Tutaj też jest wiiiiiin!daaa...

Tak, tak... jeśli byłby komuś potrzebny przewodnik po świecie wind to polecam swojego syna - windzianego konesera. Handlowo-konsumpcyjną część naszego miasta zna jak własną kieszeń i co kilka kroków zagląda matce w oczy, by usłużnie poczęstować ją  tytułowym zdaniem.

Wjedźmy zatem windą prosto z maja w sam koniec lipca! 

U babci i dziadka, latem, w letniskowym domku... 

W zeszłym miesiącu byliśmy w Polsce, w sercu Gdańska zostałam matką chrzestną Róży. W kolejny weekend, w sercu wsi koło działki letniskowej moich rodziców, William został właścicielem dużego zielonego plastikowego traktora. Bardzo dużego, bardzo zielonego i bardzo plastikowego. Obydwa serca pęczniały z dumy...

Na wzmiankowanej działce letniskowej William dał się poznać jako Cerber narzędzi stolarskich i sprzętu ogrodniczego swego dziadka. Nikomu nie przepuścił ni łopaty! Kiedy nasz sąsiad, pan Mietek, ujmując w dłonie taczkę opuszczał nasze tereny rekreacyjne, William rzucił się za nim i, czepiając się taczki co sił w wątłych ramionach, rozdzierająco płakał "Dziadziusia! Dziadziuuuusiaaaa!". Oczywista, pany sąsiady powzięły do Cerbera słabość. Mimo majątkowych niesnasek William polubił ich również - bratał się z nimi, latając po działce, jak i oni, bez koszulki.    

Po powrocie głowy naszej jednostki społecznej do Anglii, posiłkując się usługami PKP, odwiedziłam z Williamem moje koleżanki ze studiów. Cudowne doświadczenie. Syn, ja, sandały na nogach, bilety w ręku, plecak i pociąg.  Jedność. Wolność. Czy ja wiem?... A u kresu naszych wycieczek ciepłe kuchnie, pożywne obiadki, plotki przy drugich kawach, córki i syny, aż miło, kiedy ten człowiek, no kiedy, się tak rozmnożył...?  


Anglia przywitała nas niesłychanymi upałami - 3 tygodnie, cięgiem, bez jednej chmurki na niebie. Wykorzystaliśmy te okoliczności pogodowe w pełni, powiadam ja Wam, że ni chwili z tak hojnego daru (angielskiej) natury nie uroniliśmy. Jak koty z pęcherzem biegaliśmy na otwarte baseny (niechęć do basenów odeszła w niepamięć) i do parków, w weekendy zaś odbywaliśmy wycieczki dalsze i bliższe, również, ku uciesze syna ("Thomas, Thomaaaas!") - pociągiem.



Syn, syn. Syn zapałał ostatnio miłością do "More" Nat King Cole'a* - każe puszczać sobie raz po raz, podśpiewując "more", "before" i "sure" ("mooo", "by-foooo" i "szooo"). Lubi pikniki na zielonej trawce w porze lunchu, z całym ich rytuałem, chebkiem, soczkiem i grą z zielonym pająkiem. Lubi pieczonego kurczaka z ryżem. Do tego "woda" (jeśli przy obiedzie asystuje matka) lub "łotaaa" (jeśli ojciec).  Lubi: zielone żabki ("geżona żabka!") i czerwone papryki ("papika, papika!").Wielbi: Tomka i ferajnę ("Thomas! Gabryś! Potruś! Emiiiilka!) i K(r)ecika. Miszkę Miki i BaBa Sheeku**. Krecika to ja bym powiedziała nawet, że kocha, tak bardzo kocha, że trudno jest mu oglądać o nim bajki - płacze za każdym razem, gdy Krecikowi dzieje się krzywda ("Keciku!, Kecikuuuu!").

... i tak cudownie mówi "Mamusia" i "Tatuś". Uwielbiam jego przedsenne i poobudzeniowe wyliczanki: "kochasz mamusia, kochasz tatusia, kochasz dziadziusia, kochasz babcia, kochasz dadi, kochasz...". No, uwielbiam.

I gorąco pozdrawiam! :)

M.

* jutubowy filmik jaki jest, każdy widzi, ale przecież nie musi patrzeć :)
** dłuższo-grubsza historia...
*** tak po hindusku brzmi słowo znaczące "babcia ze strony ojca" :)

Komentarze

  1. Och, jakbym chciała Was zobaczyć w tych sandałach z plecakiem na peronie mej wiejskiej stacyjki, obieżyświatów dzielnych :)))
    Śliczny, prześliczny Willi, nie mogę się napatrzeć.
    Niedawno pomyślałam,że dobrze będzie znów sobie do Ciebie zajrzeć po nowe wieści :)
    Uściski z palnego południa :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Upalnego(hi, hi), ale jak dłużej tak pogrzeje, to lasy zapłonąć (tfu tfu) mogą

    OdpowiedzUsuń
  3. no i w końcu zajrzałam, powróciłam do Ciebie.
    ściskam mocno i dziękuję za dodanie otuchy i wiary, której mi ostatnio bardzo brak!

    fajnie, że jesteś!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz