Jesień w stanie Waszyngton
Tegoroczną jesień mieliśmy tu dotąd złotą, polską. Od kilku dni jednak deszcz i deszcz. Słota! Słota, jakie ładne słowo. Trochę buro, trochę zimno, ale jakoś tak przytulnie.
Oswoiliśmy już nasz wynajęty dom, na tyle w każdym razie, ile to potrzebne. Do następnej przeprowadzki, ot, życie szaleńca. Tyle że już zawsze z własnymi gratami. Kiedy przyjechał transport z Polski, płakałam jak dzidziuś, tylko na wesoło. Nasze łóżko! Sztućce! Puszka na ciastka! Niektóre rzeczy zwiedzają już oto trzeci kraj. Są też i takie, co właśnie zatoczyły koło i wróciły do siebie.
Czego mnie ten nowy dom nauczył? Zabijania pająków, także tych dużych. Nocnej ciemności za oknem, że oko wykol. Wjeżdżania do garażu z precyzją chirurga (czy 30 lat temu amerykańskie samochody były węższe? węższe niż ten nie bardzo szeroki mój? nie wierzę! to co w takim razie architekt miał na myśli?...).
Co w nim lubię? Przestrzeń! Oddech! To że nic nie jest nigdzie wciśnięte (no, oprócz auta w garażu). Drewniane podłogi wszędzie, a nie, amerykańskim zwyczajem, wykładzina (to nas w tym domu skusiło). Garderoba, pierwsza w moim życiu, gdzie są wszystkie ubrania Pratapa, Williama i moje, pościel i ręczniki. Bardzo to wszystko łatwo układać na miejscu, prosto z suszarki. Za którą też się, prawdę mówiąc, trochę stęskniłam.
Czego nie lubię: no tych pająków (walczymy z świństwem, ale ponoć taki urok stanu Waszyngton), nocnej głębokiej ciemności, i paru jeszcze innych. W tym braku słońca w salonie, nawet gdy świeci słońce. Pierwszy raz taki numer. I już ja się postaram, żeby ostatni!
No, jesteśmy. A oto ten nasz dom dziś późnym popołudniem. Wracaliśmy z parku, William i ja, zanim wjechałam (z miarką w oku) do naszego garażu, wysiadłam i zrobiłam mu zdjęcie. Dla Was, moje drogie! Kiedy wychodzę z domu nie na długo, lubię zostawiać w nim jakieś światło. Milej się wraca.
Nie wiem, co ogrodnik miał z kolei na myśli, przycinając to drzewo?
Toż to wygląda jak wielki grzyb.
Pająki lubią snuć nić między tym grzybem a domem, więc oczy szeroko otwarte zawsze potrzebne.
To grzybiaste drzewo jest tu przed każdym domem w sąsiedztwie.
Jutro przylatuje do nas mama Pratapa.
A wiecie, kto przylatuje do nas pojutrze?
Mama i tata. Pierwszy raz do Stanów. Na 10 dni. Jak ja się cieszę!
Gorąco Was pozdrawiam -
M.


Przepraszam, że nic nie odpisałam na Twoją odpowiedź do mojego komentarza pod ostatnim postem. Przepraszam, tak układałam w myślach jak to najlepiej napisać....O synku moich sąsiadów i tym jak to było i jak jest....Ale każdy jest inny i każdy ma swoje sposoby i "lekarstwa" na problemy, choroby, przypadłości... Wspomnę więc Ci tylko, że dla Nich i dla nas (przyjaciół) to był szok. Mądre, niesamowicie inteligentne dziecko (czytał w wieku lat 3 !!!), zdolne.... ale jednak coś było nie tak.... i w końcu taka diagnoza. Było im ciężko, bardzo ciężko (nie będę tego ukrywać), problemy w przedszkolu (to pokonali bo trafili na bardzo mądre panie przedszkolanki) i potem problemy w szkole (tego już nie pokonali)... Przenieśli synka do innej szkoły, chodzili na terapie, zajęcia, spotkania. Teraz chłopiec jest w klasie 3. Jest wszystko dobrze. Kilkuletnia ciężka praca przyniosła efekty. Chłopiec jest taki jak inne dzieci. Wierze, że Wam też się uda, jesteś bardzo mądrą Mamą i Kobietą !!!!. Polecam Was w modlitwie. KOCHANI DACIE RADĘ!!! Gosia T.
