Łabędź to jest taka kaczka



Mój syn brak rozeznania w bogatym świecie zwierząt najwyraźniej odziedziczył po mamusi. Szczęściem odziedziczył po onej jeszcze to i tamto: w dojrzałym wieku lat 3 zaczął czytać. Nie literować. Nie sylabizować. Czytać! Płyn-nie! Ze zrozumieniem. I za jednym zamachem w dwóch językach, a co! Na pierwszym indywidualnym spotkaniu z panią wychowawczynią w jego przedszkolu ucho me wyłapało następujące słowa: "... William, jako dziecko czytające płynnie, ...". Ha! Nie na darmo nadawałam mu imię po dziadku Szekspirze i wujku Faulknerze! A tak serio: chyba dopiero ten moment w przedszkolu uśwadomił mi cud, którego jestem świadkiem. Tak jak nie dostrzegamy z dnia na dzień tego, jak dziecko dorasta, tak i ja nie wychwyciłam momentu, kiedy moje dziecko - w wieku lat 2 znające alfabet (stałe Pytanie Dnia "a jaka to literaaaa?"/"what's this letteeeer?", w zależności od odbiorcy), śledzące później paluszkiem w książce czytane przez nas wyrazy - raptem zaczęło być tekstowo niezależne. Nie jestem mu już potrzebna do tego, żeby odczytać "Wesołych Świąt" na kartce od cioci lub "masło ekstra z Warlubia" na maśle (ekstra) z Warlubia ("82 procent tłuszczu... mammmmmusia, nie do lodówki tłuszcz, William chce poczytać"). Rzut okiem na słoik w łazience uświadamia mu, nieco skonsternowanemu, że ma oto przed sobą "masło do ciała". "Dzban, sandały, choinka, hipopotam" - i "dz", i "ch", jak to się stało, że on wie to, co wie - nie wiem. Były na pewno pytania, na które odpowiadałam w większym lub mniejszym biegu, ale nic konkretnego nie pamiętam. "Republika Południowej Asryki" ("f" to chwilowo "s"), "Republika Zielonego Przylądka" - proszę bardzo. Nazwę państwa przeczyta, po fladze rozpozna, puść mu hymn narodowy - odgadnie po trzech taktach. A jeśli nie odgadnie (hymn RPA kocha i odgadnie choćby świeżo zbudzony... zresztą tak go czasem budzę do przedszkola, ulubionymi hymnami, wstaje wtedy w humorze) to będzie siedział zafrapowany, skupiony, zadowolony. Ale ekstra zabawa, ekstra jak to masło, "pani mamusio, a co to takiego?" ("Pani mamusio" jest nowością, na bank kalka z "pani Magdo" z przedszkola). Z tymi flagami to zaczęło się od "Map" Mizielińskich. Strony z flagami, na końcu, są już wytarte od ślęczenia nad nimi. Na urodziny (czwarte) kupiliśmy zatem synowi grę "Jakie to flagi", najbardziej rozszerzoną wersję (193 kraje), za pierwszym podejściem William nie znał może 40 flag. Nic a nic nie zmyślam! Nie da się z nim grać, ma więcej punktów niż my razem wzięci - i ciągle podpowiada (chyba jest mu nas żal).

A później przyszła fascynacja układem słonecznym. W przedszkolu poznał któregoś dnia planety i z tą zasianą ciekawością przyszedł do domu. Na szczęście zapobiegliwy wujek przysłał nam zaraz dwie książki, bo w domu były w tym temacie dotkliwe braki, i ja, matka, posiłkowałam się ukradkiem internetem (a zawsze to milej posiedzieć z synem na fotelu, pod lampką, z książką w łapkach, jedyne co trzeba wtedy robić, to maskować zaskoczenie przy tej i tamtej informacji). William zna na wyrywki planecin porządek, wie, które mają księżyce, a które "pierściony", na których jest gorąco, na których zimno, a na których i tak, i tak. Puszcza sobie ostatnio wodę w umywalce, raz w lewo, raz w prawo, zimna, ciepła, i rzecze, ucieszony: "jak na Merkurym!". A potem myje ręce "mydełkiem Jowisz" (różowe Palmolive w kostce, troszkę wymydlone nabiera pożądanej kolorystyki, więc tylko takie kupuję).

Są jeszcze kształty, są romby i ośmiokąty, są ostrosłupy i walce, w obydwu językach, naturalmente, przecież to są takie piękne tematy rozmów z matką (lub ojcem). Przyziemnie sprawy też go - uuuff! - też go cieszą... Sprawdzanie, czy tata (ostatnio występujący pod pieszczotliwym pseudonimem "TAAA-tu") ma brodę (koniecznie przed wejściem do przedszkola, jest ku temu okazja, bo ojciec codziennie go z samochodu ofiarnie niesie, okrężną drogą (niech pamięta, że przez przejście dla pieszych koniecznie), nogi syna obijają się mężowi o kolana, ale mąż nie zważa na nic, zawsze pada sakramentalne "Does tatuś have beoooord"? (nie mylić z "beard", tych dwóch ma swój własny mikrojęzyk, czytany i pisany, nie nadążysz). A William się śmieje, dokonuje ekspertyzy i wydaje opinię biegłego.

