Kolaż walizkowy



Powoli się pakuję... Na zdjęciu widzimy dzisiaj kolaż walizkowy, czyli dla każdego coś miłego :) Upominki dla bliskich (do bliskich, rzecz jasna, zalicza się kot) są z tak różnych parafii, że aż prosiły się o zdjęcie:

1. Gumowa kaczka. Dziwnych jakoś kolorków nabiera w moim obiektywie, ale nie mogło jej zabraknąć - niemowlęta muszą po prostu mieć gumowe kaczki do kąpieli.
2. Krawat dla dziadka. Dziadka mam grubo po 80tce, w pełni sił. Od wiosny do jesieni dziadek jeździ rowerem na działkę, a emeryturę odkłada na swoje urodziny, które co roku wyprawia z rozmachem w restauracjach. W każde święta dajemy mu nowy krawat, zakłada go potem na różne okazje - jak tak myślę to po tych dziadkowych krawatach można by datować zdjęcia.
3. Miska dla kota. Kupiłam jej kiedyś taką na studiach - z powodu studenckich dziur budżetowych tylko jedną, no i proszę! Znalazłam tu ostatnio miski identyczne, moje kocie futro będzie miało komplecik.
4. Kalendarz dla mamy. Co roku kupuję dla nas takie same kalendarze - miła jest świadomość, że mama zaznacza wszystko w takim samym kalendarzu, jak ten, który wisi i na mojej ścianie. Tym z Was, które mieszkają daleko od swoich mam i które za nimi tęsknią, bardzo taki kalendarzowy duet polecam.
5. Przyodziewek dla brata. Zgadłyście - brat jest nastolatkiem! :)

To oczywiście tylko kilka z przedmiotów, które pod ścianą czekają na wymarsz... Są jeszcze uchwyty do mebli (rodzice mają remont kuchni), są do tej kuchni lampy (sztuk dwie), są ubranka niemowlęce (pod naszą nieobecność przyszła na świat trójka chłopców), jest herbatka-do-zdobycia-tylko-tutaj (mam uzależnioną od niej koleżankę, trzeba biedną ratować w nałogu), ech! Jest wszystkiego takie mnóstwo, że tylko usiąść i płakać - albo się zdrowo pośmiać (co wybieram).

Każdy wyjazd do Polski wiąże się z potrzebą spakowania WSZYSTKIEGO w marne dwie walizki - wyjeżdżanie z mężem ma i ten plus, że walizki do rozdysponowania są cztery :) Teraz to nic takiego, ale kiedy jeszcze myśleliśmy, że będziemy się wkrótce przeprowadzać do Polski, było ciekawiej. W związku z tym, że próbowaliśmy stopniowo przewozić nasz dobytek, wykorzystywaliśmy w pełni przysługujące nam w każdej walizce 23 kilogramy. Zapewniało to nam rzadkie rozrywki - mąż na przykład zadzwonił do mnie kiedyś rano do Polski (gdzie ja byłam już od dwóch tygodni) - i mówi tak: "mam jeszcze wolne dwa kilo". Na co ja, zaspana, mówię: "to weź czajnik". I wziął.

Wiecie, kiedy tak się pakuję, to jestem bardzo szczęśliwa - myślę już o tych wszystkich ludziach, z którymi się wkrótce zobaczę. Każdy wyjazd to maraton spotkaniowy, średnio dwie wizyty dziennie, z każdym człowiek chce pogadać, każdego uścisnąć, z każdym trochę pobyć. Oddalenie jest trudne, ale dzisiaj wiem, że ma też swoje dobre strony - nauczyło mnie doceniać każdą chwilę spędzoną z bliskimi, celebrować drobiazgi.

Mam to szczęście, że wszyscy moi bliscy mieszkają w jednym mieście. Rano po przylocie, zaraz po śniadaniu, idę do cioci, która mieszka w bloku obok. Ciocia jest dużo starsza od mamy, taka ciocia jak babcia, czeka na mnie z kawą i słodyczami ("ale może ty jesteś głodna?")... Mam koleżankę, którą znam od 15 lat, a z którą lubię sobie latem po przylocie iść... na działkę jej rodziców, jak kiedyś. Bierzemy klucze, termos z kawą, ciasto, siadamy pod drzewem, gapimy się na hortensje, i tak nam dobrze... Mam i inną koleżankę: lubię z nią iść do jej rodziców, tyle tam ciepła. Jej tata robi wtedy bigos ("na pewno dawno nie jadłaś"). A wiecie, jak najbardziej lubię spędzać czas w letnią sobotę? Moi rodzice mają domek na wsi (drewniany, zbudowany przez mojego tatę) - w soboty jeździmy z mamą do wsi i OBOWIĄZKOWO idziemy do Domu Wiejskiego - do tych garnków emaliowanych, cerat i sztucznych fartuchów - a potem kupujemy w sklepie obok kiełbasę wędzoną drewnem, świeże bułki, maślankę, i wracamy do nas na pole... I wtedy lubię usiąść z rodzicami, mężem i bratem na ganku i jeść, i śmiać się, i wygrzewać w słońcu, i patrzeć na las.
A zimą lubię do tego lasu jeździć na kulig (nie taki konny, takich atrakcji nie ma, jest natomiast kulig traktorny) - siedzę na sankach jak dziecko, a potem, w domku, suszymy wszyscy ubrania nad "kozą" i pijemy grzańca (oczywiście obok naszego pola swoje działki ma rodzina...).
Ach, czekam........................ :)
I ciepło o Was myślę, kiedy tak przygotowujecie się do świąt w swoich zakątkach świata - M.

Komentarze

  1. Fantastycznie spędzasz te chwile kiedy jesteś w Polsce,wyciskasz z nich każdą sekundę.
    Ciekawe,czy jak byśmy mieszkały w Polsce potrafiłybyśmy cieszyć się takim drobnostkami jak hortensji na działce rodziców koleżanki...?

    Pomysł z kalendarzem świetny,chyba odgapię :)

    Pozdrawiam ciepło a mroźniej dzisiaj Irlandii.

    OdpowiedzUsuń
  2. Paula, rzeczywiście mieszkanie z dala od bliskich na pewno pomaga w pełni ich doceniać :) Te kalendarze to naprawdę polecam, co roku jesteśmy z mamą zadowolone!
    Pozdrawiam Ciebie serdecznie ze znowu ciepłej Kalifornii - kilka dni było zimno,ale dziś na spacerze poczułam w powietrzu wiosnę... w grudniu!... moje polskiemu mózgowi to jest nadal trudno pojąć :)

    OdpowiedzUsuń
  3. :) Przepiekny wpis, niesamowicie mnie nastroiłas. Zgadzam sie z Tobą w 100 procentach jesli chodzi obliskic, czas i odległość. Sama w tym roku święta spedziłam daleko od nich. Pozdrawiam z zimnego (choć nie tak jak Polska) Paryża i zazdroszcze coepłego Kalifornijskiego słonca!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz