Wyprostowana dusza
![]() |
| (Odbiorca pocałunków moich ust i pracy moich rąk.) |
Od jakiegoś czasu bardzo lubię prasować. A wcześniej (zupełnie nieoryginalnie) bardzo nie lubiłam. Wywodzę się w prostej linii z rodu kobiet wrogo nastawionych do żelazka - mama traktuje je jak zło konieczne, mama mamy natomiast poszła swego czasu jeszcze o krok dalej - udawała, że wcale go nie posiada. Babcia miała pewien zwyczaj, który zapuścił w mej dziecięcej pamięci mocne korzonki. Składała ona mianowicie pranie w równiusieńki stosik, stosik kładła na fotelu i... z wdziękiem sadowiła się na stosiku na jakąś godzinkę :)))
Zostawiam Was z tym widokiem na chwilę i przechodzę już oto powoli do linii męskiej mojego rodu - bo tu, dla odmiany, sami koneserzy żelazka. Tata, odkąd sięgam pamięcią prasujący swoje koszule i spodnie z cierpliwością anioła, przy tworzeniu precyzyjnych kantów posiłkujący się swoją odwieczną różową szmatką. No i element napływowy - mój małżonek, niestrudzenie prasujący te same elementy garderoby w zaciszu własnego ogniska domowego, a różniący się od teścia tym tylko, że posługuje się szmatką w kolorze błękitnym.
Nie umiem wskazać na dzień, w którym prasowniczy gen mojego taty zdominował antyprasowniczy gen mamy. Jedno jednak jest pewne - dokonała się we mnie głęboka a niespodziewana przemiana!...
Jest wieczór, cisza. Siedzę sobie oto wygodnie przed moją szeroką deską do prasowania, w prawej dłoni dzierżę żelazko, lewą koryguję materiał. Z radia sączy się spokojna muzyka mojej młodszej młodości. Wspominam sobie to i tamto, trochę uśmiecham się do siebie, trochę z siebie. Oko zahacza o małżonka, który, ze słuchawkami w uszach, pożytkuje swoje pół godzinki dla słoninki, oglądając serial o zombie (...). Z małżonka oko przenosi się niżej, na piękną drewnianą ramę naszego łóżka, co z kolei przywodzi na myśl płyn do mebli, który nabyłam dziś z synem. Płyn ma piękny migdałowy zapach, a po jego nałożeniu blat naszego stołu stał się jedwabisty w dotyku. Włosy mojego syna, jedwabiste w dotyku, nadal pięknie pachną dzieckiem, więc wącham je codziennie i całuję tę jego gładką, pachnącą główkę raz po raz. Jeszcze mi na to pozwala... Wkrótce zostanę matką chrzestną małej - nomen omen - Róży. (Po stokroć nomen omen! Mama Róży nigdy nie przeczytała tego posta, ba, nie wie nawet o istnieniu tego bloga!). Róża rodziła się w sylwestrowy wieczór, wiedziałam o tym i byłam przy niej myślami, przeczuwając, że będę miała wielki zaszczyt zostać jej matką chrzestną. Dziś rano odebrałam w telefonie jej zdjęcie, w spodenkach aż po pachy, i naraz przypomniałam sobie Williama, tego sprzed dwóch lat, w bardzo podobnym stroju...
Tu moje myśli gładko zataczają koło. Ciepło żelazka przyjemnie grzeje ręce, wesoło bucha para. Spod moich dłoni wychodzą trzy gładkie poszewki.
Kiedy prasuję, wraz z materiałem pod moimi palcami prostuje się moja dusza.
Mówię Wam!

No i jak ja mam teraz się przyznać,że mam metrową stertę prasowania, an widok której wstrząsa mną dreszcz, tak nienawidzę...Najchętniej bym na tym posiedziała po prostu.Z tydzień :)
OdpowiedzUsuńCzuję duszą moją nienawiść duszy Twojej, bo i moja dusza jeszcze niedawno nienawidziła! :)
UsuńSposób babci polecam, z tego co pamiętam babcia parała się prasowaniem tylko w najcięższych przypadkach (dziergane serwetki), a nigdy nie odnosiłam wrażenia, że jest niewyprasowana ;)
P.S. 2 Na stertę prasowania z kolei polecam ładny pojemnik - ja mam taki duży (duży...) okrągły z grubego materiału w... ekhm... róże, z rączkami, dużo w niego wchodzi zanim się zacznie wysypywać, wygląda estetycznie i odnosi się wrażenie, że panuję nad tym chaosem :) Podczas gdy ja czekam aż zbierze się cały pojemnik, bo rozkładania deski do prasowania itd. nie lubię nadal, a pomieszczenia gospodarczego jak nie było, tak nie ma :))
Wczoraj wkładając pranie do pudła po pampersach ;) pomyślałam sobie, że sprawię sobie na pranie jakiś pojemnik, który da mi poczucie, że panuję nad chaosem :). Ja mam teraz taki plan, że prasuję we wtorki, ale że wczoraj nie zdążyłam, to Twój post jest dla mnie dzisiaj jak znalazł :). A ja polubiłam prasować po narodzinach Gabi - te małe ubranka to jednak zupełnie inne prasowanie.
UsuńPrasowanie małych, dziecięcych ubranek jest bezsprzecznie najlepszym rodzajem prasowania, jaki istnieje! :)
Usuńhahahah, swietnie napisane:) a ja uwielbiam prasowac male ubranka mojej corki, tylko opornie idzie mi prasowanie poscieli i innych wielkich form:)
OdpowiedzUsuńWielkie formy to cięższa sprawa... ten system ratalny na desce do prasowania mnie męczy! :)
UsuńWitaj
OdpowiedzUsuńMuszę tak jak Ty zacząć patrzyć na prasowanie, bo na razie to nie lubię.
Pięknie napisałaś.
Pozdrawiam gorąco
:)
UsuńGorące pozdrowienia!
gorąco pozdrawiam nieuprasoana myślami
OdpowiedzUsuńściskając Was serdecznie
z łezką radości w oku :)
milion trilon całuchów w marzeniach i w oczekiwaniu na tegoroczne spałnianaie marzen :)
Monika, dziękuję, jak zawsze, że jesteś :)
UsuńDroga Marcheweczko,
OdpowiedzUsuńBabcia mojego Małżonka do tej pory kuperkowo prasuje! ;)
Piękny tekścior, jak zwykle!
Punktem wyjścia są sprawy zwyczajne, ale sens głęboki, cudownie się Ciebie czyta! :)
Na razie nie stworzę sobie okazji, żeby docenić medytacyjne uroki prasowania... Ale psiątam grzecznie, wtedy sobie pomyślę, się zrelaksuję... ;)
Ponieważ byłam "chwilowo" nieaktywna, muszę pewną zaległość nadrobić...
W kwestii dziadkowej... Piękny tekst, wzruszyłam się, co było do przewidzenia... zwłaszcza,że byłam na bieżąco z filmem Michaela Haneke "L'amour". Bardzo polecam Marcheweczko, jeśli miałabyś okazję.
Pozdrawiam niezwykle serdecznie! :)))))
Ewelina
PS Trwam w zachwycie nad Twoim Cudem!
Wszystko by człowiek dla Takiego zrobił, co? ;)
Oj, wiem cuś na ten temat... ;)
Lokatoreczku, dziękuję za tyle dobrego słowa! Nie widziałam filmu, zapamiętam!
UsuńSerdeczne pozdrowienia, zaprawdę!!!
P.S. A mnie rozczula Twoja muffinka, z tą burzą loczków! Pewnie, że wszystko :)