Po drugiej stronie lustra

...i już znowu jestem po drugiej stronie lustra :)
Swoją drogą, nie przestaje mnie zadziwiać to jak w ciągu zaledwie 17 godzin podróży można się przenieść tak bardzo w przestrzeni - no i w czasie w sumie też, bo cofnięcie zegarka choćby o te mizerne 9 godzin to jednak jest rewolucja dla ciała i umysłu :) I tak w jednej chwili wychodzę z domu w moim rodzinnym, psią miłością ukochanym mieście, z apteką za rogiem, piekarnią, warzywniakiem i kioskiem - a w chwili następnej pędzimy z mężem dziesięciopasmową autostradą, mijając palmy, hotele i niskie budynki z różnorakimi formami czyjegoś pomysłu na interes życia - jeden z nich należy do tępiciela karaluchów, ma na dachu takiego wielkiego złośliwego plastikowego pana przyglądającego się z lupą w ręku czemuś, co za chwilę wytępi (nie zmyślam - za każdym razem gdy koło niego przejeżdżamy czuję przed plastikowym panem lęk jak dziecko). Zjeżdżamy z autostrady, mijamy lokalne sklepy i restauracje, znajome trawniki, klomby z kwiatami i ławki, w końcu przez zieloną bramę wchodzimy... do domu.
Dwa domy, dwie strony lustra, tak odrębne, że gdy jestem po jednej jego stronie ta druga wydaje się nierealna, nierzeczywista, jak sen.
Czas w Polsce jak zwykle upłynął bardzo, bardzo szybko, naprawdę wydaje mi się, że dopiero wczoraj pakowałam przed tą podróżą walizki. O pobycie pisałam we wcześniejszym poście, krótko więc tylko powiem, że wspaniale było przez caluteńki trzytygodniowy turnus :) Podróż znowu zniosłam dobrze. Tak się szczęsliwie złożyło, że podczas długiego lotu cztery siedzenia w samolocie dzieliłam z jednym tylko uprzejmym panem z Turcji. Martwił się o mnie chłopina, pytał, czy mi nie przeszkadza, czy coś mi podać albo przynieść, ach, te uroki podróżowania z brzuszkiem! Kaczątko również podróż zniosło dobrze, dzień po przylocie byliśmy z mężem na kontroli tu u lekarza i ogólnie wszystko jest - jak to kiedyś usłyszeliśmy z bratem w jednym filmiku na you tube - git majonez :D Słyszeliśmy z mężem bicie serca naszego cielaczka, regularne i bez zarzutu, wiadomo, muzyka dla naszych uszu i dusz. Kręciło się i wierciło przy tym dziecko aż miło, ruchy intensywne słyszeliśmy prawie tak głośno jak bicie serduszka - energię odziedziczyło chyba po mojej mamie i wspomnianym wyżej bracie (bo sami rodziciele są deczko mniej energiczni).
A właśnie, przed wylotem dałam mojej mamie adres tego bloga, poczytała sobie pisaninę własnego dziecięcia jak dziecięcie szybowało pod niebem :) Witam Cię mamuś na moim blogu! Mamello moja, moja mamristko, co znasz mnie lepiej niż ja siebie znam! :)
W niedzielę w Stanach obchodzony był Dzień Matki i z tej okazji wybraliśmy się z mężem do kina na film "Babies". A oto filmowy plakat:

W polskich kinach podobno tego filmu nie będzie, jeśli natomiast nadarzy się Wam okazja zobaczyć go inną metodą to gorąco polecam. Film opowiada historię czworga dzieci z różnych stron świata. Zaczynamy śledzić ich losy, gdy one same zamieszkują jeszcze wielkie brzuchy swoich mam, i pozostajemy z nimi do chwili, gdy chodzą na lekko uginających się jeszcze pod nimi nóżkach :) Widzimy, jak różnie są wychowywane w zależności od kultury, w której się urodziły - a jednocześnie trudno się oprzeć wrażeniu, że niezależnie od okoliczności te dzieci są do siebie bardzo, bardzo podobne. I miłość, troska ich mam jest tej samej miary.
A teraz o zdjęciu na górze tego posta: tego oto słodkiego króliczka - a raczej panią króliczkową, w eleganckiej spódnicy - dostałam od 13ki! Proszę, oto królicza mama z dzieciątkiem w pełnej krasie:

