5 lat, 100 postów, czyli - wbrew pozorom nigdzie się nie wybieram!
Moi drodzy, to mój setny post. Jednocześnie za kilka dni minie pięć lat od dnia, kiedy puściłam w przestrzeń swoje pierwsze blogowe słowa. Ostatnia przerwa była chyba najdłuższa, sama nie wiem, jak to się stało, skończyła się wiosna, zaczęło lato, skończyło się lato, zaczęła jesień... Powodu tej przerwy nie potrafię podać, nie działo się u nas nic rewolucyjnego, wyjątkowo nie zmieniliśmy miejsca zamieszkania, wciąż nad polskim morzem. Nie przeżyłam też blogowego wypalenia, nadal mam o czym pisać, chce mi się pisać i mam nadzieję, że wciąż mam dla kogo pisać. Nie obiecuję większej częstotliwości pisania (choć ostatnie pięć miesięcy przerwy to jednak mocna przesada), ale czuję, że coś się zmieni. Od września William spędza w przedszkolu codziennie 4 godziny, chałupkę już zdążyłam w tym czasie odgruzować po lecie (latem tak bardzo szkoda czasu), w szafach posprzątać, dziś zatem z sumieniem czystym jak mój dom siadam na kanapie i piszę. Zresztą, jak co roku o tej porze, wraz z deszczem przyszedł czas na przemyślunki.
Pięć lat. Ogromne zmiany. Najważniejsza, wiadomo, syn. O nim więcej wkrótce.
Przeprowadzki międzynarodowe (cztery), podróże (nie zliczę), podekscytowanie i smutek, euforia i żal. Banał - nie byłabym tym, kim jestem, nie byłabym nawet kimś do siebie podobnym, gdyby nie doświadczenie emigracji, najpierw amerykańskiej, później angielskiej. Konieczność polegania wyłącznie na sobie - i na mężu - konieczność uwierzenia w to, że mogę, potrafię, dam radę. Wszystkie doświadczenia konieczne i potrzebne, nawet to omyłkowe umycie zębów wyciśniętym z tubki Sudocremem po przeprowadzce do Anglii. Nawet to - a zwłaszcza to - przewijanie trzymiesięcznego syna na podłodze pustego mieszkania w Stanach, z widokiem na słońce wpadające przez okno i na męża wypakowującego z worków świeżego, białego Ektorpa. Przyjaźnie w Polsce, które przetrwały próbę. I te w Stanach i w Anglii, które jej nie przetrwały - o co nie mam żalu, bo wiem, że są ludzie, którzy pojawiają się na naszej drodze po to, żeby przez pewien jej odcinek było nam razem lżej iść.
Wczoraj przejeżdżałam samochodem obok mojej uczelni, stojąc na czerwonym świetle patrzyłam na swoją dawną drogę z kolejki. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że będę jeździć samochodem - dodatkowo takim raczej wielkogabarytowym - nie uwierzyłabym przecież. Zrobiłam prawo jazdy w Stanach, tam zaczęłam jeździć, zawsze jednak mocno, mocno nerwowo. Po przeprowadzce do Anglii - przerwa. Aż tu nagle wymyśliłam synowi przedszkole, do którego trzeba dojechać. No to wsiadłam i dojechałam. I któregoś razu, kiedy już z drzew zaczęło lecieć na drogę coraz więcej liści, poczułam, że nie siedzę już w aucie jak w czołgu i że jazda może być tańcem.
W zeszłym roku postanowiłam zrzucić wreszcie kilogram, który niecnie przykleił się do mnie po ciąży. Przemeblowałam menu, z rozpędu zrzuciłam 12 kilo, wracając do wagi z liceum, i tak już w nowym ciele mija mi rok. Nigdy nie byłam w tym czasie głodna, czuję się lepiej niż kiedykolwiek, nie wykluczyłam z diety żadnego produktu, nie odmawiałam sobie drobnej słodkości do popołudniowej kawy, a kolację... zaczęłam jeść. Cuda jakieś czy coś? Jedno jest pewne - nawet nie podejrzewałam, że tak mi będzie w tym nowym ciele dobrze samej ze sobą. To chyba największa niespodzianka.
