Dni jak z żurnala

Moje miłe, piękne nastały czasy: dziecko śpi i je o przewidywalnych (choć z grubsza) porach, na dworze tu u nas nie wiosna już nawet, a lato, bilety na kolejną podróż do Polski kupione. Nic, tylko się radować, co niniejszym czynię.
Niedziela, co to była za niedziela!... I drzemka poranna trzyosobowa, leniwie słoneczna, i Msza (William za kościołem przepada - a okazuje się, że za świątynią hinduską, do której powiodła go ostatnio w Oklahomie babcia, również). I długi, przyjemny spacer nad wodą, i kawka nad oną, i obiad w restauracji.
Dzień jak z żurnala, nie inaczej :D
A do kawki nad wodą - pierniczek. Zaopatrzyliśmy się tejże niedzieli w pierniczki i inne dobra (sok z czarnej porzeczki Horteksu!) w... pobliskim chińskim supermarkecie. Tak, tak, tam właśnie, w dziale "Latino Foods" (!) nabywaliśmy już swego czasu i Ptasie Mleczka, i Torciki Wedlowskie.
A na zakończenie dnia syn w domu zasnął, dając matce możność udania się samochodem do sklepu - i nabycia sweterka, w cenie okazyjnej.
A pogoda!... Pozwalam sobie podzielić się z Wami tą pogodową radością, bo słyszałam, że i w Polsce piękne, ciepłe dni już na wyciągnięcie ręki. Najładniej jest tu chyba około siedemnastej, siadamy z Willątkiem na ławce pod drzewami, jest ciepło, ale i cieniście, powietrze takie, że można by je pić.

Zawiązała się w naszych blokach pewna nieformalna grupa: matek dzieciom. Tak się spotykałśmy przypadkiem na chodnikach i na ławkach (wszak dzieci wywozić na powietrze trzeba), aż zaczęłyśmy na spacery jeździć razem, w podgrupach :) Raz w tygodniu natomiast spotykamy się hurtem, w domku koło basenu, a wtedy nasze dzieci mogą się sobie poprzyglądać do woli - bo jest na co patrzeć! W naszych potomkach słodkich reprezentowane są, w kolejności chaotycznej: Korea, Indie, Chorwacja, Japonia, Rosja/Indie, Tajwan, Armenia/Francja, Chiny, Pakistan/Syria, Japonia numer 2, no i Polska/Indie - wszystko z wpływami amerykańskimi, rzecz jasna, co pozwala nam się ze sobą porozumiewać :) Najstarszy dzieciaczek jest o rok zaledwie starszy od najmłodszego, a w naszej chorwacko-japońsko-pakistańsko-syryjsko-polsko-hinduskiej podgrupie spacerowej cała czwórka urodziła się na przestrzeni dwóch miesięcy (William, szczęściarz, jest w podgrupie męskim rodzyneczkiem).
Dziś odkryłyśmy drogę spacerową bajeczną wprost, nad wodą, usianą drewnianymi mostkami; nogi mnie bolą nieludzko, bo droga długa - leżę zatem na kanapie, a wykorzystując rzadki ten stan piszę bardzo już spóźnionego posta!

