Zacznijmy od róż



To był beżowy, rozpinany sweter w pąsowe róże. Właścicielka swetra, śliczna, delikatna, niebieskooka naturalna blondynka, pewna siebie, nieodmiennie zadbana i odprasowana, z paznokciami, pierścionkiem zaręczynowym i dyskretnym makijażem, studiowała na moim roku, w równoległej grupie. Usadowiona na ławce przed aulą jadłam kanapkę, a oddając się tej miłej czynności gastronomicznej dumałam nad urodą pąsowego swetra, własną (podówczas) niechęcią do żelazka oraz wstawania wcześniej niż 40 minut przed odjazdem autobusu wiodącego mnie na dworzec. Nie polubiłybyśmy się, zadecydowałam.

Miało być inaczej. Jak film migają mi przed oczami chwile... Naszych pierwszych rozmów nie pamiętam. Pamiętam już za to jej kilkudniowe wesele. Wspólne wyjazdy paczką wspólnych znajomych. Sylwester "Lata 80-te", siedzimy na schodach w przerwie między tańcami, ona z włosami w palemkę, ja w bijących po oczach turkusach. Urodzinowe Dracool Party z mym świeżo poznanym przyszłym małżonkiem, on w roli Dracooli, ja Dracooliny, ona przemykająca radośnie po okolicznościach w scenicznie zakrwawionej białej sukni, z ziemistym makijażem i włosem topielicy. Kawy, śniadania, obiady i kolacje. Ona dzwoniąca, że jedzie rodzić. Jej maleńki syn śpiący w wózku na moim weselu. Jej córka. Mój kilkudniowy syn.

Pamiętam jaka była śpiąca pewnego wieczoru późnym latem. Byłam u nich na noc, oglądaliśmy jakieś filmy. Rano jej mąż zrobił nam śniadanie, pojechałam do domu, a po południu odebrałam od niej telefon. Dowiedzieli się właśnie, że będą mieli dziecko! O tym, że po raz drugi jest w ciąży, dowiedziałam się pierwsza, minuty po tym, jak test pokazał dwie kreski. Chcemy mieć jeszcze jedno dziecko, powiedziała krótko po narodzinach córki, pamiętam. No i niedawno... Niedawno jej pięciolatek obchodził u nas urodziny. Trójka naszych dzieci cudownie się razem bawiła przez kilka dni. Razem jedli, oglądali bajki, kąpali się, słuchali opowieści, chodzili na spacery. Pewnego wieczoru, gdy przyodziane w kolorowe piżamki towarzystwo już posnęło, jeden mąż (jej) zasnął na kanapie, a drugi (mój) wkładał naczynia do zmywarki, uważnie się jej przyjrzałam. Była śpiąca, bardzo śpiąca, nieomylnie śpiąca. Rano, pod naszym dachem, dowiedziała się, że po raz trzeci zostanie mamą. Świętowaliśmy. W naszym domu dowiedzieliśmy się oto, że zaistniał Nowy Człowiek. To piękna chwila, bardzo mnie to wzruszyło.

Jestem niewymownie wdzięczna za to, że los postanowił obdarować mnie tą przyjaźnią, i kilkoma jeszcze innymi. Zupełnie za nic. Przeważnie na przekór mnie samej, która zawsze wiem gorzej...

Kilka tygodni po tych wydarzeniach przyjechali do nas na parę dni inni przyjaciele. Małżeństwo. Ona w wieku lat 12stu (dzięki Wam, niebiosa) postanowiła wziąć udział w konkursie mitologicznym. Autorka tego bloga - podobnie. Dwie dziewczynki z równoległych klas. Czekając na wyniki jadły przy jednym stole pączki i piły soczki z kartonika, widzę je wyraźnie jak tak siedzą na szkolnych krzesełkach, pełniących odświętne, sobotnie role. Dwie dziewczynki, ta naprzeciwko, brązowowłosa, bardzo mądra, trochę onieśmielająca. Musiały jednak o czymś rozmawiać w przerwach między pączkami, tylko o czym, kto je tam dziś wie... najważniejsze, że starczyło tej rozmowy, że po niej były następne, a potem wspólny obóz w wakacje, jedna klasa w liceum, wielka przyjaźń.