I tak nam oto upływa ten jubileuszowy post. Przy herbatce i drugim śniadaniu, z tykającym spokojnie zegarem w tle, z mężowym wirtuozyjnym klikaniem na klawiaturze w pokoju obok. Z zielonozłotym przepychem jesieni za oknem.
Drodzy czytelnicy - czy uszczęśliwicie mnie dziś komentarzem? Niech to będzie choć ":)". Albo "!", albo "12345" :)) /Cokolwiek. Dacie znać, że jesteście? Byłoby mi bardzo, bardzo miło.
Gorąco Wam pozdrawiam i do usłyszenia -
Wasza M.
P.S. Obrazek zaczerpnęłam z thegraphicsfairy.com . Bardzo podoba mi się to połączenie fantastycznego statku z poważnymi, statecznymi minami jego pasażerów :)

Witaj
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz jak bardzo się cieszę , że się odezwałaś!!
Uwielbiam czytać Twoje posty.
Musisz zdradzić więcej faktów o tym przemeblowaniu menu, bo i mnie przydałoby sie zrzucić kilka kg.
Pozdrawiam gorąco
Jakie zrzucić kilka kilo, przecież Ty zgrabna, szczupła kobietka jesteś!
UsuńDziękuję, ja sama tak się dziś cieszę, że wróciłam, tak mi z tym dobrze na sercu.
JESTEM JESTEM JESTEM :) melduję się z wielkim brzuchem, synem nr 1 i nr 2, bezimiennym dziedzicem, co się na świat wyłoni dnia 1 lutego :) Nie zapomniałam, zaglądam, wysyłam ciepłe myśl :* Ola
OdpowiedzUsuńAkacjello, no przecież gratulacje, taka piękna wiadomość!! Ja już powinnam dawno z gratulacjami do Ciebie gnać, no, ukarzę się sama (tak z koleżankami mawiamy), bo normalnie wstyd! Cudownie, będzie drugi dziedzic, a imię przyjdzie do Was, przyjdzie, choć wiem, że bywa z tym ciężko, my podjęliśmy decyzję jakieś 8 godzin przed zaplanowaną cesarką :) I Malinka taka laleczka się zrobiła! Achchchch!
UsuńZaczynam się martwić tym imieniem. No nic nam się nie podoba! Albo nic na tyle, aby czuć, że takoż dziedzic nas przezywan będzie :) Obecnie skłaniam się w stronę słowiańszczyzny, a mąż w stronę skandynawszczyzny i nijak wspólnego mianownika tu nie ma. Niestety popełniłam błąd taki, że obiecałam mu kiedyś, że jeżeli będzie drugi syn, to dam mu pierwszeństwo wyboru. No i zgrzytam, zębami na każdą propozycję ;) Bez zębów do porodu pójdę, czy co?!
UsuńByle nie bez zębów!... :)) Wszak pewnikiem zęby trza będzie, proszę Ciebie, zacisnąć :)
UsuńA tak serio - decyzja o imieniu naszego młodziana była jak dotąd najtrudniejszą decyzją mojego macierzyństwa. Serio serio :) Ciekawa jestem, co tam uradzicie!
Jak się cieszę że Pani dalej pisze :D
OdpowiedzUsuńPani posty są piękne,przepojone spokojem, miłością, czułością...
Cudownie je się czyta.
Mam prośbę, niech Pani opisze jak Pani mąż radzi sobie tu w Polsce; przecież język polski jest trudniejszy niż język angielski, a i angielski nie jest tak szeroko znany jak np w krajach skandynawskich. A jak synek sobie radzi w przedszkolu?