Dzisiejsze zdjęcia zrobiłam kilka tygodni temu, koło naszego bloku - specjalnie dla pani Małgorzaty Musierowicz wyszłam dokumentować wiosnę. Tak się bowiem składa, że napisałam wreszcie ostatnio do tej mojej ukochanej autorki maila - i ku mojemu radosnemu zaskoczeniu jeszcze tego samego dnia otrzymałam odpowiedź! A jako że był to ranek mojego czasu, wzięłam syna, wózek i aparat i poszłam łowić wiosnę.
Podzielę się z Wami przy tym radością tą jeszcze: pani Małgorzata w ostatnim wpisie na swojej oficjalnej stronie internetowej (z 26. marca) zamieściła nadesłane przeze mnie zdjęcie mojego osobistego syna!
(Ja jestem dziewczęciem wychowanym na Jeżycjadzie i od Jeżycjady uzależnionym, o czym już na blogu wspominałam.)
... A William rośnie i rośnie, skradł całe moje serce i duszę, i nie wiem naprawdę, jak ja mogłam kiedykolwiek żyć bez niego.
Tak dobrze jest zaczynać dzień od widoku maleńkich usteczek czekających na jedno "dzień dobry", żeby rozpromienić się w uśmiechu. Naprawdę nie mogę się powstrzymać od całowania stale tej pachnącej główki, tych pulchnych stópek, tych policzków rozkosznych - no to się nie powstrzymuję, bo to na nic, całuję, ile wlezie!
Na zakończenie - syn zadumany nad przyrodą, zdjęcie z tej samej sesji :) Willek fanem jest wielkim drzew, podobnie jak kościoła, matczynych włosów, tacinej mimiki, nowosłowa "psz-nią!" (wybucha śmiechem) i - marchewki.
Z serdecznymi pozdrowieniami w tych pięknych okolicznościach przyrody - Wasza Marchewka
kochan narszecie jakis wpis czekałam i czekałam ... maluszek okruszek słodki - za mało zdjęć :) kwiatki i owszem lubię ale maluszki bardziej :) u nas dzisiaj nie zapowiada sie słoneczny dzionek jak wczoraj ale trudno buziaki i milutkiego dnia
OdpowiedzUsuńJakia fajna grupa spacerowa, super. Tez sie cieszę, że moj Mroxniczek bedzie taki miedzynarodowy-to chyba jakis kompleks po wychowaniu w Pl komunistycznej mi gra w duszy. Super rosnie przystojniak Willy. Buziole w noch
OdpowiedzUsuńo jakie piękne wiosenne zdjęcia a maluch to już słitaśny do granic, nic tylko schrupać
OdpowiedzUsuńciepły i iście letni post :)
OdpowiedzUsuńWilly pięknusi - całuj ile się da, bo potem będzie uciekał, a w najlepszym wypadku tylko się wycierał bo maminych buziakach ;)
fajnie, że masz grupę spacerową - mnie tego zawsze brakowało
buziaki
Kochana oby taka wiosna trwała jak najdłużej!Willek jest uroczym bobasem :)
OdpowiedzUsuńProszę go w te słodziaszne stópki ucałować.
Moc wiosennych i słonecznych uścisków!
Polknelam posta jak zwykle jednym tchem! Synus pieknie rosnie, a Twoje szczescie udziela sie blogim cieplem na sercu!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie!
Oj, ciekawie się zapowiada Jego życie towarzyskie :) Rozumiem,że te "łamane" to z małżeństw mieszanych ? :)
OdpowiedzUsuńZawsze chciałam napisać do jakiej ważnej w moim życiu postaci, ale nie wierzyłam,że mogłaby mi odpisać. I zdziwiłam się, gdy dostałam piękny list od księdza Bonieckiego po moim szkicu felietonu do "Tygodnika". Ależ byłam dumna :)))
Pozdrawiam równie wiosennie
Lewkonia
Marcheweczko,post twoj czytalam kilka dni temu gdy mialam ciezkie momenty, byl jak balsam na dusze!!
OdpowiedzUsuńPowaznie:).
Dziekuje, pozdrawiam i usciski wiosenne przesylam:).
Dziękuję Wam za komentarze, gęba się człowiekowi śmieje jak je widzi :) Mika-Monika, ja zdjęć dziecięcia posiadam zatrzęsienie, tyle że boję się nimi zanudzić, hehe. Hannah -czkemay na Międzynarodowego Mroźniaczka, no po prostu musiałam o tym wspomnieć :) Balbina, ja czasem nie wiem po prostu jak ja się powstrzymuję od schrupania syna właśnie :) Kasia, z grupy spacerowej jestem bardzo, bardzo zadowolona, taka niespodziewana rzecz, fajnie sobie na kawkę zajechać wozami z koleżankami, o kupkach pogadać i drzemkach (bądź braku obydwu, hehe). Paula, w stópki dziecię ucałowane zostało, same się prosiły po prostu, pulchne takie :) Ola, tak się cieszę, i tak bym sama chciała móc częściej pisać (pisanie zawsze zajmowało mi dużo czasu, taki mój feler). Lewkonia, "dzieci łamane" - hehe, nadal nadzwyczaj pięknie to brzmi - to jak już wyjaśniałam u Ciebie istotnie owoce związków mieszanych.
OdpowiedzUsuńLena, mam naprawdę nadzieję, że ciężkie momenty już za Tobą. Dziękuję za to co napisałaś, to dla mnie największa pochwała.
Wszystkim Wam i każdej z osobna dziękuję za miłe słowa na temat dziecięcia mojego, ściskam Was i do usłyszenia! M.