99


W kwietniu byliśmy w Kalifornii, dwa tygodnie usiane sentymentem. Wszystko wokół prawie niezmienione, nasze ławki przed blokiem jak stały tak stoją, w tym samym co zawsze przepychu kwietniowej zieleni. Nasze pierwsze małżeńskie mieszkanie. I zaraz obok to, do którego przywieźliśmy trzymiesięcznego Williama. Wszystko tu, na tym końcu świata, znam. Chodzimy do sklepu i do parku, i do restauracji, i na plac zabaw. Tak jakby w kieszeni nadal pobrzękiwały lokalne klucze. Prowadzę syna pewnym krokiem, jeśli przystaję to tylko po to, żeby nałożyć nowe wrażenia na stare widoki.

Kiedy wyjeżdżaliśmy stąd w roku 2011, trzymałam w dwóch palcach nitkę sentymentu, wiedziałam, że kiedyś będę chciała po tej nitce wrócić. Nadarzyła się ku temu okazja wcześniej niż się spodziewałam. Nacieszyłam oczy, uporządkowałam wspomienia. Już nie mam potrzeby, by wracać. 

I przy tym wszystkim ta towarzysząca mi cały wyjazd lekkość w sercu, ta upojna świadomość, że jestem tu tylko na chwilę, że to już nie mój dom!...

I już Polska, i maj. Taka piękna ta wiosna, właściwie lato. Na balkonie od strony kuchni powietrze jest wieczorami tak rześkie, że można je pić. Od morza czuć wilgotny wiatr. Za poręczą zieleń, drzewa, kwitnie jeszcze bez, fioletowy i biały. Ogródek. Dziewczynka bawi sie z kotem źdźbłem trawy. Pani, siwa jak gołąbek, pochyla się nad grządkami. Pan nawołuje kota. Co dzień ten sam wygwizdywany sygnał, Pusia, Pusia. Syn za moimi plecami bawi się drewnianymi klockami, na parapecie pysznią sie pelargonie.

Kilka dni temu szliśmy do domu przez park. Syn zmęczony, drogą i upałem. Zarządzam przerwę, sadzam syna obok starszej pani, ocieram jego łzy, całuję policzek. Już dobrze. Starsza pani czyta książkę oprawioną przez czyjeś uważne ręce w grubą, biblioteczną folię. Wolno idziemy do następnej ławki. A później do następnej. I tak trafiamy do domu.

A serce rozpiera mi szczęście i smutek zarazem, smutek płynący z oczywistego faktu, że ten dzień, to wszystko wydarza się po raz pierwszy - i ostatni.

I jeszcze jeden majowy obrazek. Wieczór. Rodzice zabrali Williama już rano do domku pod lasem, czujemy się z mężem jak na wagarach. Chodzimy wieczorem po naszym nowym mieście, siedzimy nad morzem i w parkach - jeszcze rosną bladoróżowe i kremowe tulipany. Jemy kolację, a potem jeszcze lody, niespiesznie. Wracamy do domu. Składamy pachnące słońcem pranie. Dziewczynka w ogródku gra na gitarze i śpiewa, mocno fałszując. Zachwyca mnie ten odważny, radosny śpiew, płynący swobodnie w wieczornym powietrzu.

Rano wybierzemy się na stację, żeby dołączyć do syna. Utkwimy w gorącym jak piekło pociągu, który to pociąg tkwić z kolei będzie w szczerym polu na skutek enigmatycznej awarii. Książki nie wzięłam, więc zacznę pisać. We wtorek pogoda zmieni się nie do poznania, nic tylko gotować rosołki i - jeśli już musimy wyjść - wyjmować z szafy kurtki, i to nie te najlżejsze. W środę wejdę na bloga, troszkę go odkurzę, filuternie napiszę o wiośnie, co to była jak lato.

Ot, i taki wyszedł nam ten post, post numer 99. Niech będzie! Macie może, Moje Drogie, jakiś pomysł na ten setny? :)

Z uściskami - M.
 

Komentarze

  1. Jaki przystojniak. Łap chwile- twoje sa piękne. buziolam

    OdpowiedzUsuń
  2. w setnym poście napiszaesz ZOBOWIĄZANIE że bedziesz częściej pisać !!!!!!!
    koniec i kropka

    marcheweczko
    synulina cuuudny
    w jakim nadmorkim świecie si zatrzymaliscie?
    może nie tak daleko?? :)

    całuski kochana
    czekamy na zdjęcia ze łonecznej kalifornii - i jak dobrze ze to była tylko chwilka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Marcheweczko Kochana,
    W pierwszych słowach mego listu napomknę banalnie, że Mój Zięć to piękny jest człowiek.
    Ja wiem jak się taką skórkę całuje, takie łapeczki jeszcze troszkę dzidziusiowe, chociaż takie już duże.
    Jak On patrzy... jak James Dean na tym zdjęciu i nikt inny po prostu!
    Ma "gadające" oczy! ;)
    Z tą "całą" Kalifornią to pięknie się nie sprawdziło przysłowie, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma", a sentyment do miejsc trzeba mieć, z nim jest człowiekowi bardzo dobrze. :)
    Marcheweczq, na stówkę poproszę o Zięciuniu (zawsze chcę o Zięciuniu), o pięknej Waszej codzienności, o sprawach zwyczajnych, nikt (nikt!) nie pisze o (pozornych) zwykłościach w sposób tak niezwykły jak Ty.
    Piszesz a w łepku się film wyświetla, takie to jest plastyczne, no i emocje są (na ten przykład ja mam często ze wzruszeniem do czynienia czytając ;).
    Całujemy Was tak mocno, że nie wypada ;)))
    Eweliny, Jagody i inne Majkele ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj
    Ale cudowny młody mężczyzna Ci rośnie.
    Pozdrawiam gorąco

    OdpowiedzUsuń
  5. It is appropriate to think of this tea in terms of
    anti-aging and a long and healthy life. For one thing, it's difficult to destroy a part of the cell without damaging the rest of the cell.
    Omega 3's are most prevalent in fatty, cold-water fish.


    Stop by my website :: Chris "the Kiwi" Ashenden

    OdpowiedzUsuń
  6. Marcheweczko,czy jest szansa,że wrócisz do blogowania?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Przepraszam za spóźnienie