"śmierć nie będzie ważna tak jak to spotkanie"


... i z tego samego wiersza księdza Jana Twardowskiego:


Robiąc porządki, wróciłam dziś po nitce do kłębka...
W nocy, po drodze do toalety, chciałam zmniejszyć ogrzewanie - a sięgając do pokrętła, strąciłam sobie na palec u nogi żelazko (całe szczęście zimne). Bolało jak diabli, pobolewa nadal, pewnym pocieszeniem jest jednak to, że dzięki szybkiej interwencji małżonka (lód) palec specjalnie nie spuchł i nawet dalej ludzko wygląda. Tak czy inaczej jestem dziś mało mobilna. Postanowiłam zatem wykorzystać ten rzadki, niemobilny stan, i zabrałam się za szafkę z dokumentami (o zgrozo).

Organizując nasze dokumenty, natrafiłam na pamiątki mojego męża sprzed naszego ślubu - mój mąż z natury nie chomikuje niczego (miałybyście widzieć jego biurko w pracy! ma na nim: komputer, telefon, notes, długopis i chusteczki - i więcej nic), a jednak zachomikował, co zachomikować się dało. Znalazłam masę kopert "bąbelkowych" zaadresowanych do niego przeze mnie, znalazłam kartki, rysunki, liściki. No i bilety na samolot, z datami co dwa miesiące - tylko jakimś cudem w tamtym okresie małżonek mój nie zbankrutował na tych biletach, no i na rachunkach za telefon - cztery godziny dziennie, codziennie (wiem, bo mój bezprzewodowy telefon po czterech godzinach się rozładowywał).

Znalazłam też drobiazg najważniejszy: prawą, wąską część biletu na samolot, z 8. września 2005 roku. Był to bilet na ostatnią część podróży ze Stanów do Polski. Mój mąż leciał tego dnia wraz ze swoim kolegą - kolega leciał, bo miał w Polsce dziewczynę (dziś ta dziewczyna jest jego żoną), mój mąż natomiast leciał turystycznie.
9. września 2005 roku był pięknym , letnim jeszcze, studencko-wakacyjnym, słonecznym dniem. Był takim dniem, jaki żal jest spędzać w autokarze, a jednak miałam tego dnia w ręku bilet i ja - na autokar do Niemiec, odjeżdżający z dworca o godzinie 16.30.
Tak się również składa, że 9. września przypadają urodziny mojej koleżanki - o godzinie 14.00 zatem wybrałam się do kwiaciarni, żeby kupić dla niej urodzinowy bukiecik. O godzinie 14.30, bogatsza o bukiecik, byłam już w domu i pakowałam się na wyjazd.
Kiedy obchodząca urodziny koleżanka zadzwoniła do domofonu, zeszłam, żeby złożyć jej życzenia - koleżanka, jak się już pewnie domyślacie, była w towarzystwie swojego chłopaka i naszego turysty :) I właśnie tak, słonecznego, 9. września o godzinie 14.30, przed własną klatką schodową, dzierżąc w dłoni naręcze fioletowych kwiatków - poznałam mojego męża.
Powiem więcej: kiedy o godzinie 15.30, po spacerze i lodach, podaliśmy sobie dłonie na pożegnanie, mój przyszły mąż powziął już był w sercu decyzję o ożenku ze mną. A gdyby wówczas mi to oznajmił (czego rzecz jasna nie zrobił), zapewne bym się zgodziła, wbrew wszelkiej logice.

Od chwili, gdy z nogą obłożoną lodem znalazłam dziś ten bilet (a mieliśmy wtedy godzinę 12.30), myślę o tym, jak mój mąż trzymał go kiedyś w dłoni, nie wiedząc, że za mniej niż 24 godziny się spotkamy.
Nie wiedząc jeszcze nic a nic, że "śmierć nie będzie ważna tak jak to spotkanie".

Pozdrawiam Was serdecznie, drogie czytelniczki, jeszcze adwentowo. Miałam dziś piec ciasteczka (pierniczki już leżakują), ale z tą nogą to czy ja wiem... Chyba że na siedząco :) M.

Komentarze

  1. :)))
    Zabawne to jest z perspektywy czasu, prawda? Gdyby tylko jedno słowo padło kiedy indziej, albo autobus szybciej przyjechał, albo jeszcze coś innego - dwie osoby, które są dla siebie wszystkim - nigdy by się nie spotkały i nie wiedziały nic o sobie... znam to :)

    Myślałam, że może już wyjechaliście i dlatego się nie odzywasz, dopiero teraz spojrzałam, że pod koniec tygodnia... hehe, być może będziesz leciała razem z moją koleżanką, bo ona też w SF i też w tym czasie do kraju przylatuje :))

    życzę szybkiego powrotu do formy!

    Aha,bo nic nie pisałaś i nie wiem - dostałaś maila?

    OdpowiedzUsuń
  2. piekna historia :)
    my z moim malzonkiem tez przez przypadek - na czacie sie spotkalismy, gdzie wlasciwie weszlismy oboje z czystych nudow, bo nie mamy czatowania we zwyczaju... no i kliku-kliku, od rzemyczka do koniczka...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ushii, dostałam od Ciebie maila z czosnkowym przepisem - serdecznie dziękuję za pamięć! Z początku go nie zauważyłam, bo poszedł automatycznie do spamu, ale całe szczęście pomyślałam, żeby do tego całego spamu zajrzeć - i był! Wymyśliłam, że napiszę Ci o tym na blogu zamiast w mailu, żeby mój mail nie poszedł do Twojego z kolei spamu, bo by się nam całkiem wszystko zapętelkowało :) Napisałam o odbiorze maila zatem pod ostatnim postem - "Idą święta". Póki co jeszcze owoców Twojego przepisu nie mieliśmy okazji jeść, bo nie mam w domu wermutu, a w ferworze przygotowań świąteczno-wyjazdowych ciągle zapominam go nabyć - wermut być musi koniecznie, bo postanowiłam, że będę się Twojego przepisu trzymać ściśle, a ząbków czosnku będzie 40 i ani jednego mniej! :)
    I wiesz, wymyśliłam, że upiekę Pana Kurczaka po powrocie z Polski - będzie na mnie czekała ta miła perspektywa. Jak wracam z Polski to lubię sobie przygotować takie miłe perspektywy, bo wyjeżdża się ciężko...
    To by było rzeczywiście ciekawe, gdybym leciała wraz z Twoją koleżanką :) Nasza trasa jest taka - wylot 20.12./przylot 21.12. - z San Francisco do Nowego Jorku, z Nowego Jorku do Warszawy, a z Warszawy do Gdańska. Pierwszy raz taką trasą i pierwszy raz LOTem zresztą ;)

    Kasiu - hehe! "od rzeczmyczka do koniczka" - bardzo mi to powiedzonko przypadło do gustu! Czy jest ono w ogólnym użyciu czy to może Twoje firmowe? :) Powiedzenia sprawiają mi zawsze problem, choć bardzo je lubię - ot, taka miłość nieodwzajemniona.

    A mówiąc o miłości, cieszę się, że i Ty, Ushii, i Ty, Kasiu, i ja, Marchwiowata, znalazłyśmy te nasze drugie połówki, że wszystko się nam tak ładnie w kosmosie ułożyło, że szkieuko do szkieuka ;), jak w kalejdoskopie :)
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajana historia z happy endem,będzie co wnukom opowiadać ;)
    Ja z moim Maćkiem,mhm,mówią że miłość od pierwszego wejrzenia,u nas bardziej zauroczenie,ale,każde z nas wpadło jak śliwka w kompot ;)A spotkanie oczywiście przez przypadek,pracowałam w nowo otwartej knajpie,pewnego majowego dnia przyszłam do pracy gdzie za barem stał chłopak (a szefowie mówili,że nie zatrudnią nikogo nowego)no i to był Maciek,oczywiście ;P
    Dalej to się potoczyło jak się potoczyło.
    Raz jest lepiej raz gorzej,ale jesteśmy,no i jest cudowna Lencisława :D

