnie średnio co trzy godziny - nad ranem jest już gotowy witać nowy dzień, kręci się tam w środku ta moja perełka i kręci, i jak tu go zignorować, wstać trzeba i śniadanie obojgu nam podać :) No a później przejawia swoją chęć do życia jak dzień długi i szeroki!



A ja z każdego kopniaczka - również z tego w pęcherz, również z tego w środku nocy - cieszę się jak gwizdek. Moja koleżanka ze swoim nieocenionym poczuciem humoru twierdzi, że tak się właśnie rodzą patologie w rodzinie :)



Dziś wiem już na pewno, że moim największym łaknieniem ciążowym są... owoce. Żrę je na kilogramy. Brzoskwinie, jabłka, banany, maliny, jagody, truskawki, arbuzy!... (swoją drogą, dobrze, że mamy lato). Kiedy moje zapasy się kurczą - w lodówce i w wielkiej drewnianej misie - wpadam w nieznany mi dotąd popłoch. Jedziemy wtedy czym prędzej do sklepu i nabywamy pół kilo jagód, tuzin brzoskwiń, pęk bananów, całego arbuza - i już mi na sercu lżej :) Warzywami też nie gardzę, taką marchewkę na przykład zdrową, surową zjadam kanibalistycznie jak królik (...swymi zębami z odzysku...). Do tego nabiał we wszelkiej postaci - jogurty, zimne mleko, ser. Mmm...



Wyprawkę udało się nam zgromadzić całą właściwie w miesiąc - dodam, że był to miesiąc wy-tę-żo-nych poszukiwań :) Na przybycie muchomorka naszego zainwestowaliśmy też w nowy aparat, przedmiot moich westchnień od dawna. Jako że będzie on odtąd obrazował to i owo w moich postach to go niniejszym Drogim Paniom przedstawiam. Oto i jegomość w pełnej krasie (zdjęcie internetowo-producentowe):



Szczęście moje nie zna granic! Wreszcie mamy aparat, który widzi to, co ja widzę i tak, jak ja widzę. Dużo się jeszcze muszę nauczyć, oj dużo, ale do końca października - i przyjścia na świat mojej męskiej, silnonogiej muzy - mam czas nauczyć się choć trochę :) Dodam na marginesie, że poczyniliśmy przy tym jeszcze jeden zakup aparatowy - znana Wam Marchew jest bowiem Marchwią realnie oceniającą pewne sprawy i wie, że aparatu o podobnych gabarytach targać wszędzie nie sposób, zwłaszcza jak się przy tym targa stado pieluch i grzechotek. Nabyliśmy więc przy tym jeszcze aparatowe maleństwo, maciupeńkie takie, co siedzi na stałe w mojej torebce, by nie uronić ni zaspanej w wózku buzi, ni uśmieszku bezzębnego.

Jegomość z powyższego zdjęcia (w każdym razie - brat jegomościa) latał ze mną w zeszłym tygodniu po naszym mieszkaniu, nieświadomym niczego, w stanie swym codziennym - w podróży sentymentalnej... Z tej to podróży dzisiejsze zdjęcia.



Wielką radość sprawiła mi niedawno Ola, obdarowując mnie własnoręcznie wykonanym, pięknym, różanym biscornu. Zrobiłam mu wiele zdjęć, jak też innym prezencikom od Oli - różanemu mydełku, różanym kadzidełkom, wreszcie - różanym pakuneczkom, w których wszystko to było zawarte. Najbardziej jednak spodobało mi się to zdjęcie zrobione dzień później, na którym biscornu siedzi sobie na naszym stole, bardzo już zadomowione, jakby było u nas od zawsze - Olu, raz jeszcze bardzo Ci dziękuję!



... A w podróż sentymentalną po naszym domu wybrałam się dlatego, że dom ten - nasz pierwszy wspólny dom, nasz dom przez ostatnie trzy lata - już wkróce naszym domem nie będzie. W ten weekend nastał u nas krajobraz kartonowy, przed nami zmiany. Opowiem o nich w przyszłym miesiącu, kiedy wszystko będzie na swoim nowym, innym miejscu.