OdpowiedzUsuńWspaniale, że macie w końcu miejsce na zadomowienie się. Tylko te pająki..., oby ich było jak najmniej.
OdpowiedzUsuńWięcej światła wpadającego przez okna życzę !
Światło w domu daje tyle przyjemnego ciepła.
OdpowiedzUsuńPięknie tam macie :)
Marcheweczko Kochana
OdpowiedzUsuńUmknął mi Twój poprzedni post.
Mocno z całego serca trzymam kciuki, żebyś coraz rzadziej potrzebowała używać swojego wentyla bezpieczeństwa.
i żeby te pająki poszły sobie precz ( ulubione powiedzenie mojej Córki )
Mocno ściskam i całuje
Kinga
Marchewko, jak dobrze czytać takie wieści od Ciebie, nie żeby zapomnieć o tym, co przykre, ale żeby oczami wyobraźni widzieć Twoje łzy radości pomiędzy innymi łzami, wiedzieć, że masz prócz smutków i lęków kobiety także i takie śmieszne małe straszydełka, które można zmieść jednym palcem. Jak dobrze wiedzieć, że i Twoja jesień ma nasz znajomy zapach deszczu i zmokniętych liści, w których można bezkarnie brodzić w kaloszach bedąc chłopcem albo nawet calkiem dorosłym, i odczuwać przy tym mały niegroźny dreszczyk emocji. Dzieki tym pająkom, lampie w pokoju i słocie widzę Cię, jakby nas nie dzielił żaden ocean. Nawet ten grzybek-drzewko przypomina mi dziwolągi wystrzyżone w sąsiedztwie, nie wiedzieć czemu w tak topornym guście. A domek piękny, niemal nie hamerykański. Tylko jak Ty wysiadasz z auta, skoro na milimetry wjeżdżasz do garażu? To mi dziś zajmie całą noc, kontemplowanie tego zagadnienia:)))
OdpowiedzUsuńŚciskam i życzę dobrych snów w Waszym nowym domu:)))
kochana Ty moja dobra duszyczko
OdpowiedzUsuńpająków nie cierpi CAŁA moja rodzina z mężem na czele córka która widząc pająka drze się jakby kto ją
ze skóry obdzierał !!! na całą wieś !!
domek jest śliczny - liczę po cichutku na wnętrza - a światełko sama pozostawiam :)
bo jakoś tak lepiej się wraca
hym garaż powiadasz? - moi rodzie swego czasu mieli dużego starego mercedesa - pojechali na wakacje i ja pilnowałam domku - jeździłam malutkim tico (czy wiesz jak wygląda ten samochód? ciutkę większy od małego fiacika) i ja wyjeżdżając z tego garażu URWAŁAM drzwi w tico :) :) :) .....
bardzo się cieszę że domek twój będzie gościnny :)
że rodzice będą - Wiliamek się na pewno za Nimi stęsknił
a co do geniusza - powala mnie jego wiedza - kiedyś jak będzie starym facetem a w spadku po nas dostanie te pisadła - to sobie poczyta o cioci co to miła problem z symbolem wodyi tlenu
ukochulki dla Was - m.
WASZYNGTON WITA WAS!!!
OdpowiedzUsuńU nas natomiast późne lato i jesień przyniosły masę biedronek. nie takich zwykłych, polskich, pięknych w sukieneczkach, tylko takich okropnych angielskich, wyglądające niczym stonki ziemniaczane. Chowają się w lampach, rogach okien.
OdpowiedzUsuńW tej ciemności Twojej możesz od czasu do czasu poczuć się jak ludzie niewidomi, wytężyć inne zmysły, ot taka lekcja pokory.
A Waszyngtonu Ci zazdroszczę, w sumie tych podróży trochę. Bo u nas zastój i korzenie niżej niz czasem bym chciała.
pozdrawiam!