    Pozdrawiam świątecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie Wam wszechświat rozgarnął przestrzeń byście się spotkali! Dzięki za tę opowieść, jest w niej wszystko co składa się na najlepszą w naszym życiu literaturę.
    Ja niestety mojego Maćka z dnia spotkania wcale nie pamiętam. On pamięta jak byłam ubrana, co mówiłam itd - ja nic! A jednak jesteśmy razem już dziewiąty rok.
    Uściski Marchewko mocne, szczęśliwej podróży życzę!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ach, jaka romantyczna historia! Ja tez z tych pamietliwych jestem;) Tymbardziej ze wybor byl trafny a dzis moj M obchodzi urodziny....Takie dni sklaniaja do refleksji i wspomnien:)
    Acha! Pomachaj mi lapka jak bedziesz przelatywac nad NY;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Paula, naszym wnukom to ja faktycznie będę kiedyś opowiadać historii a historii, aż im uszy spuchną! Tyle się działo, dzieje, a ja lubię gadać :)
    Wpadnięcie jak śliwka w kompot to piękny stan... A z każdym chłopem raz jest lepiej, raz jest gorzej, wiadomo, cudów nie ma :) Ściskam wirtualnie Ciebie i Lencisławę!
    Magoda, świetnie to ujełaś z tym rozgarnięciem przestrzeni :) No to ja widzę, że trafił Ci się chłop wyjątkowy, skoro pamięta, jak Ty ubrana byłaś! Ja na pamięć mojego lubego w tych kwestiach nie mam niestety co liczyć... Mamy to szczęście, że w tej naszej pierwszej wspólnej godzinie zrobiono nam zdjęcie - i tam jest czarno na białym (kolorowo na białym...) jak kto wyglądał :) Ściskam Cię przedświątecznie!
    Alexls, w dniu urodzin Twojego M życzę Wam, żeby było dziś pięknie, odświętnie, wyjątkowo! A kiedy będę miała przesiadkę w Nowym Jorku na pewno o Tobie cieplutko pomyślę! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ależ romantyczna historia! Czytałam zafascynowana. Super się tak odnaleść przypadkiem i zostać razem na zawsze.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ojej ...ależ się wzruszyłam...Cudna opowieść przed świętami:) a jeśli uda mi się zamieścić ten komentarz, to już w ogóle będzie magicznie:):):)
    To Ty do Gdańska przylatujesz????? My jeszcze niedawno przecież w Gdyni mieszkaliśmy:) a w 3mieście jesteśmy bardzo często - ba, małżonek nawet codziennie:):)Nie ma to jednak jak Święta w domu, prawda???:)
    Bardzo, bardzo się zruszyłam czytając twojego posta.....niechaj Wam się szczęści do końca końców, i te przypadki magiczne niechaj zawsze przy Was będą...
    Uściski,
    Asia.

    OdpowiedzUsuń
  10. Imoen, witam Ciebie serdecznie, moja nowa Obserwatorko! Ja również byłam już Twoim gościem i na pewno będę do Ciebie zaglądać :) Serdeczne pozdrowienia!
    Asiu, dużo radości sprawił mi Twój komentarz! Bardzo się cieszę, że udało Ci się zajrzeć na mojego bloga, a nawet zostawić po sobie ślad - czytałam, że masz ostatnio problemy z internetem :( Tak, przylatujemy do Gdańska! Widzę, że my jesteśmy trójmiejsko spokrewnione :) Może się kiedyś gdzieś nawet minęłyśmy, nic o tym nie wiedząc? :) Moja caluteńka rodzina mieszka w mieście pod Gdańskiem, stamtąd pochodzę i tam się czuję najlepiej na świecie - jak święta to tylko tam i tylko z nimi. A w samym Gdańsku studiowałam (UG) i mam tam przyjaciół, których kochane gęby ujrzymy już w Sylwestra!
    Z serca dziękuję Ci za życzenia i ściskam również! M.

    OdpowiedzUsuń
  11. Oj czas, czas. Często tez zastanawiam sie co by było gdyby.... Gdybym nie zastepowała wtedy koleżanki w pracy, gdybym rzuciła wczesniej palenie gdyby gdyby
    Cud przeznaczenia

    OdpowiedzUsuń
  12. Piękna historia. Weszłam tu dzisiaj - jak już pisałam w którymś komentarzu - przypadkiem (w które przy okazji nie wierzę) i przeczytałam kilka "przypadkowych" postów - i w czasie tej lektury nie opuszczała mnie myśl: "Ile ona ma szczęścia. Ile ja mam szczęścia". Dodaję natychmiast blog do ulubionych. Będę tu zaglądać, bo od czytania Twoich postów od razu robi się milej na duszy :).

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz