Witam serdecznie, czyli powody, podziękowania i salceson sułtański!
Witam serdecznie! Blogi zaczęłam czytać w zeszłym miesiącu i dziś właśnie zapałałam nieodpartą chęcią stworzenia własnego - co też nieudolnie czynię! (jeszcze nie wiem, jak toto edytować, jak dodawać to czy tamto, ech, ach). Sama też nie wiem jeszcze, czy po tym pierwszym poście będzie jakiś następny kiedyś, ale co tam, piszę! No a skoro już piszę to może kilka słów o tym, co sprawiło, że w już wyżej wspomnianym zeszłym miesiącu na blogi natrafiłam (... i jak natrafiłam... tak przepadłam...).
To wszystko, moi drodzy, przez tęsknotę - za Polską. Cztery lata temu, przed własną klatką schodową, zakochałam się (... i przepadłam...) w moim już teraz mężu. A tak się złożyło, że już-teraz-mąż jest Amerykaninem. Dwa lata temu, po naszym ślubie, zamieszkaliśmy w Kalifornii, w okolicach San Francisco, skąd dziś piszę tego pionierskiego posta (chlubiąc się zarazem polskimi literami, które w bliżej nieznany mi sposób zainstalował na moim laptopie brat). No i tak, dwa lata temu, zaczęła się ta tęsknota za Polską, o której wyżej... Wizyty cztery razy w roku nie pomagają, niestety, nic... Druga sprawa, że nie lubię przylatywać na dłużej niż trzy tygodnie, bo wtedy z kolei tęsknię za mężem (a mąż ma biedny urlopu mało, więc lata w roku dwa razy - i też tęskni, za moją-naszą rodziną i przyjaciółmi, że o kiełbasie nie wspomnę). Pech chciał, że ja o tej kiełbasie... tak bym sobie, kochani, kiełbaski zjadła... Jak przyjeżdżam do Polski to na słodycze nawet nie patrzę, za to zagryzam do kawy salceson sułtański, albo metkę paluchem wyżeram prosto z flaczka (o, subtelności kobieca!).
Ale, ale, wracając do sprawy! Pojawiła się nadzieja na to, że mój mąż będzie mógł pracować dla swojej firmy z domu, przez internet, a to oznacza, że w najbliższych miesiącach przeprowadzilibyśmy się do Polski. Jest nadzieja, ale jest też niepewność, czy się uda... a żeby sobie umilić ten czas zawieszenia w próżni zaczęłam wić nasze nowe gniazdko - póki co, ma się rozumieć, mentalnie. Trzeba będzie nabyć (drogą kupna) wszystko, od kanapy przez garnki, a na talerzach kończąc, bo z naszego obecnego mieszkania weźmiemy tylko drobiazgi (świadomie nie urządzaliśmy się tu na stałe, a kupione tu książki i domooozdoby przewoziliśmy stopniowo, jak kotki kociaki...).
Moje poszukiwania inspiracji i informacji zaprowadziły mnie na forum muratora, stamtąd trafiłam na pierwsze blogi i tak, niepostrzeżenie, recenzje pralek poszły w niepamięć, zaczęłam za to czytać opowieści wspaniałych kobiet - najpierw jeden blog, z którego trafiłam na następny, i kolejny... Nazbierało się kilka takich, które śledzę regularnie - są zapisane w moich zakładkach w przeglądarce (teraz, dorobiwszy się własnego bloga, dodam je sobie do obserwowanych i będzie łatwiej - ha, proszę, postęp!) Chciałabym Wam wszystkim, dziewczyny, podziękować za dzielenie się Waszymi codziennymi niecodziennymi historiami. Każda z nich jest inna, ale Wy wszystkie macie ze sobą dużo wspólnego - jesteście ciepłymi, serdecznymi i mądrymi kobietami, takimi, w których towarzystwie dobrze jest przebywać.
A korzystając z okazji załączam pozdrowienia dla tych, którzy wytrwali, czytając tego przydługiego posta! M.
