Ach, piątek!

Piątek, piąteczek, od zawsze ulubiony mój dzień. Zasiadłam oto na naszej kanapce z małżonkiem u boku - wypoczywamy. Chałupka posprzątana, aż miło, słodycz weekendowa upieczona. Ku radości mężczyzny po mej prawicy wybór padł na ciastka z kawałkami czekolady. Wybór ciastek podyktowany był jednak po części tylko gustami małżonka - co równie istotne, przepis przewiduje wykorzystanie li i jedynie dwu jajeczek, a w lodówce jajeczne niedobory. Z szybkim ich nabyciem trudna sprawa, bo nabywamy jajka od kurek nie tylko nie zamkniętych w klatkach, ale całkiem swobodnie chadzających po tym padole. No, ale wracamy do piątku! Piąteczku! Piąteciny!... Pralka i zmywarka kojąco szumią (och, jak ja lubię ten przytulny, domowy, miarowy szum), kawa Inka w ulubionym kubku, na wyciągnięcie ręki ulubiony mąż.
A w pokoju obok śpiący, oddychający miarowo, ulubiony syn. Szczęśliwie się składa, że pogoda dopisuje, a balkon posiada gniazdko elektryczne - piekę bowiem, gdy syn śpi, co wiąże się zasadniczo z wynoszeniem miksera oraz ingrediencji na balkon i szczelnym zamykaniem balkonowych drzwi. O, niezmącony, zdrowy śnie niemowlęcy, wielka twa wartość.
Aż mi się gęba śmieje do ekranu - gdy tylko napisałam powyższe zdanie syn się przebudził i resztę tego posta napiszę już jedną ręką, drugą tuląc tę moją we śnie nawet spragnioną matki dziecinę.
Ptaszyna moja cieplutka. Moje rączki, wczepione we mnie na wszelki wypadek. Moje krągłe policzki, moje cienkie włoski, mój mięciutki brzuszek, moje dumne usta.
William skończył niedawno osiem miesięcy. Od pewnego czasu przed pójściem spać zapisuję w małym kalendarzu kilka zdań, trzy, może cztery, o tym, jak minął nam dzień. Kluczem jest robienie tego codziennie. Te dni tak szybko mijają! Dziecko tak szybko rośnie!
Jaki jest nasz William dzisiaj, u schyłku ósmego lipca? Pogodny! Bardzo często się śmieje, tak całą duszą, na cały głos. Cały się zatraca w tym serdecznym śmiechu; wyobrażam sobie, że gdyby był starszy to z tej radości musiałby po prostu tłuc pięścią w kolano, zginając się w pół. Jest zaskakująco towarzyski. Ciocie, wujkowie, sąsiadki, William właściwie lubi ich wszystkich. Wystarczy odrobina dobrej woli rozmówcy, by na Willecznej buzi wykwitł ufny, bezzębny nadal uśmiech. Przy tym wszystkim zasadniczy jest po mamusi i tatusiu, dezaprobatę wyraża stanowczo, a bywa, że się na nas najzwyczajnie w świecie obraża! Mocny charakter widzę w jego oczach, w ułożeniu ust. Od urodzenia jest taki jakiś... butny, dumny.
Lubi się kąpać! Lubi owoce i jogurty, warzywa z mięsem je posłusznie, acz z mniejszym entuzjazmem. Lubi bawić się pewnym bardzo już wysłużonym papierowym kubkiem. Siedzi pewnie, raczkuje niepewnie, a najbardziej chciałby już chodzić!
Uwielbia muzykę, oj, jak bardzo uwielbia muzykę! Właściwie od początku jedyne, co go bez pudła koi to moje śpiewanki. Śpiewam, albo choć coś pomrukuję, właściwie od rana do wieczora. W repertuarze mam coś na każdą potrzebę chwili - oczywiste kołysanki, mniej oczywiste kolędy w środku lata, i całkiem mało oczywisty hymn państwowy. Z tym hymnem, swoją drogą, to ciekawa rzecz, sąsiadka Rosjanka mówi, że ku jej konsternacji nic tak dobrze nie działało na jej cierpiącego z powodu kolki syna jak spacerowanie po pokoju w rytm sowieckiego marsza. Muzyka, muzyka... śpiewanki, mruczanki, melodyjki. William u-wiel-bia.