A ze mną syn piecze i gotuje, ma coraz lepsze rozeznanie w temacie (co nie przekłada się na apetyt na nowości, bo z tym jak kiepsko było, tak jest). Patrzę wczoraj, a on bierze przydzielony sobie do zabawy kawałek drożdżowego, pulchniutkiego ciasta, najpierw robi zeń kulkę i strzela nią w górę jak rakietą (całość okraszona odpowiednimi efektami dźwiękowymi), a potem kulkę rozpłaszcza, sam z siebie sięga po mąkę, jakby od niechcenia, szybkim ruchem podsypuje i wałkuje tym swoim mini wałeczkiem. Super sprawa. Przenosi swój stołeczek od blatu z jednej strony kuchni do blatu z drugiej strony i uczy się powoli, że sos pomidorowy lubi troszkę cukru, a pieczarki sklarowane masło (sami klarujemy, także pospołu), że czasem potrzebny jest umiar (szczypta soli, synu, szczypta, tyle, co między trzema palcami matka zmieści, a nie tyle co ty łapką zagarniesz) - i tego, jak się rozpuszcza czekoladę w kąpieli wodnej (jeśli czekolada jest gorzka, a przecież przeważnie jest - z miejsca trzy kostki znikają w gębusi, co ciekawe innymi czekoladami gardzi).

Na końcu tej opowieści monotematycznej podzielę się z Wami jednym z moich większych wzruszeń tej jesieni. Otóż William lubi zasypiać, kiedy w jego łóżku leży przy nim mama albo tata (a najlepiej oboje, "mammmmusia, tatuś i William, wszyscy"). Tak ma, a ja zamiast z tym walczyć głaszczę go po włosach, wącham jego policzki, pachnące jak to drożdżowe, pulchne ciasto, cieszę się tym czasem (bo ile on jeszcze potrwa). Raz tylko strzeliłam niewymyślnym tekstem: "William, mógłbyś zasnąć sam, jesteś przecież już duży". Na co William spojrzał na mnie, tak bardzo serio, i powiedział: "William jest duży, ale mamusia jest malutka".

Kochani, gorące pozdrowienia, wielu wzruszeń w te Święta!
Wasza M.

Komentarze

  1. no i się wzruszyłam:))
    malutka pani mamusio Tobie tez na swieta i nie tylko duzo pociechy i radosci i doksztalc sie prosze troche, bo za niedlugo to Ty za synem nie nadarzysz i znow Ci bedzie, on biedak, musial podpowiadac:))no a ile mozna!

    nie chce mi sie juz pisac, bo juz pisze zawsze ze uwielbiam Cie czytac i prosze czesciej pisac!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, kochana, i nawzajem z tym pisaniem, i nawzajem! Tylko Ty o niebo bardziej regularna w pisaniu jesteś, na moje szczęście :))

      Usuń
    2. :)) no musze musze:) takie postanowienie noworoczne, wiec musze

      Usuń
  2. Witaj
    Cudownych, rodzinnych spokojnych Świąt.
    Pozdrawiam Kinga

    OdpowiedzUsuń
  3. Srebrna Natalia też była malutka. Najwyraźniej ważne kobiety, muzy, są malutkie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na scynście, na zdrowie, na to Boze Narodzenie, na tyn Nowy Rok!
    Sypnym po wos owsa ziorkiym, z nadchodzoncym nowym rokiem.
    Niek z ziorka rośnie miarka, za koździutkim siywcy krokiem.
    Zebyście mieli chleba, kielo wom trzeba,
    Zebyście mieli cielicek, jako w lesie jedlicek.
    Zebyście mieli owiecek, kielo w kopcu mrowiecek.
    Zebyście mieli wołków, kielo w płocie kołków.
    Zeby były konie zbrojne, zeby było krowy dojne.
    Zeby były hrube kłosy, coby nik nie chodziył bosy.
    Zeby sie chowały dzieciontka, cielontka i prosiontka.
    Zebyście byli weseli, jako w niebie janieli.
    Życzy Dorota :)

    OdpowiedzUsuń
  5. malutka marcheweczko
    tylu wzruszeń ile mi dostarczasz
    tylu uśmiechów
    tylu dobrym słow
    dobrych emocji
    tyle zwykłęgo ciepłą
    tyle zwykłęgo ludzkiego dobra któego jest tak mało

    twoj chłopiec jest cudowny wyjątkowy - ale jakże mógłby byyć innym mając tak cudownie wspaniałą jednyna malutka
    mamuuuusieeee

    całuje was życząc tyle dobra ile tylko udzwigniecie :)
    m.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz