Umrzeć - tego nie robi się rodzinie kota
Lubiła, gdy zamykałam jej pyszczek w swojej ciepłej, przymkniętej lekko dłoni. Jakkolwiek by nie była zdenerwowana, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamykała oczy (piękne, cudownie zielone, okrągłe oczy, jasne, krótkie, ledwo dostrzegalne rzęsy), odprężała się, układała do snu. Tak właśnie ją powitałam, gdy rodzice przynieśli ją do domu, spłoszoną, maleńką, przed chwilą jeszcze bezdomną. Usiadłam, instynktownie położyłam ją na swojej klatce piersiowej, delikatnie zamykając w dłoni jej pyszczek, oczy i uszy. Miałam wtedy 15 lat.
Każdego ranka pachniała Old Spicem taty, zapach ich pożegnania przed pracą ulatniał się dopiero około południa. Każdej nocy spała nad głową mamy - głośno burczący, futrzany beret.
Gustowała w sernikach i wodzie mineralnej. Wygodnie podparta na podkurczonych łapkach jak starsza pani na poduszce, obserwowała świat. Dawniej, gdy telewizory były szersze, ona natomiast szczuplejsza (choć prawdę mówiąc, mało się przez te 15 lat zmieniła), nie było lepszego miejsca na drzemkę niż włączony telewizor - w ważnych dla filmu momentach ochotnik podtrzymywał jej spadający na ekran ogon...
I te rytuały, to łóżko ścielone każdego dnia z tatą, jeszcze w jesieni życia cyrkowe popisy, fikołki, trampolina, w odpowiednim momencie zeskok z łóżka i na łóżko powrót, przedstawienie przećwiczone setki razy. Tysiące razy uchylane i zamykane drzwi. Pukałam łapkami? Możliwe, zmieniłam zdanie. Chciałam wyjść na balkon? Wyjdę, nie wyjdę, no przecież wychodzę.
I te nasze z niej serdeczne żarty: gdy się przeciągała - z kota z metra, z całuśnych różowych ust, z sukni z falbanami, z pomponów na łokciach, z rozpiętego w upale futra...
Jej poranek płynnie przechodził w południe, południe w wieczór. Żadnego zbędnego ruchu, wyższość bezbrzeżnego spokoju. I te moje dramaty, a było ich po drodze kilka, wypłakane w jej subtelnie zdziwione futro. I mantra mojej głaszczącej ją dłoni. I pokój, który z niej, poprzez głaszczącą dłoń, krwiobiegiem docierał do serca.
Nie pamiętam życia bez niej, domu bez niej, mówi mój młodszy brat. To jego pokój wybrała sobie, by umrzeć. I jego towarzystwo, i mamy, i taty. Zabrakło tylko mojej ciepłej, lekko przymkniętej dłoni.
Królowa życia. Mistrzyni leniwego spokoju. Bere, Bertrand. Berusia.
Do zobaczenia, przyjacielu.
Czytam Twoje posty, ale nigdy jeszcze żadnego nie skomentowałam....wzruszyłam się, ukrywam łzy, bo siedzę właśnie w pracy, a wokół mnie ludzie....piękne pożegnanie....
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci za ten pierwszy komentarz!...
UsuńPięknie Ją opisałaś. Sama mam kota i wszystko z ich zachowania się potwierdza - to wychodzenie na balkon i nie wychodzenie. Otwierasz drzwi a Kot siada na progu i zastanawia się - wyjść czy wejść - no jasne że wychodze :) A gdy myjesz naczynia to On siada zawsze zaraz za Twoimi nogami, tak, że gdy robisz krok do tyłu to niejednokrotnie na niego staniesz. Myslę, że robi to specjalnie aby potem go przeprosić, pogłaskać i dać na przeproszenie jakis smakołyk. I to, że nieważne o której wracasz godzinie do domu, to gdy otwierasz drzwi wejsciowe On czeka juz na Ciebie z zaspanymi oczami :) Wierze, że tęsknisz :(
OdpowiedzUsuńTo wszystko prawda... gdybym nigdy nie miała kota, nie miałabym o tych sprawach pojęcia. Z naszą Berusią było w zasadzie tak, że nam się zdawało, że to my mieszkamy u niej, a nie ona u nas :) Berunia udawała, że wszystko jej jedno czy wróciliśmy do domu, czy nie, jak w tym wierszu Szymborskiej "i żadnych skoków pisków na początek" :)
UsuńTulę,
OdpowiedzUsuńMój Hektor się nia zaopiekuje-On kocha koty, a takie, to już wogóle.
