Co u nas słychać

Moje drogie, nawet nie wiecie, ile radości sprawiłyście mi wpisami pod ostatnim postem. Dziękuję Wam i ściskam Was najcieplej zbiorowo i indywidualnie! Każdy wpis czytałam kilkakrotnie, każdy z nich sprawił, że na twarzy (szczęśliwej i niewyspanej zarazem) wykwitał mi uśmiech :) Bardzo chciałabym odpisać na każdy z Waszych komentarzy osobno, aż mnie paluszki świerzbią, hehe, ale zerkam w stronę wózka z synem i słyszę już, że (znów!) nie starczy mi na to czasu. Napiszę więc choć zatem tego posta nowego - o tym, co u nas słychać.
Kiedy William miał dwa tygodnie trafiliśmy niestety do szpitala - syn miał zakażenie układu moczowego... (podobno wyniósł je jeszcze z mojego brzucha). Willunio mój dostał antybiotyki i przez 10 dni byliśmy razem w szpitalu. Na szczęście dostaliśmy osobną salę, rodzina mogła nas odwiedzać, a panie pielęgniarki były bardzo miłe - tym trzem okolicznościom mąż mógł być z nami codziennie nawet do północy. Poza tymdzięki , co tu dużo pisać, nie pamiętam już kiedy ostatnio płakałam tak jak wtedy, kiedy synowi cewnikiem pobierano mocz i wkładano do rączki wenflon. W zabiegowym był z nim mąż (mogło być tylko jedno z rodziców), ja wtulona we własną z kolei mamę myślałam, że pęknę na pół. Później byłam z nim przy tym i ja, bo wenflon miał wkładany łącznie 4 razy. Trudno tak zanosić swoje dziecko w ramionach do miejsca, w którym spotka je krzywda, a przy tym zachować dla niego spokój, naprawdę trudno...
A pozytywka zawieszona na haku do kroplówki (przez nas na szczęście nieużywanej) wygląda tak smutno...

Na tych kilku metrach kwadratowych zżyliśmy się ze sobą tak bardzo, że nieomal zrosliśmy się z powrotem w jedno. Tuliłam go, całowałam, czytałam mu "Opowiadania z Doliny Muminków", nocami nuciłam kołysanki. No i William w tym wszystkim szczęśliwie nie zdawał sobie przeważnie sprawy z tego, co się wokół niego dzieje.
Spotkało nas w szpitalu też dużo dobrego - ze strony pań pielęgniarek, które czasem w nocy przychodziły małego trochę potrzymać, pokołysać, a czasem po prostu chwilę pogadać, gdy karmiłam, no i ze strony bliskich, dzwoniących do nas, odwiedzających.
O mojej mamie, dowożącej mi i mężowi śniadania, kolacje i obiady (osobne! wiadomo, dieta matki karmiącej) długo by pisać. Była i jest dla naszej trójki opoką :)

