Mammmuuusia


Tak zwraca się do mnie mój syn, zawsze "mamusia",  wyłącznie "mamusia", a właściwie "mammmuuusia", z namaszczeniem, tkliwie.

Syn przemówił na dobre. O słodki czasie! Jak ja czekałam!!!

Niespełna rok temu w akcie desperacji chwyciłam synowy tamburynek, otworzyłam pierwszą lepszą książeczkę z obrazkami, i wystukałam na tamburynku słowo JA-GO-DY. Dotychczas dziecię moje powtarzało jedynie te same sylaby. Jednojęzyczni rówieśnicy śmigali słowami na prawo i lewo, a my wciąż mama, tata, baba, pa pa, poo poo, kwa kwa. I tak pewnego dnia wczesnowiosennego pomyślałam sobie - może tamburynek to jest to, jest wyraźnie oddzielający sylaby rytm na zachętę (dajcie no tylko temu chłopcu rytm i muzykę!), spróbujmy. No i się udało, co pamiętam jak przez mgłę, bo popłakałam się przy tym całkiem nieadekwatnie do sytuacji.

Obecnie pławię się w morzu zdań produkowanych licznie przez Williama, okąglutkich zdań polskich i angielskich, do wyboru. I zdań takich mieszanych-kombinowanych, najsłodszych, też  - "Idziemy do się bawić" jako "We're going to play". Nie zdziwiło nas to, że początkowo dominował język polski, wszak dziecię nasze większość czasu spędza jednak z matką (o, przepraszam, z mammuuusią!). Co nas zdziwiło to to, że po przeprowadzce z Anglii do Polski William rozsmakował się w mówieniu po angielsku. Najpierw były dwa, trzy miesiące "How does tatuś saaaay?", dziesiątki, co ja mówię, setki razy dziennie. Taki nasz odpowiednik "A dlaczego"? Pytał po przebudzeniu, pytał przed snem, pytał doskonale znając odpowiedź. Stało się dla nas jasne, jaką ma doskonałą świadomość obu języków, ich odrębności. Czasem czytamy coś w jednym języku i William instynktownie, jakby nieświadomie tłumaczy słowa i zwroty drugiemu rodzicowi w jego języku. Przejmujące doświadczenie dla mnie jako dla matki (... mammmuuusi...) i jako, jak by na to nie spojrzeć, filologa angielskiego.

Chwilowo największe zainteresowania naszego syna to: alfabet, cyfry i figury geometryczne, a także kolory i żaby! (miłuje też nadal Krecika, choć uczucie to jest dziś nieco mniej intensywne). W kwestii alfabetu - pasją mojego trzylatka jest literowanie słów, dla fantazji raz po polsku, a raz po angielsku (nie wiem, jak angielskie "e" czytane jako "i" nie miesza mu się z polskim"e" i "i", ale nie miesza się). I nie było wbrew pozorom tak, że to my, rodzice, mieliśmy ambitny plan wpoić potomkowi alfabet w młodym wieku - już na długo przed swoimi trzecimi urodzinami William chodził za nami jak cień z książeczkami w ręku i żebrał o zaznajomienie go ze wskazywanymi paluszkiem literami. Mamy już za sobą pierwsze przeczytane samodzielnie słowa - pierwsze było, a jakże, "mama".

W kwestii cyfr - o, to jest wielka miłość. Liczy swobodnie do stu i dalej, poznał mechanizm tej sztuki, więc jedzie, proszę Państwa, z koksem. I fikuśnie do przodu i do tyłu, w obydwu językach, jak kto prosi. Czyta liczby bez problemu, ostatnio zafrapowało go "jeden zero zero zero", więc się rozwijamy. Pełnia szczęścia? Dyktowanie nam liczb, które rodzic zapisuje w różnych kolorach i które to liczby rzeczony rodzic otacza figurami geometrycznymi zgodnie z żądaniem syna ("trzydzieści siedem w trójkącie", "trzydzieści osiem w rombie" ... ). Zainteresował się ostatnio znakami "plus", "minus" i "równa się" (magnesy z soczków jeszcze z Anglii), więc już się domyślam, jaki temat będzie na tapecie tej wiosny. Czy jesteśmy zdziwieni? Tak, jesteśmy! Jesteśmy!

W kwestii żab - o tej miłości wie cała rodzina i wszyscy znajomi. Gadżety z żabą, to jest to, nie masz jak wesoła, przyjazna żabia gębusia. Żaby z ciastoliny, w różnych kolorach, spozierają na nas z wszystkich kątów, bo William bawi się nimi, wyprowadza je na spacery, i nie pozwala na zniszczenie którejkolwiek nowoulepionej sztuki (a lepić nowe trzeba).