On natomiast w wieku lat około 20stu poznał w pracy kolegę. Potem ona poznała jego, a potem - było tak.

I znów wdzięczność, że tak poza mną, poza moim świadomym działaniem, znów trochę na przekór mnie, dzieją się cuda... że szkolne krzesła ustawione obok siebie, Odyseusz i kilka pączków, nic więcej... i oto otwiera się jakaś ścieżka, a na niej tyle dobrego, wspólny śmiech, wspólny płacz. I z tego dobra powstaje kolejne dobro - miłość, małżeństwo, i wreszcie - cud mojego życia - mój syn.

I kiedy William, zadowolony, siedział na kanapie pomiędzy naszymi przyjaciółmi nie umiałam patrzeć na tę scenę bez wzruszenia, bez trwogi. Gdyby, gdyby... jak dobrze, że jednak!

Moje miłe, czerwiec, czerwiec, i jakby go nie było :) W Anglii pogoda iście jesienna, z przebłyskami słońca. Mama donosi, że w Polsce dziś podobnie. Na przełomie maja i czerwca byliśmy u mężowej rodziny, w Stanach. Się wygrzaliśmy :) William szalał w ogródku, w dmuchanym baseniku, przyodzian w wielkiej urody kąpielowe porteczki z Tesco rodem, przedstawiające małpkę na leżaku, pod palemką. Ja, tak na marginesie, zapomniałam już jak do tych Stanów długo się leci. Przypomniałam sobie za to, po co pakuję zawsze kupę dobytku do bagażu podręcznego (mieliśmy nieplanowany nocleg w Stanach, bo odwołano nasz lot). Kiedy w zeszłym roku się wyprowadzaliśmy, szwagier odkupił od nas nasz samochód. Tak miło było pojeździć nim znów w trójkę tu i tam, jak kiedyś. Miło było również pożerać wielkie ilości dóbr kuchni meksykańskiej (tak bardzo za nią tęsknię!).

Po powrocie przetoczyły się nad nami trzydniówki i przeziębienia, ale to już za nami. W najbliższą środę, w środę... lecimy na pięć dni do Prowansji, ulalalala, tak bardzo się cieszę! Właściwie to jeszcze nie wierzę. Szczypanie mnie w rękę bardzo wskazane :) No a później - w lipcu - lecimy do Polski. Planuję zaszyć się na działce letniskowej rodziców, rzecz jasna z ukochanymi właścicielami :) Planuję całymi dniami patrzeć jak syn biega po trawie, dotyka drzew, które zasadziłam z tatą. Planuję pokazać mu sąsiedzkie kury niespiesznie znoszące jajka i jedną taką kozę, która ma słabość do żucia torebek herbaty. Planuję jeść ziemniaki z ogniska. Planuję gapić się w gwiazdy. Planuję pójść z mamą do naszego ulubionego Domu Wiejskiego. Planuję kawki z ciociami, wujkami i kuzynostwem (mają obok własne działki). Planuję chodzić spać (prawie) ze wspomnianymi kurami i wstawać raniutko. I jeść na dworze śniadania (jeśli pogoda będzie łaskawą). I drugie śniadania... I... Słowem - planuję dwutygodniowe wiejsko-leśne wywczasy!

Pozdrawiam Was i dziękuję Wam za obecność. Do usłyszenia!

Wasza Marchwiowata

P.S. Zdjęcie nieco już archiwalne, z marca, bardzo je jednak lubię, więc chciałam się nim z Wami podzielić. Od tego czasu pan W. odbył już dwie wizyty u fryzjera :)

