Alleluja!

Udało się! Mimo mdłości nasze śniadanie wielkanocne było takie, jak należy, z żurkiem włącznie :) Załączam również zdjęcie koszyka ze święconką, byliśmy z nim wczoraj w polskim kościele:

Najbardziej lubię tę haftowaną serwetkę, dostałam ją od babci (mamy mojego taty), kiedy byłam może 16-letnią dziewczyną. Babcia chętnie haftowała, a ja ją poprosiłam, żeby na urodziny w prezencie dała mi własnoręcznie zrobioną serwetkę. Dzięki temu dziś zdobi ona mój koszyk - choć babci nie ma już z nami od kilku lat...
Bardzo lubię Wielki Tydzień, z tymi wszystkimi nabożeństwami. Cieszę się z tego, że od początku dobrze się czuję w naszym tutejszym amerykańskim kościele. Tutaj kościoły katolickie są różne, a ten nasz jest taki... polski. Jego dodatkowym atutem jest to, że mąż rozumie kazania :) Mój mąż nie jest żadnego wyznania (jego rodzice nigdy nie naciskali na to, żeby jak oni wyznawał hinduizm), a jednak od kiedy jesteśmy razem chodzi ze mną do kościoła w każdą niedzielę i w każde święto. To on rano w niedzielę pilnuje, żebyśmy wstali na czas, i to on pomaga mi znaleźć kościół zawsze i wszędzie, czy to na plaży w Honolulu, czy pod wielką sekwoją w Yosemite, czy koło kasyna w Las Vegas... Dodatkowo ten mój, jak go przekornie nazywam, "naczelny katolik lokalny", pości ze mną w Środę Popielcową i w Wielki Piątek ("głupi nie jestem, w pracy też mięsa nie jadłem"), na drzwiach polską kredą pisze "K+M+B", a do koszyka ze święconką piecze hinduski chlebek naan. Od mojego osobistego męża uczę się autentycznego szacunku dla drugiego człowieka, jego wiary i kultury.
Ach, rozpisałam się, a chciałam jeszcze dodać, że w Wielki Czwartek bardzo podoba mi się tutejszy zwyczaj procesji w środku i wokół kościoła, w moim kościele w Polsce idą w niej tylko księża, lektorzy, ministranci, a tu my wszyscy idziemy za nimi, setki ludzi w półmroku, z prostymi świecami, i z "Ubi caritas et amor, Deus ibi est" na ustach (jedna z moich ulubionych pieśni, jeszcze z czasów, że tak powiem, młodzieżowych).
U mnie jest jeszcze wcześnie, myślę więc sobie o Was, jak Wy spędziłyście dzisiaj święto Wielkanocy. Mam nadzieję, że w wielkiej radości. Pozdrawiam Wam, życząc Wam dzisiaj wszystkiego dobrego. Alleluja! M.
Alleluja!!
OdpowiedzUsuńPięknie to opisałaś i fajnie że masz swój "polski" kościół i fajowego naczelnego katolika lokalnego :D
Ilekroć wchodzę na Twojego bloga to się nie mogę napatrzeć na fotkę z testem, jest przecudowna, tzn Ty na niej taka jesteś, aż mojemu małżowi pokazałam, jak wygląda szczęście :D
Tak zresztą powinna wyglądać każda kobieta nosząca CUD pod sercem :)
Serwetka babcina piękna, świąteczny stół również.
Życzę szybkiego pozbycia się mdłości (polecam rozgazowaną colę małymi łyczkami - pomaga na 100% )
U nas święta upływają rodzinnie przy stole i na spacerach, bo pogoda iście wiosenna.
A jutro pewnie dzieciaki nas zbudzą mokrym sposobem ;)
Buziaki serdeczne i jeszcze raz WESOŁEGO ALLELUJA :D
Smacznie, sama bym sie wprosila na takie sniadanko. Przede wszystkim GRATULACJE !!!!!!!!!!!!!!!! Dawno do Ciebie nie zagladalam, a tu niespodzianka!!!
OdpowiedzUsuńA mi w koncu pierwszy raz udalo sie zaciagnac mojego Johna do kosciola, przezyl i nawet podoba mu sie koszyczek, zartuje, ze jest bardzo dziurawy (holy - holes) ;)))
Pozdrawiam cieplutko rowniez i zycze wszystkiego dobrego!!!
Wszystko wygląda smakowicie.
OdpowiedzUsuńU mnie niestety święta spędzamy w domku, rezygnując ze spacerów,
Niestety , przed samymi Świętami córeczka się rozchorowała.