Jest wielkim fanem swojego ojca - tata jest dla niego źródłem niekończącej się inspiracji, zabawy i radości. To on potrafi Willeczka rozśmieszyć jak nikt inny. Gdy pojawia się w domu tata, dziecko zaczyna wymachiwać rękami i nogami, by tylko szybciej trafić w jego ramiona. Na twarzach obu jaśnieje przy tym szeroki, oddany uśmiech osiołka ze Shreka.
Jest też i mama. Mama - jest. Od tego maminego jestenia bowiem zależy wszystko to, co powyżej. Mama nie musi być w zasięgu wzroku czy słuchu, ale musi być. Na rękach z powodzeniem może trzymać ktoś całkiem inny, ale gdzieś tam, w promieniu - tylko czego? instynktu? - mama musi być. Gdy mamy nie ma to dziecko niekoniecznie nawet płacze, ale też się nie śmieje. Podobno jest osowiałe, niepewne, podobno widać, że tęskni. No to mama zawsze jest. I bardzo jej z tym chwilowym monopolem dobrze. Korzysta z niego, póki może!
A teraz już Was ta mama najpiękniej jak umie pozdrawia i leci spać. Niech żyją piątki! :)
M.
cudna kwintesencja macierzyństwa i ogólnie rodzicielstwa :)
OdpowiedzUsuńa co mięska - teraz w lato dzieci niechętnie je jedzą, w sumie jak i dorośli - taki instynkt- jemy to co akurat serwuje natura, więc się nie martw - ot się powymądrzałam ;)
buziaki dla Waszej Trójeczki
Piątek to też mój ulubiony dzień, a szczególnie popołudnie - taka "piątkowa sobota", jak napisała pewna pisarka; to moja ulubiona pora - cała sobota przed nami, w perspektywnie niedziela, tak daleko do poniedziałku;) Śliczny ten Twój synek, w jego wielkich oczach można utonąć:)
OdpowiedzUsuńUściski:)))
Nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego się rozmarzyłam... Tak mi było słodko być mamą maluszków, a Ty mi to tak cudnie przypomniałaś:)
OdpowiedzUsuńTeraz czekam cierpliwie na synowe, co ewentualnie zechcą obdarzyć mnie szczęściem bycia babcią, żebym się mogła znów, choć inaczej, tak zachwycać tymi łapkami, buźkami, włoskami, i żeby nikt nie śmiał stukać się w głowę słysząc te zdrobnione wariactwa :)
I w Willątku zaraz bym się zakochała i trzeba by mnie było pilnować,żebym nie zapieściła :))))Taki facet z niego będzie,że uch!!!
Mamusiu, wariuj sobie ile się da, zapisuj i naciesz maleństwem, bo jak skończy dziesięć lat to już się może nie dać przytulić czy nie daj Boże pocalowac przy kumplach!!! A to juz jutro ...:)
Przepis na balkonowe ciasto poprosze, mam wprawdzie taras, i to prowizoryczny, ale moze mi wyjdzie :))) Pozdrowionka posobotnie:)
Witaj Marcheweczko!
OdpowiedzUsuńDawno Cię nie było ( mnie z resztą też )a ja tak lubię czytać Twoje posty:)
Synuś Twój taki już duży! 8 miesięcy?! To szmat czasu, a ja doskonale pamiętam Twój wpis po jego narodzeniu.
Śliczny jest, a i Ty wewnętrznie promieniejesz.