Komentarze

  1. Witaj
    Po pierwsze fotografia Williama - rozczulająca.
    Po drugie Kochana Marchewko -Ty mi nie pisz takich wzruszających postów, bo w pracy jestem i ocieram po kryjomu łzy.
    Po trzecie- dla mnie to coś magicznego, że tak się układa nasze życie, że stają nam na drodze wyjątkowi ludzie, z którymi wiążemy się na całe życie.(ja miałam 15 lat, gdy na mojej drodze pojawiła się Ruda, szalona dziewczyna.
    |Byłyśmy Takie różne a jednak tak sobie bliskie.
    Pozdrawiam Cie gorąco.
    Udanego urlopu w Prowansji ( tam jest jak w bajce, wiec nie moze być inaczej , jak tylko bosssssko)
    No i w Polsce w otoczeniu najbliższych na pewno będzie cudownie, wiec tylko słońca życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie to zdjęcie też rozczula, za każdym razem, tak sobie spokojnie William śpi z tymi chudymi ramionkami :) O wyjeździe do Polski będę zaraz pisać, no cudownie było! Buziaki!

      Usuń
  2. Ja też się wzruszyłam... zawsze czekam na te Twoje posty, bo tak cudnie opisujesz te zwykłe i te niezwykłe historie.
    Zazdroszczę Prowansji, po powrocie musisz koniecznie podzielić się z nami opowieścią o tym miejscu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie, najserdeczniej dziękuję! W Prowansji, ach..., piknie było, tylko gorąco jak czort! Fala upałów się nad nami akurat przetoczyła :))

      Usuń
  3. Jestes najbogatsza osobą na świecie jednym slowem :) Bo co jest więcej warte od przyjaciół i najbliższych? A ty posiadasz i to i to!

    A wyjazdów po cichutku zazdroszczę - i sam nie wiem, którego bardziej...
    Buziaki!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ushii, ja też właśnie się cieszyłam na te wyjazdy całkiem po równo :)) Buziaki!

      Usuń
  4. :))) I nic ważniejszego w życiu :))))

    OdpowiedzUsuń
  5. cudnie...cudnie piszesz...tak lekko..wzruszająco....
    nie ma nic cudowniejszego w życiu jak kochać i być kochanym...masz to i jesteś szczęściarą...jak i ja...dziękuję Bogu za to , ze układa mi tak życie i że poprostu jestem szczęśliwa
    Dziękuje Tobie za post...dziękuję

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja Tobie dziękuję za ten komentarz! Urosły mi skrzydła, a palce się palą do dalszego pisania! :)

      Usuń
  6. uwielbiam Ciebie czytać :)
    uwielbiam w jak prosty sposób piszesz o życiu
    uwielbiam i już !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


    buntuję się

    za mało
    za rzadko
    za mało zdjęć księciunia i całej reszty

    zapraszam do siebie na werandę :)

    buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkie buziaki i dziękuję!!! Ja wiem, że mało i rzadko, wiem, i samej mi z tym kiepsko, bo naprawdę, naprawdę lubię pisać, kurczaczki :)) Tylko ja piszę woooolno jak żóóóółw :))

      Usuń
  7. Piszesz o tym, o czym ja często rozmyślam, ale w słowa tego nie ubieram, bo w moich ustach brzmiałoby to raczej śmiesznie. Całujemy z panem Wyspanym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akacjello, w Twoich ustach NIE brzmiałoby to śmiesznie na pewno. Ja wójt Ci to mówię!!!

      Usuń
  8. Ach, jak ja lubie czytac Twoje posty!
    Zdjecie Wiliama - moze archiwalne ale za to przeurocze:)).

    Milego pobytu w Polsce, moc pozdrowien!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja jestem taka ciekawa jak teraz wygląda Twoja Nadia, choć na kawałeczku zdjęcia :) Widzę, że z Twoją nogą to jednak była poważniejsza sprawa... dużo, dużo zdrowia!

      Usuń
  9. Pięknie to napisałaś! A zdjęcie śpiącego słodziaka rozbrajające :)
    Teraz wreszcie wyjaśniło się, nie tylko dlaczego Marchewka, ale nawet dlaczego Dracoolina :)
    Udanego wyjazdu Ci życzę, choć trudno mi nawet wyobrazić sobie nieudane wakacje w Prowansji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie! No właśnie, właśnie, stąd ta Dracoolina, ja się tylko nadal zastanawiam, skąd ten pingwin nie liczący się, no bardzo mnie to frapuje :))

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Przepraszam za spóźnienie