Pozdrawiam ciepło
Nimidaris
Kochana, będzie mi bardzo miło, jeśli będziesz do mnie mówić/pisać na ty :) Witam Ciebie i dziękuję! Mąż posługuje się w pracy wyłącznie angielskim, więc w kwestiach zawodowych problem językowy odpada. Do tego pracuje z domu, jest więc pod takim, rzekłabym, językowo-kulturowym kloszem. Enklawę taką ma :) Kontem w banku zawiaduje w języku angielskim (cudownie, że jest taka opcja), tak płaci rachunki i tak dalej. W sprawach codziennych pomagam ja, umawiam wizyty u fryzjera czy u lekarza. Z tym, że do fryzjera idzie już sam, bo i fryzjer zawsze ten sam, za rogiem. Przypadkiem trafiliśmy do świetnej pani internisty, która zwraca się do męża po angielsku, natomiast kiedy była potrzeba pójścia do któregoś specjalisty to szłam z mężem i tłumaczyłam. Zakupy najczęściej robimy ostatnio razem. Zdarzało się jednak, że mąż szedł sam do apteki i się dogadał. Ja się z wszelkich takich rzeczy cieszę, nawet jak idzie zapłacić na stacji benzynowej sam :) I podaje numer stanowiska, i mówi, że nie potrzebuje faktury :) Język polski mąż rozumie naprawdę zaskakująco dobrze, z tym że jest perfekcjonistą i źle się czuje mówiąc do obcych osób nieperfekcyjną polszczyzną (ja na przykład jestem lingwistycznym błaznem i gdy choć tylko poznam na wakacjach w obcym kraju kilka słów to z uporem osła ich używam, np. dziękując za coś czy zamawiając kawę). Na szczęście rodzina i przyjaciele to całkiem inna historia, a jaką mieszanką angielsko-polską mąż mówi do syna!... William jest dwujęzyczny, trochę więcej mówi po polsku niż po angielsku, więc z językiem w przedszkolu nie było problemu :)
UsuńCieszę się, że jesteś, że piszesz dla nas.
OdpowiedzUsuńRena
Rena, dziękuję.
Usuńja też ! :)
UsuńZaglądam tu nawet, gdy nie ma nowych postów.
OdpowiedzUsuńDzisiaj wielka niespodzianka, bo można poczytać i pogratulować blogowej rocznicy!
Oby dalej nie opuszczała Cię ochota do pisania postów.
Pozdrawiam,
Kasia
Kasiu, dziękuję, knuję już w głowie kolejny wpis, tylko żeby to nie był taki mój słomiany zapał, no! :)
UsuńWreszcie!!!!!!. Pisz, pisz kobieto....Czekamy!!!!!
OdpowiedzUsuńDzięki ogromne! :)
UsuńWitam Cię Marcheweczko, po tak długiej nieobecności. Ja również zaglądam tu do Ciebie nawet jak nie ma nowych postów i z wielką radością czytam wcześniejsze - moje ulubione. Cieszę się, że jesteś w Polsce, w swoim wymarzonym miejscu, a pamiętam jak jeszcze kilka lat temu było to odległe. Życie pięknie nas zaskakuje. Byłoby fajnie przeczytać jak się tu w Polsce zagospodarowałaś i jak radzą sobie Twoi "chłopcy". Pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńDDorota
Dorotko, wyściskiwuję Cię wirtualnie, tak dobrze jest wrócić :) Sama czasem nie wierzę, że mieszkamy w Polsce, ostatnio jechaliśmy gdzieś w trójkę samochodem, mąż prowadził, i i droga mi jakoś dziwnie przypomniała Stany, prawie się po łapach szczypałam, czy mi się ta Polska oby nie przyśniła :) .
UsuńA ja mam zawsze łzy w oczach kiedy czytam Twoje posty. Są zawsze takie ciepłe i wzruszające, pełne miłości do świata i Rodziny co mnie zachwyca i mocno chwyta za serce. Całuję.
OdpowiedzUsuńBardzo, bardzo Ci dziękuję, gorąco Ciebie witam. I do usłyszenia!
Usuńooooooooo napisałąm i nie widać?