Hania, myślałam sobie dużo o Tobie i Hektorze w tych dniach. Naprawdę o Was myślałam. Ech... :(
Usuńw rodzinnym domu mieliśmy dwa koty Hultaja - który był panna :) i Łezkę - któa byłą panem :)
OdpowiedzUsuńjak przyszył pod dom zostały tak nazwane przez moją małą siostrę i tak zostało :)
w moim domku moja kocia mama (córeczka moja julka) miałą przecudnej urody kota Budzika
mąż który nie przepada za kotami powalał siedzieć mu na olanach i pracować razem przy komputerze
pewnego dnia pojechałąm z Julia do Londynu do męża który tam pracował - Budzik został u rodziców ... tak mu tam było dobrze że został przez całę wakacje a potem nie zabrałyśmy go do bloku bo miał sowej ścieżki u rodizcó koło domu i paru kumpli i mojego tate u którego w gabinecie miał swój kocyk
pewnego rankna nie wrócił - został martwy podrzucony pod bramę domu rodziców - któś go zabił wnykiem .... ten ból mam w sobie do dziś
twoaj Berusia miałą wiecje szczęścia i umarłą ze starości - jak w niebie spotka bardzo przystojengo kota - to bęzie budzik ...
no to znowu o makijazu
tulę ciebei mocniutenko jak tylko potrafie
m.
Wierzę Ci, że taki ból nie odchodzi. Gorycz o tak wielką podłość losu. Rozumiem i tak mi smutno... :( ...
UsuńBerusia i Budzik - BB :)
Ucałowania - M.
Marchewko, w Twojej rodzinie chętnie byłabym nawet domowym kotem,z rozkoszą przyglądałabym się z Twych kolan, jak Ty pięknie piszesz, mrau :)I czułabym się zaszczycona. Wprawdzie moja religia nie przewiduje reinkarnacji, ale tak Bogiem a prawdą, kto wie, która wiara jest słuszna? Jakby co, zaklepuję sobie to wcielenie (w końcu jestem sporo starsza,i to wcale nie jest takie niedorzeczne, jak zabrzmiało, ale mam nadzieję,że Twej Drogiej Drugiej połowy nie obrażam :)
OdpowiedzUsuńLewkoniku, jaki piękny komentarz...
UsuńMój mąż nie jest żadnego wyznania (choć ja pieszczotliwie nazywam go Naczelnym Katolikiem Lokalnym, bo on solidarnie nawet mięsa w piątki jeść nie chce... a tak w temacie, raz w Środę Popielcową oznajmił po powrocie z pracy: "głupi nie byłem, mięsa nie jadłem :D). Teściowa za to w reinkarnację wierzy. I ma w ogóle cudowny sotsunek do wiary jako takiej. Mówi: "Jezus, Kriszna, Allah, tyle imion, jeden Bóg". I idzie do kuchni robić obiad :)
Ojej, tak mi bardzo przykro:(((...
OdpowiedzUsuńŚciskam....
OdpowiedzUsuńwiem co czujesz...przecież odszedł członek rodziny......
"Czekałam na Ciebie Marchewko" ..dziś zaglądam i nie wiem jak to się stało ,że mam tyle do czytania...dziękuję ;*