Gawędy kurierskie

... a dziś piszę do Was, czekając na Pana Kuriera, który ma odebrać mój zepsuty komputer. Czekam już tak drugi dzień, nie wyściubiając z domu nosa do strategicznej godziny 17ej, bo ja bardzo obowiązkowa jestem. Zbliża się 16ta, Lubego Pana nie widać, więc pewnie poczekam i jutro (cierpliwa jestem raczej też).
No i tak, czekając na tego mojego Godota, czytam sobie Wasze blogi, i jak zwykle przyjemna to lektura! I, myślę sobie, napiszę dziś coś i ja na tym moim blogobobasku dwutygodniowym.
Myślicie może, jak napiszę, skoro mój komputer, spakowany jak dziecko na kolonie, czeka obok drzwi na Miłego Kuriera? Ano tak się szczęśliwie składa, że przepaliła się w nim tylko karta graficzna, a twardy dysk zdrowy jak rydz (chyba tak się mówi? od zawsze mam z tego typu wyrażeniami problem, co się tu pewnie jeszcze nie raz, nie dwa okaże - do moich osobisych tworów należą "pasuje jak pięść do koguta" czy "ni w kij, ni w pietruszkę", zwroty dziś popularne wśród rodziny).
Na czas naprawy mój małżonek szczodrym gestem ofiarował mi swojego laptopa, wkładając do niego, że tak powiem, moje flaki (dzięki temu dysponuję zdjęciami, o których za momencik), a że mamy laptopy-bliźniaki to czuję się jak u siebie w domu :)
Jak już pisałam, mieszkamy z mężem pod San Francisco. Jest to ciekawe miasto, w którym bywamy z mężem jednak sporadycznie, bo na nerwy działają nam korki, a tych tam pod dostatkiem (na nerwy działa nam również szukanie miejsc parkingowych, bo tych, wręcz przeciwnie, chroniczny niedostatek). Wiadomo, duże miasto. A jednak San Francisco lubię, podobnie jak Stany w ogóle. Nigdy nie zamierzałam mieszkać tu na stałe i już nie mogę się doczekać powrotu do Polski, a jednak mam do tego kraju sentyment. Z całą jego prostolinijnością, dwuwymiarowością i morzem ”how are you” w sklepach. Jest to sentyment podobny pewnie do sentymentu, dajmy na to, do starej kurtki – zna się ją od podszewki, wie się, że miejscami dziurawa, miejscami się pruje, a jednak się ją na swój sposób lubi, jest taka oswojona, że można ją poznać po omacku.
Zamieszczam dzisiaj zdjęcie Wiadomego Mostu - sam most w perspektywie, a na pierwszym planie taka lornetkowa maszynka, która nie mam pojęcia, jaką nosi oficjalną nazwę w jakimkolwiek języku :) Pierwszy raz zobaczyłam ją na okładce książki Billa Brysona ("I'm a Stranger Here Myself: Notes on Returning to America After 20 Years Away") i bardzo mi się spodobała, bo wygląda jak duża, metalowa, uśmiechnięta gęba.



No i zdjęcie numer dwa: restauracja The Stinking Rose (Śmierdząca Róża) w San Francisco. To zdjęcie ma swoją historię. Otóż restaurację o tej jakże wdzięcznej nazwie zobaczyłam z okna samochodu podczas jednego z pierwszych wypadów do miasta. Ku mojej uciesze zauważyłam, że napis wyżej głosi: "doprawiamy nasz czosnek jedzeniem" - uciecha podwójna, bo po pierwsze lubię gry słowne, a po drugie lubię czosnek - i to bardzo! Niestety nie zdążyłam zrobić zdjęcia temu niecodziennemu szyldowi, nie wiedziałam nawet na pewno, w której części miasta się znajdujemy :) Ale od czego internet! Moja miłóść do szyldów (reklam, napisów...), o której pisałam już dziś w komentarzu do Elle, kazała mi (i mojemu biednemu mężowi) odnaleźć restaurację i zrobić nadobnemu szyldowi zdjęcie. Ba! Poszliśmy tam wraz z naszymi dwoma kolegami na obiad. W menu znalazłam potrawę o nazwie "kurczak z 40 ząbkami czosnku", więc postanowiłam sprawdzić, czy to 40 to dosłownie, czy w przenośni. Okazało się, że dosłownie! Kurczak był pyszny, smakował czosnkowo, a ofiara kurczaka, zdaniem jej męża, pachniała czosnkowo jeszcze przez dwa dni :) W menu były też lody czosnkowe, ale się nie skusiłam, aż tak odważna nie jestem!



Na dziś kończę, bo mamy 17ta, Pan Kurier znów rozczarował i mnie, i spakowaną młodzież kolonijną. Pozdrawiam Was serdecznie! M.

Komentarze

  1. Ha, fajne opowiesci! Podoba mi sie ten czosnek, bo czosnek w ogole lubie, choc czasem przyznawanie sie do tego nie jest zbyt "ladylike".
    Dokladam bloga do mojej listy podgladanych:)
    SF tez nam sie bardzo spodobalo - bylismy w lecie, ale szanowny most raczyl byc caly zapakowany w mglista wate. Natomiast jazda po wzgorzach tramwajami byla za sto punktow! I Chinatown, i Fishermen's Wharf ze zwiedzaniem statkow... na pewno kiedys wrocimy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasiu od szkieuek, dziękuję za odwiedziny! :) Serdecznie zachęcam do podglądania! No, mosty tutejsze bywają kapryśne. Ten na szczęście tylko estetycznie, bo z kolei jego sąsiad, Bay Bridge, notorycznie się psuje, coś tam w nim na przykład ostatnio odpadło, prosto na jezdnię... (całe szczęście nikomu nie stała się krzywda).
    Te wzgórza to rzeczywiście, jak człowiek jedzie samochodem (a tramwajem tym bardziej) to czuje się jak w wesołym miasteczku! A w Chinatown jest mój ulubiony sklep z serwetkami/poszewkami :) Serdecznie pozdrawiam i na pewno też do Ciebie zajrzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O to mamy inaczej. Ja Cie bardzo przeraszam, ale ja Usa obchodzę wieeeelkim łukiem. Ponad rok rozbijałam sie po tym kraju i oj nie bedę ci tu moich opinii cedziła.
    To nie kraj dla mnie.
    Ale los pokretny jest, jeszcze trzy lata temu nie wyobrażałam sobie ze będę mieszkac gdzie indziej niźli w moim szczecinie a tu proszę-serducho nie sługa i trafiła baba do belgii.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz