Siatkówka


Kiedy miałam 17 lat, rodzice pojechali ze mną na zabieg korygujący wadę wzroku (dysponowałam wówczas wadą -6). Jechaliśmy samochodem, długo, była wtedy wiosna czy może jesień. Na miejscu wykonano mi kilka badań, aż wreszcie poproszono mamę i mnie do gabinetu. Siedziało tam dwóch lekarzy w białych fartuchach, rozmawiali z moją mamą - ja bałam się zabiegu, więc, mentalnie wyłączona, specjalnie nie wiedziałam, o czym. Doszło do mnie jednak, że zabiegu nie będzie, i że panowie wyjątkowo upodobali sobie słowo "siatkówka". Dziewczęciem byłam stosunkowo rozgarniętym, musiałam więc zdawać sobie sprawę z tego, że siatkówka jest częścią składową oka, a jednak, mimo oczywistego kontekstu, jak żywy stanął mi przed oczami obrazek mniej więcej taki, jaki wygrzebałam właśnie w czeluściach internetu i zamieściłam powyżej.
Plaża, piasek, siatkówka. Względnie: sala gimnastyczna, zielony parkiet, siatkówka. Jednego zrozumieć nie mogłam: dlaczego panowie w białych fartuchach tak uparcie wałkują z moją mamą ten, bądź co bądź, nie medyczny, a sportowy temat.

10 lat i wiele zabiegów laserowych później sytuację mamy odwrotną - słuchając wiadomości sportowych (rzadko mi się zdarza, ale jednak), trudno mi w pierwszej chwili zrozumieć, że to o splecionych kawałkach sznurka mowa, a nie o wzrokodajnej pajęczynce, której istnienia w mojej głowie jestem bez przerwy świadoma.

Siatkówki mam, oględnie mówiąc, średniej jakości. Dwa razy w roku (ostatnio 2 tygodnie temu) jeżdżę do lekarza, jednego, któremu ufam, niezmiennie tego samego od tych 10 lat. Wizyty przeważnie kończą się laserowaniem - na gałkę oka nakładany jest przedmiocik wyglądający zupełnie jak wizjer w drzwiach, na wprost widzę prostokąt jaskrawego światła, wokół, w rozjaśnionej prostokątem ciemności, latają niteczki naczynek. Wizjer zostaje ustawiony w odpowiedniej pozycji - teraz będzie pan strzelał? teraz - zaczyna lecieć ku mnie zielone światło. Raz, dwa, dwadzieścia, dwieście. Malutkie, mikroskopijne ukłucia, dźwięk ledwo słyszalny zza drzwi gabinetu, a jednak - kiedy słyszę go w poczekalni krzywię się jak człowiek się krzywi na dźwięk wiertarki dentystycznej, zaciskam uszy, chowam głowę.

Nie zawsze mi się to udaje, ale staram się myśleć w ten sposób, że lekarz haftuje moje oczy w piękne wzory. Dzięki tym magicznym, tajemnym wzorom mijają lata, a ja widzę, wszystko widzę. Czasem sobie wyobrażam, że mam w oczach osobisty haft Richelieu, a czasem, że krzyżykowy. Aby tego pięknego haftu nie naruszyć, nie mogę podnieść więcej niż kilka kilo, nie mogę też uderzyć się w głowę. Z tego powodu zawsze na lotnisku proszę jakiegoś współpasażera o zdjęcie z taśmy bagażu, koło łóżka nie mam szafki nocnej (mąż wyeksmitował ją pod okno po tym jak we śnie dwa razy się w nią uderzyłam), a kiedy śpię u koleżanki na poddaszu ona odsuwa łóżko na środek pokoju. Dużo jest takich drobiazgów i nie ma potrzeby o tym pisać - po tylu latach takie sprawy wchodzą w krew.