P.S. Zapomniałam wspomnieć, skąd ta Marchewka Dracoolina, ale to historia sama w sobie, a nawet dwie w jednej, więc chwilowo przemilczę :)
To wszystko, moi drodzy, przez tęsknotę - za Polską. Cztery lata temu, przed własną klatką schodową, zakochałam się (... i przepadłam...) w moim już teraz mężu. A tak się złożyło, że już-teraz-mąż jest Amerykaninem. Dwa lata temu, po naszym ślubie, zamieszkaliśmy w Kalifornii, w okolicach San Francisco, skąd dziś piszę tego pionierskiego posta (chlubiąc się zarazem polskimi literami, które w bliżej nieznany mi sposób zainstalował na moim laptopie brat). No i tak, dwa lata temu, zaczęła się ta tęsknota za Polską, o której wyżej... Wizyty cztery razy w roku nie pomagają, niestety, nic... Druga sprawa, że nie lubię przylatywać na dłużej niż trzy tygodnie, bo wtedy z kolei tęsknię za mężem (a mąż ma biedny urlopu mało, więc lata w roku dwa razy - i też tęskni, za moją-naszą rodziną i przyjaciółmi, że o kiełbasie nie wspomnę). Pech chciał, że ja o tej kiełbasie... tak bym sobie, kochani, kiełbaski zjadła... Jak przyjeżdżam do Polski to na słodycze nawet nie patrzę, za to zagryzam do kawy salceson sułtański, albo metkę paluchem wyżeram prosto z flaczka (o, subtelności kobieca!).
Ale, ale, wracając do sprawy! Pojawiła się nadzieja na to, że mój mąż będzie mógł pracować dla swojej firmy z domu, przez internet, a to oznacza, że w najbliższych miesiącach przeprowadzilibyśmy się do Polski. Jest nadzieja, ale jest też niepewność, czy się uda... a żeby sobie umilić ten czas zawieszenia w próżni zaczęłam wić nasze nowe gniazdko - póki co, ma się rozumieć, mentalnie. Trzeba będzie nabyć (drogą kupna) wszystko, od kanapy przez garnki, a na talerzach kończąc, bo z naszego obecnego mieszkania weźmiemy tylko drobiazgi (świadomie nie urządzaliśmy się tu na stałe, a kupione tu książki i domooozdoby przewoziliśmy stopniowo, jak kotki kociaki...).
Moje poszukiwania inspiracji i informacji zaprowadziły mnie na forum muratora, stamtąd trafiłam na pierwsze blogi i tak, niepostrzeżenie, recenzje pralek poszły w niepamięć, zaczęłam za to czytać opowieści wspaniałych kobiet - najpierw jeden blog, z którego trafiłam na następny, i kolejny... Nazbierało się kilka takich, które śledzę regularnie - są zapisane w moich zakładkach w przeglądarce (teraz, dorobiwszy się własnego bloga, dodam je sobie do obserwowanych i będzie łatwiej - ha, proszę, postęp!) Chciałabym Wam wszystkim, dziewczyny, podziękować za dzielenie się Waszymi codziennymi niecodziennymi historiami. Każda z nich jest inna, ale Wy wszystkie macie ze sobą dużo wspólnego - jesteście ciepłymi, serdecznymi i mądrymi kobietami, takimi, w których towarzystwie dobrze jest przebywać.
A korzystając z okazji załączam pozdrowienia dla tych, którzy wytrwali, czytając tego przydługiego posta! M.
P.S. Zapomniałam wspomnieć, skąd ta Marchewka Dracoolina, ale to historia sama w sobie, a nawet dwie w jednej, więc chwilowo przemilczę :)
Pierwsza? Witam Cię serdecznie i mam nadzieję bywać regularnie więc się nie leń i nie wymyslaj powodów coby nie pisac i bloga olewać.
OdpowiedzUsuńŻyczę powodzenia i zapraszam na małe losowanko ;) a nuz na dobry poczatek ci sie poszcześci pozdrawiam serdecznie
Jakie ja mam dzisiaj szczęście! Dostałam aż DWA pierwsze wpisy, kto jeszcze może się tym pochwalić, no kto? :) Dziękuję Ci cieplutko, 13ko, i tak zmotywowana już obmyślam kolejnego posta :)
OdpowiedzUsuńDziękuję również za zaproszenie, na pewno skorzystam, mam tylko nadzieję, że dobrze zrozumiałam reguły! Pięknie by wyglądały te serwetniki w towarzystwie pewnego znanego nam serwisu Lubiany... :)
O i jest poczatek story
OdpowiedzUsuń