Co za dzień...
Co za dzień, i tak już od rana, rozchwiany, rozczochrany, emocjonalny dzień. Usiadłam właśnie w domu z kawą na stopniu frontowego pokoju, żeby choć trochę zebrać myśli - ale nie potrafię, bo rozbiegły się we mnie wszędzie, słowo daję, że cała dziś jestem myślami, po dwunastnicę i czubek małego palca u lewej nogi.
Rano mail od koleżanki, o narodzinach jej drugiego dziecka. Długi, długi mail. O wielkiej radości, o porodzie, o trzymającej za rękę studentce medycyny. Ja czytam obrazami, ja widzę tę studentkę i widzę tę rękę, i ta ręka wzrusza mnie najbardziej. Ten człowiek w człowieku.
Potem śniadanie i zatknięta w bułkę urodzinowa świeczka numer jeden, "niech gżyje, gżyje nam", śpiewają, a jeden wspiera się na polszczyźnie drugiego jak umie. I młody człowiek bez pytania, z naturalną swobodą zdmuchujący moją świeczkę, bo przecież my to jedno. Ten sam człowiek, którego przez prawie pięć lat życia nie potrafiłam nauczyć dmuchnięcia, bo jak to wytłumaczyć?
A potem mój cotygodniowy wolontariat w Williamowej szkole. Uczę dzieci czytać, migają przede mną kolejno jak szkiełka w kalejdoskopie. Ta niewinność kilkulatka, czyste, nieubrudzone szkło.
I to uczucie, kiedy wchodzisz do sali i dzieci Ciebie witają, choć nie muszą, nawet te najbardziej nieśmiałe, uśmiechają się do Ciebie zza okularków. "Hello, William's mom". I ten trzyletni chłopiec, zawsze poważny, co nie chce w szkole nic robić, a przy mnie jest pierwszy, któremu dostawiam krzesełko obok siebie i dziecka, z którym akurat pracuję. Ten, co się do mnie uśmiecha i pokazuje mi nowy zegarek. I bezbłędnie rozpoznaje pierwsze głoski, hhhhh, oooo. Układamy szeroko usta do kolejnych, kolejnych dźwięków. Ten, co się przy mnie nie boi, że się ośmieszy.
Zostaję w klasie na obserwacji Williama. Przedstawia mi się pani psycholog, która zaczęła z nim pracować. Słowo do słowa i rozmawiamy przez 45 minut. Mówię, a pani psycholog prawie cały czas płacze. I każe mi napisać książkę.
I te życzenia dzisiaj, od tylu osób. I przyjaciółka, co to jak moja siostra. Płacz wzbiera we mnie od rana. Ale jeszcze nie, jeszcze nie.
Mówią o pogodzie ducha. I o odwadze. To o mnie mówią?
Jak to się stało? Kiedy?
i mam 34 lata! i mieszkamw3pietro
Tę ostatnią linijkę napisał William - i tylko jej pierwsza część to prawda!
Kłaniam się Wam w ten styczniowy dzień -
Wasza M.

Nie mogę się na Was napatrzeć, czytając :)))
OdpowiedzUsuńJeśli książka będzie po angielsku, to się nauczę porządnie angielskiego specjalnie dla niej! Mój germański akcent w angielskim wreszcie zmiękczę.
Taki tort znienacka jest najmilszy, wzruszające jest to,że William sam pokonał barierę dmuchania :)))
Najserdeczniejsze życzenia urodzinowe tą drogą, Marcheweczko! Czegokolwiek pragniesz głęboko w sercu, niech się spełni. Niech się spełnia powolutku, ale skutecznie, aby każdy dzień był jedyny i niepowtarzalny, przynosząc ot tak takie drobne niespodzianki, jak zdmuchnięcie świeczki :))) Ściskam! (Ech, ja w tym roku kończę pół wieku, ale to jeszcze ... pół roku:)) Niemniej doskonale pamiętam siebie w wadze lekkiej, zwiewnej, w lecie wieku)
:)))
UsuńPłakałam jak dziecko jak pierwszą świeczkę zdmuchnął.To samo jak pierwszy raz wypłukał zęby wodą z kubeczka (kilka miesięcy temu). Za każdym razem wiem, że wystarczy ten jeden raz i odgadnie, o co chodzi,jak ułożyć swoje ciało, ale ten jeden raz oznacza czasem dużo pracy - naszej, a przede wszystkim jego.
Dziękuję, ściskam Ciebie!
Przede wszystkim: najlepszego!!! I czytam, i się wzruszam, i zadziwiam, i niedowierzam... I ja od kilku dni mam 34 lata, i ja przeżywam te emocje, co Ty, chociaż te moje łobuzy trochę starsze. I wiesz? Zaraz napiszę @ Muszę :)
OdpowiedzUsuńŚciskam mocno!
Kochana, to i Tobie wszystkiego najlepszego! Bardzo będzie mi miło, jeśli napiszesz maila! :) Podziwiam Twój przekształcający się domek, a widzisz, muszę zacząć wpisywać komentarze, bo to takie miłe przecież je później czytać! :)
UsuńDziś trafiłam na Twojego bloga i nie mogę się oderwać, a praca czeka :) Pięknie piszesz... Wzruszająco...
OdpowiedzUsuńJa nie ma tego daru, muszę się sporo nagimnastykować, aby sklecić coś sensownego i ubrać w słowa to, co naprawdę czuję i chcę przekazać. Tym bardziej nie mogę odejść od komputera :)
W każdym razie z okazji urodzin życzę Ci wszystkiego co najlepsze, siły, optymizmu i dobrych ludzi wokół siebie.
Swoją drogą wczoraj mój synuś skończył 14 lat, a dziś córcia świętuje 11.
pozdrawiam serdecznie :-)
Dziękuję, dziękuję, tak mi miło, że nawet nie wiesz, buzia mi się śmieje do ekranu!
UsuńTe końcowe dni stycznia to takie dobre dni na urodziny :) Mój mąż jest z 24ego.
Marcheweczko Kochana!
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci z całego serca, aby codziennie Twoi najbliżsi śpiewali Ci: niech gżyje, gżyje nam!!!
Aby spełniły Ci się wszystkie te drobne marzenia, te ważne i te mniej, abyś sił miała wiele i parła do przodu z uśmiechem na ustach ( choć czasem wiem, że jest ciężko) I miłości ogrom, abyś mogła nią obdarowywać bliższych i dalszych.
Pozdrawiam gorąco
Kinga
Dziękuję, ściskam Ciebie, tak mi miło, że jesteś! :)
UsuńZ calego serducha pozdroweczki .Ja tez na twojego bloga trafilam i ciagle czytam;))
OdpowiedzUsuńKochana, daj znać koniecznie jeśli będziesz w Redmond/Bellevue. A czy wybierasz się na spotkanie Polonii w Seattle teraz w lutym?
UsuńNie umiem tak pięknie pisać, ani tak pięknie mówić.Umiem za to czytać całym sercem...Twój blog jest dla mnie od dawna w ulubionych, śledzę, chłonę i cieszę się, że jesteście- Wy - cała Wasza trójka, buchająca aż miłością do siebie.
OdpowiedzUsuńPamiętam ja czytałam Cię po raz pierwszy, nie mogłam się oderwać od historii jak się poznaliście - tak naturalnie piszesz, emanując miłością do synka, męża i życia.
Dużo zdrówka dla Was, spełnienia marzeń i bądź....proszę :)