Pozdrawiam Cię serdecznie :)
:)) to moje pierwsze blogowe kroki i pierwszy blogowy komentarz:). Mój dopiero powstaje, mozolnie ale jednak:). Gdzieś natrafiłam na Twoje wpisy i tak od czasu do czasu zaglądam. Tych pokrewnych, romantycznych dusz odkrywam coraz więcej ku mej uciesze. Gratuluje cudnego synka, i wspaniałej rodzinki!.
OdpowiedzUsuńśliczny synek!!!!! no i piękne i wzruszające wyznanie o macierzyństwie :) Tak samo postrzegam każdą spędzoną z moim synkiem chwile....cieszą mnie raczki, nóżki, noseczek, paluszki....i to jak się wtula ....jak cudownie być mamą :)
OdpowiedzUsuńHaha, ja tez swojej niunce spiewam koledy w srodku lata;))), wlasnie zastanawialam sie czy ktos jeszcze to robi, a tu prosze:).
OdpowiedzUsuńPiatki wieczor tez uwielbiam, ale u nas to jeszcze jest przed sprzataniem, a nie juz po - jak wy to robicie??
Zdjecie stopek Wiliamowych slodkie:).
I... wlasnie zauwazylam, chyba mamy to samo lozko, Ikea?;)
Usciski, duzo zdrowka i slonca dla waszej trojeczki:) pozdrawiam!
Dziewczyny, dziękuję za to, że wpadłyście mnie odwiedzić i zostawiłyście słówko - to zawsze tak bardzo cieszy! Miło Was pozdrawiam wraz z Williuszem I Raczkującym :)
OdpowiedzUsuńKasia, może i racja z tym mięskiem? No ale idziemy do przodu, jutro na stół po raz pierwszy wjeżdża Pan Łosoś :)
Sunsette, no właśnie, ta caaała sobota przed nami, a w perspetywie jeszcze majaczy niedziela :) Zwłaszcza na studiach bardzo lubiłam piątki, do poniedziałku i podróży na uczelnię daleko (tam i z powrotem, w sumie 3 godziny dziennie). No a już całkiem te piątki zimowe, kiedy można było zapomnieć o spóźniających się pociągach i zamarzających na peronie nogach, hehe!
Lewkonia, no ja wiem właśnie, że te dziesięć lat to już jutro... Mam brata, który dopiero co się urodził w niedzielę o 7:30 rano, a już od miesiąca jest pełnoletni :) Ach, a pojutrze może i ja doczekam się synowej! :)
Mia, dobrze i Ciebie widzieć! I ja czekam na Twoje posty, choć nie zawsze zdążę zostawić komentarz, bo komputer tylko na chwilę wieczorami, późnymi ostatnio, jak synek już śpi - w innym wypadku on by w ten komputer patrzył i patrzył, i z tego zapatrzenia nic innego by nie chciał robić :) Twoje mieszkanko pięknieje, a dzieci nam rosną po prostu jak na drożdżach!
Innerself, tak mi miło, że właśnie na moim blogu zostawiłaś swój pierwszy komentarz! Odwiedzam Ciebie i widzę, że Twoja Marta troszkę tylko młodsza jest od mojego Willka. Na pewno będę zaglądać!
Brunoszka, witam, witam, i do Ciebie prędziutko zajrzałam i nacieszyłam oczy widokiem Twojego Bruna. I ciasta - hehe - marchewkowego! Swoją drogą, muszę kiedyś napisać koniecznie, o co z tą Marchewką Dracooliną chodzi!
Lena, bardzo mi miło, że kolędujemy w lipcu razem :) Tak, tak, łóżko z Ikei, i kanapkę chyba też mamy tą samą, co Wy :) Z tym sprzątaniem to nic się nie martw, Nadia podrośnie i też wszystko będzie trochę sprawniej szło, rety, rety, jak ja sobie przypomnę początki... I te 5 minut wykradane na prysznic! Tak to już jest z tymi bobaskami, zwłaszcza kolkowymi. Właśnie, mam nadzieję, że jest choć odrobinę lepiej?
Jeszcze raz gorąco pozdrawiam! M