OdpowiedzUsuńdziwne
napisałam że to pewnie głupie ale ja za Tobą tęsknię
bo nikt nie umie tak pisać zykle- a jednak niezwykle
że łzy same spadają :)
pewnie możemy miec tylko jedną prośbę - pisz częściej - bo zagladnanie
a tam nic i nic zasmuca nas
wszytko co jest w zyciu jest ku czemuś
i samochodowa jazda i przeprowadzki
wy jestescie najwazniejsi
ciesze sie tak po prostu Twoim szcześćiem - bo to
dodaje skrzyed ze może być normalnie :)
synus w przedszkolu !! jej
a mój maluszek za rok o tej porze będzie
w szkole - jak on sobie maluszek poradzi :(
duża w 3 gim - jakby wiek trudny zaczął
powoli mijać
ale w zyciu pod górke oj jak pod górkę
marcheweczko
napisz mi tu szybciuteńko
o tym jedzonku
bo ja na siebie nie moge patrzec :(
takie 12 kg byłoby preludium ale zawsze lepszy wstep niż nic :))))
sciskam was wszytkich
słonka zycze bo sie ostanio zapomnialao i tylko pochmurnosc serwuje niebo
m.
Przede wszystkim tak się cieszę, że trudny wiek zaczyna mijać. Pewnie trudny wiek bardzo dużo Ciebie kosztuje, ile to trzeba będzie mieć cierpliwości jak przyjdzie ten czas...
UsuńJa się tak bałam, jak to będzie z tym przedszkolem, emocjonalnie i samoobsługowo, bo tam u niego np. dzieci same sobie robią przy stoliku kanapki (!), a tu pod koniec pierwszego tygodnia W. zaczął sobie kanapki robić w domu sam (!!). Widać można, trzeba tylko w te dzieci... uwierzyć. No ale obiadu nie zjadł ani jednego, a drugi miesiąc mija, on jest tak estremalnie trudny w karmieniu, że mnie to nie dziwi :) I przynajmniej nie muszę już słuchać jak baranek, że "jak pójdzie do przedszkola i zobaczy, że inne dzieci jedzą"... itd. Zobaczył. I nic. No taki typ. Dobrze, że to tylko 4 godziny, bo je w domu śniadanie, a potem tę kanapkę w przedszkolu przed wyjściem, bo on ani przekąski, ani tego obiadu, a dobre mają, że sama bym jadła :)
O chudnięciu - żadnej konkretnej diety nie przestrzegałam, wszystko na czuja i pod siebie :) Przede wszystkim 5 posiłków, regularnie, wręcz z zegarkiem w ręku, tak że organizm domaga się ich jak u bobaska :) U mnie to było tak: rano śniadanie (ja z tych co na słodko, więc kanapki z serkiem śmietankowym, posmerane lekko dżemem; kawa z mlekiem). Potem: owoce, tak 1,5 (u mnie banan - kaloryczny, ale też sycący, plus jabłko, pomarańcza, ananas świeży, co bądź), plus jogurt naturalny z wsadem (płatki owsiane górskie, nasiona, ciutka miodu). Wydedukowałam, że na chłopski rozum lepiej ten cukier prosty cały zjeść przed południem jeszcze. Potem - drugie śniadanie: 2 rzetelne kanapki z masłem (zawsze i tak smarowałam cieniuteńko), sałatą, pomidorem, ogórkiem, czy np. ogórem kiszonym, jaka tam akurat pora, wędlina i żółty ser (no wiem, że kaloryczny, ale jadłam i i tak chudłam, no). Potem obiad, i tu co bądź, łącznie z pizzą domowej roboty, na plaskatym cieście, tyle że mało, 2 kawałki. Makaron też jadłam, a jakże, ale wszystkiego tak 2/3 tyle co wcześniej. Smażonego nie jadłam, ale też mnie nie kusiło. No i wisienka na torcie - kolacja: chleba tu już niet, za to mozzarella (biedronowa - nadbiedrzańśka ;) - mi odpowiada) z pomidorem i bazylią, a czasem, jak potomka trzeba było wieczornie oporządzać do snu, kulka mozzarelli nadziana na widelec i jedzona w biegu ;) Ale ta białkowa kolacja - zawsze. Lubię też twaróg śmietankowy i jem go na tę kolację, teraz już z miodem, bo już nie zrzucam wagi, a tak to na słono, jakieś rzodkiewki czy coś. Sportu żadnego uprawiać nie zaczęłam, bo to nie mój świat ;), ale jeszcze więcej zaczęłam chodzić, kompletnie przestałam używać autobusu (samochodu w Anglii nie mieliśmy, a komunikacja publiczna byłą super), 40 minut szybkiego marszu w jedną stronę? bez problemu. A jeszcze nad morzem mieszkaliśmy, wszędzie góra-dół, i ja pod tą górę wszędzie ten wózek-parasolkę pchałam z Williamem w środku, no bo on już tyle by nie dał rady. I tak to było. Schudłam, nie głodowałam, wyniki badań krwi bez zarzutu.
