Bwa, trzy

(bo dobra nawierzchnia nie jest zła...)


... czyli syn zaczął liczyć. Wybiórczo, bo wybiórczo, ale zaczął. Póki co raczej w języku matczystym. 

Wyraźnie interesują go cyfry. Jest taka jedna brama nieopodal z cyfrą jeden, i jeśli po wyjściu z klatki chcę udać się w prawo, a syn woli w lewo (zazwyczaj woli), wystarczy, że powiem: "chodź, pokażesz mamusi jeden". Działa (prawie) bez pudła! Lubi dostawać rano do ręki kartkę z kalendarza-zdzieraka, do analizy. A już bałwochwalczym wprost zachwytem obdarza własny kalendarz ścienny, z fotografiami psów, który dostał od babci. Staje na palcach i sięga do pierwszych dni miesiąca: "bwa! trzy!". Pokazuje przy tym właściwe cyfry, więc właściwie - zaczął czytać. Mówię Wam, jak opanujemy całą dziesiątkę to lecę z alfabetem. Sama w wieku lat pięciu czytałam dzieciom w przedszkolu bajki, panie sadzały mnie na krzesełku, dawały książkę do ręki i czytałam, płynnie, moje fąfele z przedszkola pamiętają. Czyli co, zostało mi marne dwa i pół roku! ;)

Żeby jednak nie namalować tu fałszywego obrazu rzeczywistości spieszę wyznać, że słów - angielskich czy polskich - Pluszek wciąż mówi niewiele, na pewno dużo mniej niż jego jednojęzyczni rówieśnicy. Ale stara się. A ja, matka, go rozumiem. Odróżniam na przykład "mmm"  ("motyl"), od "mmm" ("chmura") i "mmm" ("moon"). Wiem, kiedy "mama" to "mama", a kiedy "mandarynka" albo książko-pacynka "Monday the Bullfrog". Oczywistością dnia codziennego jest dla mnie to, że "dugu-du" (!) znaczy tyle co "żaba".  A przy tym powoli, jak poławiacze pereł, zaczynamy wyławiać z tego wszystkiego najprawdziwsze słowa. Jest "cow", jest "chleb". Jest też "car" - z akcentem - ku utrapieniu męża - wyraźnie brytyjskim.



(garnki czekają)

Z kwestii okołogastronomicznych - epoka rosołu odeszła do przeszłości, nadeszła era pieczonego kurczaka. Udko, pałeczka, nie masz ci lepszego obiadu! Do kurczaka - ryż, zdecydowanie nie ziemniaki (jeszcze jakiś czas temu pieczone miały u niego szanse), czyli hinduska połowa genetyczna mojego syna wzięła górę nad polską. Czasem jakaś marchew na parze, czasem groszek. Innych warzyw w formie konwencjonalnej do ust nie weźmie. Szczęściem jeśli warzywo można wycisnąć z torebki (firmie Ella's Kitchen jestem dozgonnie wdzięczna) to William ochoczo zje każde - brokuły, szpinak, brukiew. Owoce kiedyś lubił, ach, lubił, banany, gruszki, winogrona, panie kochany...  - no ale przestał lubić. Za to w formie suszonej zje wszystko (królestwo za suszone śliwki!), więc nawet banany suszone (nie smażone, bo o smażone łatwo) wynalazłam (choć tu uwaga taka, że aby cieszyć się u młodzieńca powodzeniem muszą pozostać w oryginalnej, białej torebce). Makaron ostatnio kategorycznie znielubił, za to nieustająco uwielbia podpłomyki wszelkiej maści (no mówię, że siła genów...). Paratha znika z talerza, na hasło "naan" dziecię automatycznie wyciąga rękę... Sile mężowskich genów zawdzięczam też pewnie umiłowanie przez mojego potomka wody. Sok lubi, zwłaszcza pomarańczowy z mango, ale jeśli chce się napić to i tak idzie po wodę. I to tak sam z siebie. Wodzę za nim zachwyconym okiem. A w kwestii soku - i mleka... Jakiś czas temu nie chciało dziecię nasze pić mleka, więc ojciec zapodał mu je w formie, w której i sobie je zapodaje - prosto z lodówki. Moje polskie serce drżało, ale co było robić!... Syn wypił, i od tego czasu i mleko, i sok tylko z lodówki, w każdą pogodę. Jak rodziciel. Ulubione słodycze: czekolada mleczna i krówki. Sezamkami też nie pogardzi. Za ciastami i ciastkami nie przepada.