Przyszedł do nas właśnie pan kurier z paczką od teściowej - znak, że synek znowu dostał prezenty! Idę paczkę otwierać zatem, bo rączki mnie świerzbią bardzo, a Was pozdrawiam z daleka, siedząc sobie przy tym stole z ostatniego zdjęcia - i czując, że już czas na brzoskwinkę - lub dwie! :)

Komentarze

  1. Droga Marcheweczko! Bardzo sie ciesze ze rozane biscornu zadomowilo sie u Ciebie. Napewno bedzie mu u Ciebie dobrze wsrod innych pieknych rzeczy, ktore nam pokazujesz:)
    Piszesz tak spokojnie o tych "kartonach". U mnie niedawno rowniez byla sytuacja, w ktorej o malo nie doszlo do pakowania i przeprowadzki. Jak sobie pomyslalam ile to wszystko wymagaloby pracy to wlos na glowie sie jezyl! Narazie zostaje tak jak jest, ale nie wiem na jak dlugo...
    Uwazaj na siebie! Wprawdzie ciaza to nie choroba, ale nie ma co igrac z ogniem!

    Bardzo fajny aparacik sobie kupiliscie! Bedziesz zadowolona. My tez mamy dokladnie taki i wciaz sie go ucze. Czesto siegam po mojego starego Panasonica Lumixa i pewnie to opoznia opanowanie mozliwosci Canona. Moj Maz dokupil do niego juz pare rzeczy i probke jego mozliwosci widzialas w zalaczonym kiedys linku do zdjec z wyjazdu.
    A tak w ogole sie nie rozpisuje tu, tylko obiecuje list niedlugo skrobnac i poszperam za linkiem do fajnych ksiazek do fotografii cyfrowej, ktore sobie warto poczytac jak sie ma taki aparacik;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ola, przeprowadzki to nic miłego, całe szczęście nie mamy dużo (sama się dziwię, jak mało), więc to pomaga... Ja od lat nie mogę nosić ciężkich rzeczy, więc mam to już we krwi i niczego, co ma więcej niż kilka kologramów, nie podnoszę. Opanowałam też takie triki jak przesuwanie nogą cięższych przedmiotów po podłodze, po kilka centymetrów za każdym zamachem :) A wszystkie poważniejsze prace należą do męża! A ja tak sobie tylko siedzę i pakuję rzeczy do kartonów - książki, dokumenty, ozdóbki... Kiedy tylko przyjdzie czas na meble (które posiadamy w ilościach szczątkowych) to przyjdą z pomocą koledzy :) Jakoś to się toczy, czasu mamy całe szczęście pod dostatkiem.
    Będę czekać na list i linki, a tymczasem pozdrawiam Ciebie cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak mogłam trafić do Ciebie dopiero teraz??!!!! czytałam posta z zaciekawienie i pod koniec juz tak emocjonalnie - bo baaardzo dużo nas łączy!:) i już szybko chciałam Ci o tym napisać.. :))
    Cudowna atmosfera bije mi tu przez ekran komputera :) pędzę nadrobić zaległości z mojej nieobecności tutaj, a Ciebie Marchewko zapraszam do mojego Białego Kredensu.. (Marchewki w Białym Kredensie...brzmi bosko!!:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sliczne biscornu, mi tez marzy sie takie, ale nie mam takich zdolnosci:) I narobilas mi smaku na owoce, tylko misa pusta, ale w zamrazarce jeszcze znajde, mniam:) Macie juz imie dla muchomorka;D?
    Powodzenia z preprowadzka i przytulnego nowego domku:)
    A u mnie tak teskno za Marchewka, rzadko zagladasz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jejku, jak ja uwielbiam do Ciebie wpadać i się zasłuchiwać w Twoje opowieści :)
    Buziaki wielkie przesyłam i głaski dla Synka :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ufff! Bo juz mnie przerazila wizja Waszej przprowadzki, a nie pomyslalam o Twoich oczetach...
    Linka sobie pozwole wkleic tu, a nad listem obiecuje popracowac jak najszybciej:)
    http://www.kelbytraining.com/product/the-digital-photography-book.html
    Ja mam cala serie i naprawde polecam.

    OdpowiedzUsuń
  7. nadrabiam zaległości archiwalne i nie mogę się nadziwić ile mamy podobieństw..od dat ślubu, urodzin począwszy , przez różne, różne,a na chlebie z miodem skończywszy...wspaniała z Ciebie osóbka...