I to, co zachwyca mnie najbardziej - okrzyk "siedem!" gdy spojrzy na wygiętą słomkę , "X!" gdy splecie prysznicowego węża w wannie, "prostokąt!" na widok wykafelkowanego parapetu w sklepie mięsnym. A kilka dni temu bawiliśmy się jego Tinker Toys, połączyłam dwa plastikowe kółka wygiętym w dół plastikowym pałąkiem. Od razu TO! zobaczyłam. Wołam, "William, co to?". Na co William, bez mrugnięcia okiem - "zielona żabka".

Mój syn!


Gorąco Was pozdrawiam -
Wasza M.

Komentarze

  1. wiedziałam, że dzieci dwujęzyczne są zdolne, inteligentne, myślą dwutorowo, rozwijają się lepiej niż ich rówieśnicy, ale nie sądziłam, że aż tak bardzo.

    z niecierpliwością czekam na takie postępy mojej córki.

    btw :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko wiesz Kasiu, jak to z tymi dziećmi jest, żeby dojść do tego miejsca musiałam swoje przepłakać i ręce pozałamywać... naprawdę miałam rok temu w głowie czarne scenariusze, i tak naprawdę NIC mi nie pomagało, żadne informacje na temat dzieci dwujęzycznych, żadna brana na nie "poprawka". Siedzieliśmy w towarzystwie innych dzieci, uśmiech na ustach, a w żołądku taki potężny ścisk. I znaki zapytania. Jeśli Wasz scenariusz będzie podobny to bardzo chciałabym móc Cię psychicznie wesprzeć - wiem jednak po sobie, że skołatane serce matki jest mimo wszystko dość zamknięte na pocieszenia płynące z doświadczeń innych matek. Trzeba samemu przeorać temat, zobaczyć to światełko w tunelu, słyszeć te własne ja-go-dy na własne uszy :) Na pewno póki co jedno z najtrudniejszych doświadczeń mojego macierzyństwa...

      Usuń
    2. no ja będę mądrzejsza o Twoje doświadczenia. Jeśli tak w ogóle mogę napisać.
      W razie dołów będę Cię maltretować:))

      Usuń
  2. tylko sie cieszyć naprawdę sie cieszyć być dumnym z takiego "bąka żabiastego"
    mój pięciolatek stroni od wszytkiego co jest zwiazane z rysowaniem malowaniem
    kojaży cudnie, nie lubi kredek i pisania
    nie wyobrażam sobie jak w przyszłym roku ma pójśc do szkoły???

    za to wygadany jest do bólu
    jego riposty są trafne ze zatykaja buzie dorosłym

    nie wiem co z tego gagatka wyrośnie nie wiem
    \
    jego siostra w jego wieku czytala pisala przecudnie malowala
    dzisaj mam z nia duzy problem ktorego ni cholery nie moge rozwiazac
    bunt przerasta moje mozliwości
    a czas ucieka a nauka w jej wykonaniu leży

    ech zycie

    wierze ze william mammmmmmusiowy bedize kazdego dani przynosil cudne wrażenia
    czego wam z calego serucha zycze
    m.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja, Moniś, nie wiem, jak mój w tej szkole, na ten przykład, zje sam kanapkę :) No taki kaliber! Z samodzielnością nieco na bakier. A temat żywieniowy to u nas w ogóle temat rzeka, nikt ze znanych nam osób nie chciałby brać odpowiedzialności za Williamowe wyżywienie. Ja tylko wiem ile wysiłku kosztuje mnie to, że syn nam nie dynda na dole siatki centylowej :))

      Wiesz, mojej mamie proponowali, żebym poszła do szkoły 2 lata wcześniej, ale ja za grosz nie umiałam pisać, a rysować - zaprawdę! - nie umiem do dziś :) Będzie dobrze, na pewno!

      I tylko przykro mi ze względu na Twoją córkę :( ...

      Usuń
  3. marcheweczko - a co wiliamciątko chce jesc albo czego nie chce>/
    z tym nie ma kłopotu na szczęście :)
    a duza - to na priv bo nie bede sie rozpisywac bo za bardzo boli :(
    slonko wam posylam choc u nas jakos sie schowalo

    OdpowiedzUsuń
  4. bardzo przyjemnie czyta się twojego bloga ! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hello there! This post could not be written any
    better! Looking through this post reminds me of
    my previous roommate! He always kept preaching about this.
    I'll forward this article to him. Fairly certain he's
    going to have a good read. I appreciate you for sharing!


    Here is my web blog ... onlinebingo

    OdpowiedzUsuń
  6. Cześć, bardzo przyjemnie tutaj na twoim blogu, świetny wpis, bardzo pięknie się go przegląda, zapewne odwiedze twojego bloga jeszcze nie raz bowiem bardzo jest niezwykły w przeciwieństwie do wielu innych blogów - Pozdrawiam Marcela :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Zacznijmy od róż