Koko & Ko



Mamy pierwsze słowa prócz mamamama, tatatata i babababa (względnie: babs). Ciąg melodyjnych sylab o tematyce rodzinnej przerwało jakieś dwa tygodnie temu nieśmiałe, acz krótkie i stanowcze "koko", wypowiedziane na widok kurki, co to wchodzi w skład zabawkowego gospodarstwa. Dziecię przemówiło, a ja oniemiałam. Nareszcie! Nareszcie, synu, porozmawiamy!

Rzuciłam się znajdować na synkowym regale książeczki o treściach okołozwierzęcych i proszę, kto by nie ilustrował i jak - "koko". "Koko". "Koko". A wypowiadać "koko" trzeba, wedle synkowego wzorca, wargi zawijając do środka, na zęby (to koniecznie!), cichutko acz wyraźnie, nie wiedzieć czemu nieco wstydliwie (warto spuścić oczy), lecz głosem dumnie uniesionym.

I jak tu dziecięcia swego nie zacałować? Jak?

Równolegle do "koko" karierę robi słowo "ko" - czyli "kot". Mam ja w domu rodzinnym kota, seniorkę piętnastoletnią, czyściutką i arystokratyczną pannę dachowiankę, słynącą z niechęci do dzieci (jeszcze i mój brat pamięta jej poirytowany pazur). Nie mieliśmy pojęcia, co to będzie, gdy nam dziecięcie przybędzie... a konkretnie gdy dziecięcie zacznie się poruszać i okazywać zainteresowanie kotem (do niemowląt Berusia zawsze odnosiła się z obojętną wyższością). Pilnujemy więc tej pary, z nasiloną czujnością od kiedy William jest mobilny. Któregoś dnia Berusia leżała w Williamowym łóżeczku (bo owszem, dziećmi zawsze gardziła, jednak ich łóżeczkami już mniej), a Puszek wyciągnął do niej między kratkami rękę. Nie interweniowałam, wiedząc, że w tej sytuacji kot nie może podrapać mu buzi, zaczaiłam się tylko jak tygrysica opodal. Ku mojemu zaskoczeniu Bere pozwoliła się dotknąć, nie przerwała nawet inspekcji własnego nosa, nie odsunęła się, choć cały czas mogła to zrobić. Równie mocno zaskoczyła mnie delikatność, wyczucie mojego syna. Dotykał Berusinego pyszczka opuszkiem palca, powoli, z szacunkiem. A matka, zaczajona opodal, puchła z dumy :)

Od tamtej chwili - choć nadzór pozostaje, w myśl zasady ufaj i kontroluj - William i Bertrand pozostają w wielkiej zażyłości, dzielą łóżeczko dziecięce sprawiedliwie, syn mój może nawet położyć głowę wprost na szlachetne futro - i nic. Rzecz spektakularna i bezprecedensowa.

Do (słowotwórczej) rzeczy jednak! Podczas ostatniej wizyty w Polsce bąknął mój pierworodny kilka razy "ko" w kierunku Berusi, jednak nie na tyle regularnie, żeby się tym cieszyć. Od jakiegoś jednak czasu do łask wróciły "Przygody Kota Filemona", i na początku każdego odcinka z ust syna pada wyraźne, rozumne "ko". Dwa do jednego dla matki!

Brnę zatem dalej w zwierzyniec. Odnoszę już pierwsze sukcesy na polu "kum kum" (korzystam z pomyślności, jaką daje mi głoska "k"). Które słowo będzie następne, no które?

W błędzie byłby jednak ten, kto sądzi, że William jest małomówny. On mówi dużo, bardzo dużo, nieustannie. Książki czyta, piosenki śpiewa. Wszystko to jednak w fascynującym języku trolli!

No więc, synu złoty, ja bym już chciała choć krztynkę po ludzku...

Narzeczem trolli nie władam (choć, owszem, wtóruję dziecku tym czy innym zawołaniem, wykorzystując szansę jedyną na miłą pogawędkę), na szczęście jednak William ludzką mowę rozumie - a nawet dwie mowy, bo zarówno język ojców, jak i matków. Zaskakuje mnie przy tym niepomiernie. Jednego ranka bez większych oczekiwań rzuciłam hasło "przynieś tę nową książeczkę", a on poszedł do swojego pokoju, przetrząsnął biblioteczkę, i doręczył oną matce do rąk własnych - koleżanki drogie, oczom i rękom nie mogłam uwierzyć! Toż powiłam go raptem w zeszłym miesiącu!