    OdpowiedzUsuń
  8. I znów piękny post u Ciebie. Z przyjemnością go przeczytałam i uśmiechałam się, kiedy pisałaś o kopniaczkach Synka. A to dlatego, że jeszcze niedawno moja Adka raczyła mnie solidnymi kopniaczkami wewnątrz brzucha, a teraz obkopuje mnie ze wszystkich stron podczas snu, zabawy i karmienia. Sama radość. Cieszę się, że Twój Maluch zdrowo rośnie i że już naprawdę niedługo będziesz robić mu zdjęcia tym cudem, które zakupiłaś. Ja też wszędzie za Małą biegam z aparatem, ale większość zdjęć rozmazana totalnie przez ruchliwość dziecia :) ( mimo że nie chodzącego jeszcze )
    I zazdroszczę biskornaczka, bo alexls to moje guru w tej dziedzinie. Dzięki jej radom poełniłam swojego :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  9. Aparatu zazdroszczę;) Żałuję teraz,że się pospieszyłam i nie poodkładałam trochę dłużej kaski na taki, jak Twój, choć też kupiłam Canona:) Podróż sentymentalna... Mnie zawsze trudno jest sie przyzwyczaić do zmian, nie lubię ich, choć nieraz bywają konieczne. Ale przeprowadzka ma swoje dobre strony - dla kogoś, kto lubi urządzać dom;) Dobieranie ulubionym meblom i przedmiotom odpowiednich miejsc, wieszanie obrazów, zdjęć... A te ptaszki zielone są śliczne - w kolorze mojego okapu kuchennego, nawet spękania mają takie same;) Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Lusesita, moja miła, ja też jakoś o Twoim Białym Kredensie nie miałam Zielonego Pojęcia :) Taki ten internet przepastny. A pięknie u Ciebie bardzo! Jak dobrze, że mnie odwiedziłaś, i ja pooglądałam już sobie to i owo na Twoim blogu, podoba mi się wszystko, mogłabym się wprowadzać od zaraz :) Czeka mnie i dziś przyjemna lektura przy herbatce owocowej, do usłyszenia zatem!

    Monika, przepraszam, że nie zaglądam tak często jak bym chciała - albo bardziej, że komentarza nie zostawiam, bo zawsze choć zajrzę spojrzeć, co u Ciebie słychać :) Mamy tu ostatnio takie zamieszanie, wszystko opowiem już w przyszłym miesiącu - a będzie co opowiadać!
    A nasz muchomorek jeszcze bezimienny!... Ja się śmieję z mężem, że jak tak dalej pójdzie to on się będzie zwał My-Parents-Couldn't-Decide-On-A-Name-For-Me, hehe! Ściskam Ciebie cieplutko.

    Kasia, synek został właśnie pogłaskany, a jak!... I ja przesyłam buziaki!

    Ola, dziękuję za linka, przyjrzymy się na pewno tym książkom. Opisy wyglądają bardzo zachęcająco, proste, konkretne rady to jest to właśnie, czego nam potrzeba :)

    Mia, no właśnie, czas tak szybko płynie, ja nie mogę w to uwierzyć, że już 2/3 ciąży za mną. Kiedy piszesz więc o swojej córeczce to jestem pewna, że masz te jej kopniaczki w brzuszku świeżo w pamięci. I wiem, że i nasz synek będzie już niedługo po zewnętrznej stronie brzucha, a wtedy nadal będzie mnie obkopwywał, tak, jak o tym piszesz :) I na pewno ja też będę mieć problemy ze zrobieniem mu nierozmazanego zdjęcia! Ciepłe pozdrowienia.

    Sunsette, my też zawsze Canony i Canony :) Różni ludzi mają różne aparatowo-firmowe upodobania, a my się tak przyzwyczailiśmy, no i jest. Ten nasz fajny jest, ale ja wiem, że drogi jak małpa. Samej trudno by mi było usprawiedliwić ten zakup, gdyby nie dziecko, co to wiem, że małe takie tylko raz jeden będzie. Ale wiesz, jak aparat przyszedł to ja się go bałam dotknąć, leżał na stole, a ja - autentyk! - patrzyłam i się zastanawiałam, czy to aby na pewno moje :)
    Twój okap pamiętam z bloga, z odratowanych kafli, piękny jest, jedyny w swoim rodzaju. I ta zieleń coś w sobie ma, ta na moich ptaszkach rzeczywiście podobna! Jak dojrzałam te ptaszki w sklepie to przygarnęłam natychmiast dwie pary (jedna dla mamy), a małżonek mój mówi: no ale przecież my nie mamy ogrodu. Bo widzisz, ptaszki stały w sekcji ogrodowej, więc prostolinojność męska nie mogła ich sobie wyobrazić na ekhm ekhm salonach :) Pozdrowienia!
    P.S. I ja zmian nie lubię, nic a nic, ja się tak przywiązuję do wszystkiego...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Zacznijmy od róż