W każdym razie syn jest już zdrowy, a ważniejszych rzeczy naprawdę nie ma.
Babcia i wujek (brat bliźniak męża) przylecieli ze Stanów go odwiedzić, a on sam ma już za sobą wyprawę do fotografa po zdjęcia do obydwu paszportów (to od pana fotografa i jego żony kupiliśmy naszą działkę budowlaną), no i wyjazd do ambasady w Warszawie. Śmieszne takie zdjęcia paszportowe, kiedy ma się na nich kilka tygodni :)
Teraz cieszymy się sobą i przygotowujemy się do świąt - mam nadzieję jeszcze o tym napisać.
A tymczasem kończę, bo od jakiegoś już czasu piszę jedną ręką :) Załączam kilka zdjęć - pierwsze zrobione, gdy William miał zaledwie 3 dni, właśnie wrócił ze szpitala, w którym się urodził, i zasnął na kolanach u swojego taty. Reszta natomiast to aktualne zdjęcia syna drzemiącego.
Raz jeszcze dziękujemy za całą Waszą serdeczność i ściskamy Was mocno! - M.P. i W. :)
Słodziak! Dużo zdrowia Wam życzę i spokoju:)
OdpowiedzUsuńAle ma usteczka:) słodziutkie!!!życzę dużo zdrówka!!
OdpowiedzUsuńpozdrawiam serdecznie!
Widzę,że moje życzenia zaczynają się spełniać;-)Musisz być silna za syna i za siebie. (wiem coś o tym nasz syn był od urodzenia kilka miesięcy w szpitalu, wtedy nie można było nawet dziecka widywać)
OdpowiedzUsuńMały jest cudowny!
cieszę się że znowu się odezwałaś
OdpowiedzUsuńsynek rośnie jak na drożdżach :)
współczuję wizyty w szpitalu, też to niestety przechodziłam po raz pierwszy, kiedy Jakub miał pół roku
wesołych, spokojnych i zdrowych świąt dla Waszej Trójeczki :*
oh Marchwio ... zaglądałam dziś do Ciebie bo mi jakoś tak Ciebie zabrakło. A oglądając fotki malucha sentymentalnie się rozczuliłam i po albumy młodego polazłam ... ech ... cudowny to był czas. Zazdroszczę Ci go taką naprawdeę zdrową zazdrością (cokolwiek to znaczy ;D).
OdpowiedzUsuńSzpital też przerobiłam z młodym ale miał już wtedy 9 miesięcy i patrzyl na mnie rozumnymi oczkami jakby z wyrzutem i to bylo jeszcze gorsze.
Ale co tam ważne że już wszystko za Wami teraz radośni spędzicie pierwsze prawdziwie RODZINNE święta to poważna sprawa ;)).
Jako że obiecałaś świąteczny wpis to jeszcze nie składam życzeń, zatem Kochana do następnego razu
ściskam Was mocno
13ka
Machewko kochana, wiem ja się czułaś, tez tak ryczałam...Dobrze, że jesteście już w domku!!!:):):) Synka macie pięknego po prostu, na bank wyrośnie z niego niezły przystojniak:) Ciesze się bardzo, że już wszystko dobrze i wysyłam całej Waszej rodzinie świąteczne serdeczności:)
OdpowiedzUsuńMarchewko sciskam serdecznie. Śe duuuzo buziaczków w noski.
OdpowiedzUsuńCudownie ze juz jestescie w domu.
Teraz nadchodzi czas świat z maleństwem.
Oj, to faktycznieniezbyt przyjemny epizod byl Marchewko :( Wspolczuje. Ale dobrze, ze teraz juz wszystko wrocilo do normy :)
OdpowiedzUsuńA William przeslodki!
Usciski dla Was :)
Piegowata, dziękujemy! Ten spokój zwłaszcza marzy mi się ostatnio dla naszej trójki :)
OdpowiedzUsuńOla, dziękuję, usta takie mu wyszły z miksu genetycznego - górna warga męża, dolna moja :)
Barbaratoja, często myślałam o tym, jak to było wcześniej strasznie, gdy kobiety musiały zostawiać swoje dzieci w szpitalu. I nie wiedziały, czy te dzieci są nakarmione, czy mają sucho, czy są czyste że o potrzebach emocjonalnych nawet nie wspomnę... Ech... Masz rację, trzeba być silnym za nas oboje, naraz się tak człowiek rozrósł do dwojga ludzi i sił podwójnych mu potrzeba również :)
Kasia, tak wiele mam ma takie smutne szpitalne historie :( A mały rzeczywiście rośnie tak szybko! Po ubrankach widać i po tym, jak coraz żywiej reaguje na otoczenie, coraz więcej potrafi. Człowiek się cieszy, że dziecko dojrzewa, a z drugiej strony chciałby zatrzymać czas :)
13ka, no to na pewno było gorsze jak synek patrzył na Ciebie już tak rozumnie... Napisałam właśnie na Twoim blogu, ściskam Ciebie mocno.
Green Canoe, dziękujemy bardzo i za życzenia, i za komplementa dla syna :) I Wam życzymy dużo dobrego w Waszym domku tak pięknym na te święta (zdobyłam "Dobrze mieszkaj"!)
Hannah, witam Ciebie serdecznie, dziękuję, że piszesz! Ściskam :)
Bea, dziękujemy i ściskamy! A wiesz, że piekliśmy w tym roku pierniki według Twojego przepisu? Leżakowały 6 tygodni, są prze-pysz-ne! No, prze-pysz-ne wprost! :)
Ciesze sie niezmiernie, ze pierniczki i Wam posmakowly Marchewko!
OdpowiedzUsuńSciskam noworocznie :)