Zainteresowania... Nadal mu w duszy gra! Pierwsze takty piosenki "miś jest dziki, miś jest zły" porywają go do dzikiego tańca. A poza tym, jak by to ująć... fascynują go nawierzchnie. Kiedy idzie na spacer ze swoim drewnianym wózkiem (który już lepsze czasy widział...) albo innym smokiem na patyku - bada każdą nierówność w terenie. Po każdej studzience przejeżdża minimum cztery, pięć razy. Zna na pamięć chyba wszystkie studzienki na naszej ulicy, ja już zresztą też. W domu jeździ tam i z powrotem po dużych zielonych podkładkach do lego duplo, coraz to pod innym kątem, niezmiennie zafrapowany. Samym duplo bawi się codziennie - otwierają i zamykają się drzwi, pan idzie do pracy, pani schodzi po schodach (lub odwrotnie), pies wskakuje na okno, Kubuś Puchatek wchodzi do domu i je miód. Zwyczajne życie ;)  A poza tym - samochody! (bada nimi nawierzchnie w skali mikro), narzędzia! (zwłaszcza śrubokręt i śrubki), ciastolina!, puzzle!, traktor (i wjeżdżające do jego przyczepy zwierzęta nie-wiedzieć-czemu-na-kółkach)!, pomywanie garnków we własnej kuchni (z jednoczesnym symulowaniem dźwięku lecącej wody)!. No i książki - ta miłość wciąż kwitnie. 


Od jakiegoś czasu mamy swoje piosenki. Siedzę sobie na przykład na dywanie w jego pokoju, leci nasza piosenka, William podchodzi wtedy do mnie, zaplata mi ręce na szyi, wtula się we mnie, kołyszemy się razem, podśpiewujemy. 

Chwilo, trwaj.

Z serdecznymi wieczornymi pozdrowieniami - M.! - jak Matka ;)

Komentarze

  1. chłopiec mówi do taty
    - tata to sekret - i szepce po cichutku - kocham mamusie najmocniej na świecie :)
    tata odpowiada
    - a bedziesz miał dizewczynę to ją bedziesz kochał najmocniej
    chłopiec lekko wzburzony
    - ale to jest moja dziewczyna kochana mamusia
    ♥ ♥ ♥ ♥
    moja Julka w wieku 2 lat gadała jak stara !!!
    Pawełek tyle o ile - ale jak dochodził do 3 lat - to już na całego teraz wykańcza
    bo jak tylko otworzy oko papa mu się nie zamyka
    lubi jak twój synuś wodę, mleko za to tylko ciepłe i jeśli już to rano jak wstanie albo wieczorem jak idzie spać
    z owoców - mało warzyw wcale
    bułeczka z masełem oooooooooooo
    urczaczek
    rosołek
    pomidorowa
    ryż nie
    makaraon taaaaak
    pyrki też


    coś mi się wydaje ze te nasze chłopaki za szybko rosną i zaraz będą chodzić na dyskoteki :)

    Wiliamkowi zazdroszczę iście królewskiego akcentu :)

    buziaki


    u nas słonko wyglądnęło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wlasnie na takie synkowe wyznania czekam!!!
      Mmm... buleczka z maselkiem to jest to! A jeszcze buleczka maslana, co dzien swieza z tej jednej ulubionej piekarni jak sie jest u babci w Polsce :)) William mleko wieczorem, to jakis taki dobry mleczny czas :)
      Rosna za szybko, zdecydowanie.
      U nas dzis tez slonce, poczulam wiosne we wlosach, 3 i pol godziny na spacerze z mlodziencem :)
      Buziaki!

      Usuń
  2. Wszystko cudnie opisane, ale najbardziej zafrapowały mnie te nawierzchnie. I myśl taka mnie naszła - a może Willi kiedyś zechce ukończyć wszystkie zapoczęte autostrady w Polsce? I wtedy one dopiero równe będą i obmacane dokładnie na wszystkie strony, hę???

    Odświeżasz mi pamięć swymi opisami Williama, chłopców swych widzę w majtasach krótkich, z umorusanymi gębusiami, ze swoimi ukochanymi ciężarówkami, i jak trzyletni B. wypowiada wyraźnie układając puzzle: "na powierzchni...". Do dziś pękam z dumy i drżę jednako o obu mych synów, dziwiąc się,że jakoś się udało od głupoty uchować w tych dzikich czasach:)

    Ściskam, a jakby co, śliwki poślę suszone, polskie nasze :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak William powie "na powierzchni" to jak nic sie rozplacze. Mnie sie bardzo spodobaly Twoje okreslenia: Syn Polnocny i Syn Poludniowy :)
      Sliwki akurat nam sie w sloju skonczyly, ale jutro poleze po ichnie :) A za dwa i pol tygodnia bedziemy w Polsce - i znow go babcia bedzie karmic czym dusza zapragnie!
      Z tymi autostradami to jest mysl. Ostatnio na placu zabaw jedna kobieta spytala Willecznego, czy inspekcja techniczna obiektu przebiegla pomyslnie :)) Bo na placu zabaw sprawdza wszystkie srubki (a najwiecej czasu spedza badajac bramke). Usciski!

      Usuń
  3. Dziekuje Ci, Patrycjo, serdecznie! I pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne chwile...tęsknię za nimi....
    mogę "po cichu" powiedzieć,że czekam na swoje szczęście ...26 tydzień ciąży...
    Pozdrawiam pieknie i wiosennie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Truskaweczko, to cudowna wiadomość. Wszystkiego dobrego dla Was! Półmetek już za Wami :) Samych cudownych chwil oczekiwania!

      Usuń
  5. Fajny czas.... :) Pamiętam i u nas podobne chwile....a teraz chciałby chodzić do przedszkola z internatem (!!?) :)
    Ja też jako 5latka płynnie czytałam i to wydawało mi sie osiągnięciem ...do czasu gdy mój Gluś zaczął czytać (choć jeszcze nie płynnie) tuż przed 4tymi urodzinami...no inne czasy :)
    Uroczych chwil Wam życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, przedszkole z internatem?!! :)
      Brawa dla Glusia, czasy niby inne, ale nadal nie każde dziecko tak wcześnie zaczyna czytać. Dzielny chłopak. Pozdrowienia!

      Usuń
  6. Marcheweczko Droga Mateczko,
    Muffin w upodobaniach kulinarnych równie niestały...
    Ledwie się cała rodzina zdąży zaangażować w produkcję kluchów i pulpecików na ten przykład, nagle okazuje się, że rzeczone potrawy są absolutnie bee, fee i "no, thank you".
    Aktualnie (powinnam rzec w tym tygodniu) hitem są kabanosy. Nie masz kaby, jesteś słaby...jak głosi przysłowie ludowe! ;)))
    Słodyczowo jedziemy na tym samym wózku. :)
    Powiedz Kochana, jak u Mojego zięcia z nocniczkiem?
    U nas nadal dno i wodorosty... ;)))
    Całujemy i pozdróweczka ślemy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może niech oni już się pobiorą i zaczną sobie nawzajem gotować? :))
      Ech, jo... Kabanosy (koniecznie te całkiem cienkie) były jakiś czas na topie. Babcia przywiozła dwa kabanosowe snopki z Polski, a tu a kuku, już nie smakują :) William bardzo ciekawie obwieszcza, że na coś nie ma (już) ochoty: ostentacyjnie, z poważną twarzą odwraca głowę i robi taki manewr od siebie w przestrzeń prawą rozpostartą dłonią :D
      Zięciunio miał dziś nocnikowy dzień na tak :) Pomogła wiadoma książka, którą jako rzekłam tak zanabyłam - do tego stopnia William wziął sobie lekturę do serca, że siedząc na nocniku zaplata ręce tak samo jak chłopiec na okładce książki :)) W kwestii nocnikowej szerzej udziela się mąż, jakoś tak im w tych kwestiach razem bardziej po drodze. Może dlatego, że tata też chłopak? Tak czy siak mój małżonek dostał już w domu oficjalną ksywkę Williamowego "kibel buddy" :D
      Pozdrawiamy Was!!

      Usuń
  7. mmm...to ja chyba też mam te geny:)) i uwielbiam naan:) Brawa dla Williama - rozwija się:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Sam sie bawię tym żółtym autobusem z Lego :) Przecież chciałem z być kierowcą :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Marcheweczko, przeczytalam Twojego posta z wielkim zainteresowaniem:))).

    Nadia tez za wiele nie mowi, ale tak jak piszesz, Mama zawsze (juz prawie zawsze;) wie o co chodzi;))) no cudne to jest... Sliwki suszone kochamy miloscia czysta i niezmienna;) a ja rowniez preferuje ryz i naany nad ziemniaki :).
    Duplo dopiero zaczynamy odkrywac, powoli... Na razie mnie sie chyba bardziej podoba niz Nadii;).

    Pozdrawiam Cie mocno i jak tylko zrobi sie ladniej i wiosennej (oby niedlugo!), planujemy wyczekane spotkanie!!
    Milej niedzieli :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))
      Pogoda się robi naprawdę wiosenna, aż do końca maja nigdzie nie lecimy, jak nic wkrótce się spotkamy!! :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Przepraszam za spóźnienie