Dziś mój mąż i syn wybrali sie na Emaus a my z córeczka siedzimy w domu .
Pozdrawiam wiosennie
Co tam święta i jedzenie co tam serwetki i pucowanie chałupy. Kochana cieszę się wraz z Tobą i życzę Ci abyś każdy dzionek z tych 9 miesięcy przeżyła tak aby na jego wspomnienie po latach gościł na Twej twarzy uśmiech.
OdpowiedzUsuńEch ... tak sentymentalnie napiszę że to był najcudowniejszy czas w moim życiu, moja lekarka gdy wychodziłam od niej z gabinetu wychodziła za mną i do reszty przyszłych mam mówiła: patrzcie patrzcie bo już nigdy może Wam się nie przydażyć spotkanie z matką szczęśliwą wariatką!!! Przez dokładnie 9 miesięcy byłam w stanie całkowitego oszołomienia stanem w jakim się znajdowałam i tego właśnie Tobie życzę Marchewko!!!
pozdrawiam Cię serdecznie w ten poświateczny juz wieczór
Miło czytać,że śniadanie Wielkanocne i cała niedziela przebiegła Wam przyjemnie i spokojnie.Mam nadzieję,że ten kończący się lany poniedziałek również do udanego dnia należy,a wszystkie smakołyki które tak pięknie podałaś zostały spałaszowane ze smakiem ;)
OdpowiedzUsuńSerwetka od babci piękna,jest niewątpliwie cenną pamiątko od Ciebie.Tak sobie myślę,16to letnia dziewczyna prosi babcię nie o kasę na urodziny czy jakiś ciuch ale o własnoręcznie robioną serwetkę,to bardzo wzruszające i miłe.
Pozdrawiam cieplutko i nie za mocniutko,proszę brzusio pogłaskać od Lenki.
Piękne śniadanie wielkanocne, Miło się Ciebie czyta bardzo.
OdpowiedzUsuńKasia, z całego serca Ci dziękuję za tyle dobrych słów! Ja się tym dzieckiem malusim naprawdę nacieszyć nie mogę, wyjść ze zdumienia, że ono mnie sobie na mamę wybrało i że we mnie jest - cud, no co innego, jak nie cud!
OdpowiedzUsuńMdłości jakby trochę przechodzą - mama też mdłości w ciąży miała niespecjalnie długo, więc tego się trzymam (hehe, rozstępów też nie miała, geny jak marzenie!). A ja szukałam u nas takich jaj na wodę, żeby męża obudzić mokrym sposobem, ale nie ma :( W Polsce w zeszłym roku też szukałam, ale z lokalnych kiosków wymiotło, a pistoletów nie chciałam, na jaja się uparłam krzykliwie kolorowe, co robić :) Buziaki!
Monika, dziękuję! Odpisałam też na Twoje komentarze pod poprzednimi postami, bardzo mi miło, że napisałaś! "Holy" basket mnie rozłożyło na łopatki, już nigdy nie pomyślę o koszyku ze święconką tak jak kiedyś, nic tylko te dziury mi będą w głowie :D Pięknie pozdrawiam!
Fuerto, dziękuję i mam nadzieję, że córeczce jest już lepiej! No bo jak tu się cieszyć świętami, jak dziecko chore :( Ciepłe pozdrowienia, dużo zdrówka dla córki!
13ka, bardzo Ci dziękuję! To już ja sobie wyobrażam, z jakim Ty chodziłaś uśmiechem na twarzy przez te 9 miesięcy :) Znam ja ten stan całkowietego oszołomienia, o którym piszesz. Kiedy wyszedł mi test pozytywny ubrałam się i poszłam do sklepu kupić jeszcze ze dwa (a co tam), w zasadzie to nie można powiedzieć, że ja do sklepu poszłam, bo ja całą drogę podskakiwałam jak zając albo jak dziecko w przedszkolu, a radość mnie taka rozsadzała od środka, że myślałam, nic tylko zęby zacznę gubić, bo dziąsła nie wytrzymają tego naprężenia w nieustającym uśmiechu :) Pozdrowienia!
Paula, chciałam już to napisać wcześniej, napiszę dziś - przede wszystkim dziękuję Ci, że zawsze znajdujesz chwilę na zostawienie komentarza. To bardzo, bardzo miłe, dziękuję! Brzusio pogłaskany, a jakże! Bąbelek prosi, żeby się odwzajemnić i pogłaskać od niego Lenkę :) Uściski!
Elamika, dziękuję serdecznie, że mnie odwiedzasz, to tak bardzo cieszy. Serdeczne pozdrowienia!