Jaki ma pyszczek rozkoszny, a stopy to ma długie jak ja! (teraz się unormowało, rozmiar 39, tyle, że chude dla kontrastu, ale w dzieciństwie stopy miałam wyraźnie bardziej wybujałe długościowo niż koleżanki - mój dziadek mawiał o mnie "długa stopa" kiedy byłam brzdącem). No i spójrzcie na ten misternie wydziergany sweterek! I na wzorek na spódniczce do sweterka nawiązujący! I oczywiście dziecko w maminych ramionach jak ta wisienka na torcie. W białym, wydzierganym kocyku - całkiem jakby nasza 13ka wiedziała, że dziergam podobny :) Królicza mama nie mogła zapozować inaczej, jak na tym kocyku (powstającym zresztą ze zmodyfikowanego wzoru Elisse).
Miałam dużo szczęścia, że zdążyłam króliczkę dostać, pan listonosz przyniósł ją około 17ej, a następnego dnia już o 5.30 rano wyjeżdżaliśmy na lotnisko - mama i jej dziecko wraz ze mną, w walizce. 13ko droga, chciałabym z całego serca Tobie podziękować za ten słodki króliczy duet, a tym samym za Twój czas, myśli i dobre serce. Dziękuję!
I witam Was wszystkie, drogie dziewczyny, po przerwie, zaglądam do Was powoli, patrzę, co tam u Was słychać, co nowego tworzycie i jak się macie w maju :) Piękna rzecz, taki maj! Zwłaszcza po ostatniej długiej polskiej zimie! A jak maj, to maj na całego, ślę Wam zatem majowe uściski - M.
och Kochana a ja przez zawirowania wysłałam paczkę tydzień później i tak się bałam że nie dotrze. Ale dotarła i super :). Fajowo że "babeczka wraz z latoroślą" to ma już za sobą kawał świata ;DDD.
OdpowiedzUsuńPiękny filmowy plakat może na dvd (matko chciałam napisać na video) wypuszczą u nas.
Fajnie że już jesteś cała i w domku
pozdrawiam ciepło choć za oknem leje
Witaj ponownie :)
OdpowiedzUsuńKróliczka z maleństwem - śliczny prezent :)
Na film będę polować.
Buziaki Wielka Stopo ;)
Ciesze sie bardzo, ze podroz sie udala, a tym bardziej, ze z brzuszkiem i rodzice mogli Ciebie z nim zobaczyc. Widzialam juz zapowiedz tego filmu, ciekawe czy w Irl puszcza:)
OdpowiedzUsuńSliczna mama krolisiowa, pomarzyc:)))
Zapraszam rowniez w moje skromne progi:)
Buziaki z Zielonej:)
13ka, ja mam zazwyczaj jakoś szczęście do takich spraw. Paczki do mnie docierają w ostatniej chwili, samolot ląduje dobę przed zamknięciem lotniska z powodu pyłu i wylatuje parę godzin przed jego zamknięciem z powodu mgły - krótko mówiąc, głupi ma szczęście, co tu będziemy owijać w bawełnę :D Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję, sprawiłaś mi wielką radość!
OdpowiedzUsuńKasia, milutko, że wpadłaś, Wielka Stopa kłania się nisko :)
Monika, no właśnie też się cieszę, że mogłam się pojawić u rodziców z brzuszkiem, a że brzuszek było widać już w trzecim miesiącu to chociaż było już co pokazać :) Wyszłam właśnie ze stanu zombie po zmianie czasu, odwiedzę Ciebie zatem na pewno! Uściski :)