Problemy z siatkówkami mają jeden plus - nigdy nie lubiłam WFu i od szkoły średniej na WFie nie musiałam robić prawie nic. Co tam! Kiedy na studiach chciałam zapisać się w ramach WFu na aerobik, powiedziano mi "pani to się nawet na rehabilitację nie nadaje" :D Z drugiej strony nie mogłam na WF tak całkiem nie przyjeżdżać - sprawę rozwiązano tak, że przyjeżdżałam i siedziałam przed salą gimnastyczną, do której pod żadnym pozorem nie można mi było wchodzić (patrz: latające piłki). I tak właśnie poznałam jedną z moich najbliższych koleżanek - obie po kafkowsku chodziłyśmy na WF, jednocześnie na niego nie chodząc. Dziś ta właśnie koleżanka odsuwa łóżko na środek pokoju, kiedy u niej nocuję :)

A dlaczego o tym wszystkim dziś piszę? Ano rozsierdzono mnie wczoraj okrutnie, w związku z czym ten pierwszy post po miesięcznej przerwie nie mógł być o niczym innym. Wróciłam wczoraj do Stanów (miało być przedwczoraj, ale pokomplikowały się loty). Sama, bo mąż wrócił już dwa tygodnie temu. Po przejściu przez kontrolę paszportową kazano mi prześwietlić bagaż celem znalezienia ewentualnych kiełbas. Jako że kiełbas najadłam się z mężem za tego pobytu do woli, w walizkach śladu po szlachetnych polskich mięsiwach nie było. Pozostawał jednak problem położenia bagażu na taśmę maszyny, która pozwoliłaby się o tym przekonać panom urzędnikom. Powiedziałam panu od kiełbas, że w związku ze zwyrodnieniem siatkówek muszę prosić o pomoc w podniesieniu cięższej z walizek. Pan mi na to krótko, że pomocy nie otrzymam. Myśląc, że pan mnie nie zrozumiał, tłumaczę, że walizki na taśmie umieścić nie mogę, gdyż ryzykowałabym utratę wzroku. Pan mi na to (równie krótko), że nie obchodzi go, co ja mogę utracić, walizkę mam położyć na taśmie. Autentyk... Całe szczęście w kolejce za mną znalazł się jeden pan, który przeszedł pod barierkami i własnoręcznie mi wszystko na taśmie ułożył. I dobrze się stało, bo stałabym tam chyba do sądnego dnia, zaskoczona zderzeniem z chamstwem w najczystszej postaci. Mąż pisze dziś skargę, to jedyne niestety, co możemy zrobić. Ja bym tej walizki nie podniosła choćby mnie miano deportować, najsmutniejsze jest jednak to, że może ktoś w mojej sytuacji by to zrobił i nieszczęście gotowe... Taka jestem tym nadal roztrzęsiona, że nie mogło być dziś o niczym innym :(

Może to nie przypadek, bo w innych okolicznościach pewnie bym Wam o swoich problemach ze wzrokiem nie opowiadała, a tak, korzystając z okazji, chciałabym zachęcić tych czytających, którzy mają dużą wadę wzroku, do pójścia na badanie siatkówek, tak na wszelki wypadek. Pewnie o tym wiecie, że im większa wada wzroku tym bardziej gałka oczna się wydłuża - co za tym idzie, siatkówka na gałce się rozciąga jak siateczka i czasami, jak siateczka, pęka.
Ja sama dowiedziałam się o swoim siatkówkowym problemie przypadkiem - gdyby nie to, że chciałam kiedyś skorygować swoją wadę wzroku, mogłoby być różnie, bo miałam już wtedy w jednej z siatkówek dwie dziurki. Muszę Wam też powiedzieć, że "zwykli" okuliści nigdy mnie do zbadania siatkówek nie zachęcili, mimo że wadę miałam jak na swoje lata dość przysadzistą. Wiem też po sobie, że zwykłe badanie dna oka nie jest w tym przypadku w żaden sposób miarodajne.
I jeszcze jedno: jeśli kobieta ma dużą wadę wzroku i jest w ciąży, dla swojego spokoju powinna pójść na badanie siatkówek tym bardziej. Może się okazać, że wszystko jest w najlepszym porządku i rodzić można tak zwanymi siłami natury - ale o tym zdecydować może tylko specjalista. Były przypadki, gdy decydował o tym ginekolog (heh, ciekawe jak on też może coś powiedzieć o stanie oczu, doprawdy) - i czasem decydował źle. Czyli, jak zwykle, człowiek musi sam o siebie zadbać.

Ściskam Was, drogie kobietki, i obiecuję już wkrótce nowe posty. Miesiąc w Polsce był cudowny! Boże Narodzenie wzruszające, Sylwester prześmieszny (przebieraliśmy się! szczegóły wkrótce), nowonarodzone dzieciaczki słodkie, wyremontowana kuchnia rodziców urocza! Póki co lecę po żabki, bo przywieźliśmy firanki po babci - a u nas nic nie nabiera mocy urzędowej, montowane jest natychmiast :) M.

Komentarze

  1. Zamurowało mnie.Historia o typowej ludzkiej bezduszności...Same brzydkie słowa cisną mi się na język.Takich ludzi powinni odstrzelać w kosmos!

    Cieszę się,że pomimo tej nieprzyjemnej sytuacji wróciłaś szczęśliwie do domu i będziesz się z nami dzielić wspomnieniami z Polski :)

    Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj! Bardzo sie ciesze ze juz jestes - z niecierpliwoscia czekam na kolejne relacje:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Współczuję. Głupota niektórych ludzi jest przerażająca.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przykro czytać coś taką historię. Na szczęście wszystko skończyło się w miarę dobrze...

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Co za czlowiek... Mnie by chyba z miejsca deportowali, bo powiedzialabym co mysle o takiej postawie, czasem bardzo mocno musze sie starac by trzymac jezyk za zebami;)...
    Ty do Stanow wrocilas, a ja siedze sobie w Polsce:)...
    Czekam na wspomnienia i opisy z podrozy.
    Pozdrowki!

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziewczyny, dziękuję za odwiedziny i serdeczne słowa. Całe szczęście jesteście dowodem na to, że na świecie jest dużo więcej dobrych ludzi niż złych :) A to najważniejsze!
    Nadrabiam powoli zaległości na Waszych blogach, zatem - do usłyszenia! Pozdrawiam Was ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  7. też nie lubiłam WFu - siatkówki zwłaszcza.
    Kiedyś zmuszona do wykonania zagrywki, zdewastowałam piłką półkę z dokumentami wuefistki. nie zrobiłam tego celowo - mowiłam, ze nie umiem, ale ona kazała...

    OdpowiedzUsuń
  8. Jagienko, no to mamy coś wspólnego - WFową żywą niechęć! Kiedy przychodziła moja kolej, by wejść na boisko, czmychałam do toalety :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mówiłam, że muszę przeczytać Twojego bloga, żeby się dowiedzieć, co jeszcze mamy wspólnego :). Ja o moim zwyrodnieniu nic nie wiedziałam i nie wiedziałabym nadal (mimo regularnych wizyt u okulisty), gdyby nie to, że w czasie ciąży miałam wykupioną opiekę w prywatnej klinice i zrobiłam dla świętego spokoju, "dla formalności", badanie dna oka (to z tym specjalistycznym sprzętem, którego nazwy zapomniałam :P). Okazało się, że musiałam mieć cesarkę, bo poród naturalny groziłby utratą wzroku. Byłam drugą osobą z zaleceniem cc w ciągu 8 lat praktyki tego lekarza. Czyli warto sprawdzać, nawet to, co się wydaje formalnością, zwłaszcza w ciąży. Super, że o tym napisałaś!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Przepraszam za spóźnienie