Na zakończenie dodam jeszcze, co i jak u syna w kwestiach innych niż mowa. Otóż duszą jego zawładnął taniec! Każdego ranka, kiedy zwlekę się z łóżka, syn prowadzi mnie do naszej pokojokuchni i wymownie wpatruje się w nasz sprzęt grający. Pytam zatem, czy chce, żebym włączyła muzykę. W oczach radość, krok w tył i pierwsze pląsy "na sucho". Włączam, a syn tańczy, a to kółeczka, a to nogi rozstawia i miarowo przenosi ciężar ciała z jednej na drugą (do taktu!). Ostatnio nawet klęka na jednym kolanie, nie przestając tańczyć, i tego typu numery (skończone półtora roku - przyp. red.). Sądzę, że dla jego młodego serca bardzo inspirujący był widok brejkdensujących panów przed Tate Gallery w ostatnią sobotę :) William buja się do taktu w wózku na spacerze, a to w rytm umca-umca płynącego z przejeżdżającego samochodu, a to w rytm muzyki hinduskiej w sklepie spożywczym z odnośnym asortymentem. Choć oczywiście nie masz jak dom, tu można rozwinąć skrzydła. A chwilami... a chwilami syn podchodzi do mnie, wyciąga ręce, chce, żeby go podnieść, co czynię. Prostujemy się, wyciągam w bok wyprostowaną dłoń, syn podaje mi własną, wyprostowaną. I tańczymy. A na jego buzi wykwita najpiękniejszy uśmiech :)

Z przemiłymi pozdrowieniami dla cierpliwych czytelniczek - M.

P.S. Zapomniałabym! Willeczny potrafi jeszcze powiedzieć - zaskakująco wyraźnie! - "cześć". Tak mnie wita co rano. Co tu się dziwić, w końcu pierwsze słowa skierowane do niego brzmiały: "Cześć, synu" :)

Komentarze

  1. piękny post
    chyba nikt jak Ty nie pisze tak o miłości :)
    nie wprost, nie szafując słowami, ale z czuć jak z każdego wyrazu płynie miłość i radość i czułość
    buziaki dla Was ogromnie

    ps- uwielbiam patrzeć na te nieporadne tańce małych dzieci, mój 3latek też uwielbia tańczyć i nawet zapisałam go na tańce w przedszkolu - może coś kiedyś z tego będzie ;)

    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, dzięki, buzia mi się uśmiecha! No ja pamiętam, że Twoi chłopcy lubią tańczyć, z fotorelacji z pewnego wesela :) Świetna sprawa z tymi tańcami. Uważam, że my, matki chłopców, powinnyśmy ich zachęcać do tańca, z całą pewnością oddając tym sposobem przysługę rosnącemu młodemu pokoleniu kobiet :) Kiedy Williamek tańczy biję mu brawo jak opętana!

      Usuń
  2. Zdolny chłopiec :))) i jaki on duży! i poważny na tym zdjęciu ^^ patrząc na te z boku, gdzie jeszcze niemowlęciem był ;) teraz takie czarniutkie włoski ma - przystojniaczek :D
    Zastanawiam się czy Anielka będzie miała potem ciemne włoski po mnie czy po tacie bardziej ciemny blond ;)
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak, moja miła, niby z przymróżeniem oka, niby z dystansem do matczynego uwielbienia dla dziecięcia swego, ale ileż z tego tekstu bije radości, miłości, szczęścia codziennego! Można by z wielką przyjemnością i zrozumieniem czytać i czytać takie teksty, nawet nie znając z własnego doświadczenia tych emocji i przeżyć. Uściski dla tancerki Mamy i roztańczonego Syna:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Rany jaki On już dużyyy!!!!!
    Kiedy to Twoje dziecię TAK urosło???

    Czas tak szybko płynie
    takie chwile trzeba zatrzymywać w pamięci i kadrze.
    Sama słodycz ...

    pozdrawiam upalnie
    13ka

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem zachwycona twoim Synkiem
    Jest prześliczny!
    I uwielbiam czytać Twoje posty.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. I ja uwielbiam czytać to co piszesz, proszę o więcej. Twój Syn to istne cudo. Jest coraz ładniejszy z dnia na dzień. I pogada jeszcze pogada :)

    OdpowiedzUsuń
  7. A czy ja się kiedyś doczekam magicznego "mama"?! Ciągle tylko, na wszystko i wszędzie, tatatatatata. A kto w nocy wstaje? Jakbym wiedziała ile wdzięczności otrzymam, to delegowałabym w nocy "tatata" ;) Buziaki Marcheweczko! twoje posty to miód na me zranione synowską nieczułością serce ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. hej, fajny okres w życiu człowieka :)
    trafiłam tu przypadkiem ale bardzo mi sie podoba:)
    mój synek nie powie kot tylko miau, nie powie pies - tylko hau ale za to powie niedźwiedź albo ślad ... fajnie też mówi barbi :) (ma starszą siostrę) a autko mówi tutu!
    Najlepsze że sam to sobie wymyślił !
    Najbardziej rozbraja mnie jak na moje tłumaczenia różne on na okrągło zadaje pytanie słodko akcentując coooo mama ?

    OdpowiedzUsuń
  9. Pięknie napisałaś , jak zwykle zresztą :) A synek cudnie wyrosł , przystojniak z niego jak diabli , ojjj będzie kobiece serca łamał ;) U nas Koko tez było jednym z pierwszych słów , zaraz po brumm :)))
    Buziaki dla ślicznotka :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzięki, dziewczyny, dzięki... Ja oczywiście Wasze komentarze przeczytałam już zaraz na początku, ale mi się zawsze wydaje, że JUTRO sobie usiądę spokojnie wieczorem i odpiszę. No i z tego jutro robi się, kurczątko, miesiąc! Nawet nie wiem kiedy!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Przepraszam za spóźnienie