Ściskam Ciebie go-rą-co!
Czytając Twoje posty ma się wrażenie, jakby czas biegł wolniej, Twoje słowa pozwalają się zatrzymać, zastanowić. Masz na mnie (a z komentarzy wnioskuję, że nie jestem odosobnionym przypadkiem) kojący wpływ :-) Pozdrawiam serdecznie - Magda, matka Syna, żona (Męża chciałoby się dodać:)
OdpowiedzUsuńMagda, witam, dziękuję, że napisałaś. Takie słowa jak Twoje dodają mi skrzydeł. No to mamy ten sam model rodziny :)) Serdeczne pozdrowienia!
UsuńUff...wreszcie wróciłaś!
OdpowiedzUsuńMiałaś w tym swój udział - zmotywował mnie Twój komentarz pod poprzednim postem :)
Usuńhej koteczku-czytam czytam ;-)
OdpowiedzUsuńNo to buziole w nochy (w noch?)! Dzięki :)
UsuńCieszę się, że jesteś:) Zawsze czytam i czekam:) Może i ja się w końcu zmobilizuję do wpisu... Pozdrowienia serdeczne!
OdpowiedzUsuńDziękuję :) Bardzo dziękuję :) Jesień przyszła, wiem, że zawsze trudno Ci rozstawać się z latem. W radiu - jadąc autem - usłyszałam ostatnio, powiedziane z takim przekornym wyrzutem: "ciepła pogoda się skończyła, no komu ona przeszkadzała?...". Uśmiałam się i myśli popłynęły mi w Twoją stronę :)
Usuń12345 :)))))
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie, kolorowo, jesiennie, radośnie:)))
:)))
UsuńGorące pozdrowienia, Lewkonijko!
:) ! 1234
OdpowiedzUsuńmelduje się i ja:))
Dzięki, dzięki! :))
Usuńahhhh a ja dopier dziś...ale jestem:)
OdpowiedzUsuń:*
ściskam
Hej hej, pięknie dziękuję! :)
UsuńWitaj Marchewko. Przepięknie się Ciebie czyta - słowa proste, przepełnione ciepłem, trafiające wprost do serducha. Sama też jestem mamą, tyle że moja Pociecha ma zaledwie cztery miesiące :-) I wiesz, co ostatnio robię przy każdym karmieniu? (w końcu to 40 min do zagospodarowania) Czytam i czytam Twojego bloga i nie mogę się naczytac :-) Pozdrawiam zatem cieplutko i czekam na następny wpis...
OdpowiedzUsuńCzuję się zaszczycona, naprawdę, ten czas podczas karmienia Maleństwa to wyjątkowy czas, bardzo się cieszę, że mogłam bywać jego tłem! :)
OdpowiedzUsuńTo jeszcze ja! Mignęło mi, że coś napisałaś. Cieszę się, że wróciłaś!
OdpowiedzUsuńDzięki, dzięki, pozdrowienia! :)
Usuń