Taki syn!
Skąd to się w nim wzięło? I dokładnie - kiedy? Ta opiekuńczość względem mnie, matki?
Dostrzegłam ją po raz pierwszy w kwietniu. Po jesienno-zimowej przerwie ruszyliśmy na basen - a tu niespodzianka. Syn zaczął bać się wody.
Nie dał się namówić ani na jeden krok. Ani na pół kroku. Biegał sobie tylko po kratkach ściekowych okalających dziecięcy basen (to uwielbienie dla faktur!), głuchy na wszelkie prośby, argumenty i mamienie cudowną zabawą.
Małżonek mój usiadł w basenie, manifestując swe doskonałe samopoczucie wynikające z faktu zbratania się z wodą - i nic. Syn obrzucił go tylko mało zainteresowanym spojrzeniem i kontynuował przemierzanie ściekowych kratek. Zanurzyłam więc i ja swe nogi w wodzie, oddalając się od brzegu o jakieś 30 centymetrów. Na co syn jak oparzony rzucił się do basenu! Zaskoczona, stanęłam jako ten słup soli, i z pozycji słupa zobaczyłam, że: choć każdy krok odmalowywał się na jego twarzy przerażeniem, nie wycofał się, nie przystanął, tylko brnął w moją stronę, po czym pochwycił mnie za rękę, pociągnął za sobą na brzeg, wymanewrował mnie na drugą stronę ściekowej kratki (!) i, wzburzony, powrócił do przerwanego zajęcia. No, zaniemówiłam. I weszłam do wody raz jeszcze, tym razem dosłownie centymetry od brzegu, żeby nie zmuszać Williama do wejścia do wody, a tylko sprawdzić, czy zareaguje podobnie. Zareagował. Raz, drugi, trzeci, dziesiąty. Stale kontrolował, gdzie jestem, co robię, a gdy tylko moje stopy dotykały wody, leciał z odsieczą, wyciągając po mnie stanowczą rękę, przenosząc mnie w bezpieczne miejsce. A na twarzy malowała mu się cierpliwa, baczna odpowiedzialność pomieszania ze zdumieniem moim uporem i lekkomyślnością.
Czyli wyglądał zupełnie tak jak ja musiałam wielokrotnie wyglądać, patrząc na niego.
Po epizodzie basenowym przyszedł epizod ślizgawkowy. William - dziś zjeżdżający na pupie, na prawym boku, na lewym boku, na brzuchu, stylem dowolnym i swawolnym - przez dłuższy czas żywił przed ślizgawką lęk. Wyraźnie nią zainteresowany, zagrzewał za to zawsze gorąco wszystkich ślizgawkowych zawodników, pętając się u góry między nimi, racząc ich radosnym uśmiechem, wtórując ich bojowym okrzykom. Zachęcaliśmy jak mogliśmy, małżonek demonstrował na własnym przykładzie, jak cudownie jest oto zjeżdżać sobie ze ślizgawki w pogodny, wiosenny dzień - i nic. Wszyscy sobie pięknie zjeżdżali, William, cały w skowronkach, każdemu kibicował, więc na ślizgawkę wgramoliła się i matka. A syn - jak nie doskoczy do matki! Jak nie złapie w przegubie jej niesfornej ręki! Jak nie nakaże wstać i oddalić się od ślizgawki na calutki metr! I-jak-nie-spojrzy!...
Pozwolenie na zjeżdżanie ze ślizgawki otrzymałam dopiero wówczas, gdy syn własnym swym kuperkiem sprawdził, że jest to dla matki miejsce bezpieczne.
A wszystko to przypomniało mi się dziś, gdyśmy sobie we trójkę czytali przed Williamowym snem książki. Syn słuchał, jeżdżąc Tomkiem-pociągiem po swojej odzianej w piżamkę nodze lewej, po kupce przeczytanych już książek, po nodze prawej. Mąż mój, pragnąc zsolidaryzować się w zabawie z synem, ujął tedy w dłoń Tomkowego koleżkę, Piotrusia, którym to Piotrusiem ruszył w trasę po moim osobistym przedramieniu. Łaskotał mnie Piotruś jak złe, więc skrzywiłam się bezwiednie raz i drugi. I co? I syn zabawę przerwał, obrzucił ojca spojrzeniem wymownie karcącym, po czym stanowczo odebrał z jego ręki Piotrusia, umieszczając go pod własną pieczą.
Takiego mam syna! Takiego!
A w temacie Tomka - przytoczę jeszcze dialog zasłyszany dziś na placu zabaw. No, muszę, bo się uduszę!
- Hi, I'm George. What's your name?
- My name's Thomas - but you can call me Spider-Man for short.
:)))
Dobrej niedzieli, Moje Drogie!
M.


cudowna historia!! :) i cudowny synek :)
OdpowiedzUsuńDzięki, dzięki! :)
UsuńFantastycznie ;-)
OdpowiedzUsuńJa dla odmiany dziś rano przez mojeg Dzidziola złamałam sobie palec u nogi. Równowaga w przyrodzie musi być
Hania - przykro mi z powodu palca :( Ja Ci powiem, że ja z kolei język sobie za chwilę złamię, ucząc mojego młodzieńca mówić! Ja-go-dy, dy-nia, grzy-bek, krza-ki :)
Usuńmarchewczko
OdpowiedzUsuńsyna SYNA to ty masz za...............ego
ech !!!!!
Hehe, dzięki, Duszko! :)
Usuńbłożesz ty mój, kochany i troskliwy to jedno, ale jaki DOROSŁY! Kiedy oni tak rosną, boże ja się muszę nacieszyć bobasowością mojego, bo zaprawdę powiadam - czas wielkiego przejścia już blisko. Nie chciałabym popadać w obłęd, jakbym miała 11 latka, ale jednak. Idą zmiany. Buziaki, nie mogę się doczekać kiedy Kajuś zacznie czułość świadomie rozdawać :)
OdpowiedzUsuńAkacjello - czas wielkiego przejścia tuż, tuż :)) Ja wiem, czas leeeeeci!... Buziaki!
UsuńKochana zazdroszczę takiego syna, takiego. Oby tak dalej, oby z każdym rokiem kochał i uwielbiał Cię bardziej i bardziej. Bo przecież z niczym nie da się porównać takiej matczyno-synowskiej miłości. I Wilek już taki duży, nie słodki niemowlaczek, a prawdziwy chłopczyk. Trzymajcie się wszyscy cieplutko.
OdpowiedzUsuńPs. Ciekawa jestem kiedy zawitacie na stałe do Polski, macie już jakieś plany?
Pozdrawiam
DDorota
Dorotko, dziękuję za dobre słowa i za serce. Planów na zamieszkanie w Polsce na stałe póki co nie ma, ale ja tam nie tracę nadziei :) Gorąco Ciebie pozdrawiam.
UsuńHa...lubię sobie popatrzeć na zdjęcia Twojego Syna, jest taki...hmmm...smakowity:) Pewnie mu przejdzie z wiekiem, bo jednak mężczyźnie słodkim nie godzi się być ale teraz jest jak mój ulubiony batonik Bajkowy...hahaha...no, naprawdę:)
OdpowiedzUsuńDzięki, dzięki, dzięki, Pieprzu Drogi :)) Bajkowy... mmm... zjadłoby się, zjadło... mmm...
Usuńzaglądam z rewizytą, dziękując przy tym za komentarz i cenne rady!:))))
OdpowiedzUsuńbardzo mi było miło czytać tyle cudowności!
Ach, a ja czekam już na zdjęcia Twojej córeczki :))
Usuń