Z dżungli na lodowisko
I tak minął nam maj, a zaczął się czerwiec.A właściwie to trudno dziś nawet i o czerwcu powiedzieć, że się zaczął. Chwila nie chce trwać, czas leci.
A psy go gonią! (jak mawiała moja niezawodna babcia).
Nie było mnie tu, ho ho... ho! Tych, co czekali - przepraszam. W tym czasie zrobiłam to i tamto, i zaraz Wam tu wszystko opowiem.
Po pierwsze: przemówiłam syna. W styczniu zakasałam rękawy i zabrałam się za mowę Williama z pracowitością woła i z uporem osła. Uznałam, że czas przestać wierzyć w to, że mój syn mowę ojców i matek przyswoi sam z siebie, drogą osmozy. Czas na orkę, czas wdrożyć plan B, czyli równolegle z osmozą zacząć uczyć dziecko mojego osobistego języka jak języka obcego. Zaopatrzyłam się w literaturę fachową, zapoznałam się z nią, przeryłam internety, skompletowałam pomoce naukowe. I wyszłam na pole. Codzienne aktywizowanie mowy, że nie ma zmiłuj. Wszelkie gry typu "Opowiem ci, mamo" (polecam tym, co w podobnej potrzebie), układanie zdań, sekwencje zdarzeń. Płyty pani Wianeckiej z monotonną odmianą przez przypadki itd. (kto w temacie, ten wie). Ćwiczenia lewej półkuli, puzzle, łamigłówki, rysowanie po kropkach. Robienie gier z obrazków przedstawiających różne czynności. No nie zliczę. Do tego świetna pani neurologopeda raz w tygodniu. Szalona zima, szalona wiosna, schodziłam z rusztowania dopiero późno wieczorem, kiedy syn zasnął, a i wtedy nie byłam w stanie już do nikogo niczego powiedzieć.
I udało się. No, udało się. Zimą byliśmy w lingwistycznej dżungli, u progu lata syn śmiga po języku jak łyżwiarz po lodowisku. Lekko, zwinnie i z gracją. Pani logopeda mówi, że opowiada o tym przypadku koleżankom po fachu. Miała być ewolucja, jest rewolucja. Jest SZAŁ! William mówi dużo, chętnie, poprawnie, z fantastyczną dykcją, i takie się z niego odkrywcze rzeczy wydobywają, taki żart słowny, że z zachwytu - ja z kolei tracę mowę/zapominam języka w gębie! I wszystkie szelesty polskie są, i wszystkie ciszenia, i jedna jedyna ostatnia głoska /r/ się ostała do wypieczenia. I takie dziecko mam raptem dojrzałe przed sobą, partnera w rozmowie, który kłania się ludziom na ulicy: "dzień dobry panu, dzień dobry pani" - ta dykcja, powiadam Wam, ten pedantycznie uformowany "dzień".
Mamy wręcz tymczasowe przegięcie w drugą stronę - na porządku dziennym jest "mieszkam w Sopocię" - tak, tak, "ę"!
Tyle że w Sopocię nie pomieszkamy już długo - ale to historia na osobny post!
Uściski -
M.

a raszko wpaja sam z siebie, tylko na odwrót. Bo on całkowicie polsko języczny, a ja całkowicie nie chciałam mówić przy nim po francusku, bo wiem jakie błędy robie. Więc Rasz zaczął gadac w języku ojczystym dopiero w tym roku jak zaczął chodzić do szkoły. I gada, spiewa, fajnie tak-samo z siebie- z musu raczej-bo jak się z kolegami dogad ;) pozdrwiamy
OdpowiedzUsuńHania, no ja właśnie też nigdy nie mówię do Williama po angielsku, bo tego nie czuję, bo choć po angielsku zdarza mi się myśleć, to czuję po polsku, językiem serca jest dla mnie polski i ten angielski do własnego dziecka to by dla mnie była sztuczczyzna zupełna. No ale mój William nie chciał być jakikolwiek języczny, na tym polegał problem! Bo po polsku mało, a po angielsku jeszcze mniej. Samo z siebie u nas nie chciało wyjść :( No ale przeorałam polski, a angielski (który ograniczaliśmy w okresie polskiej orki do koniecznego minimum) teraz widzimy, że przychodzi dzięki temu już sam z siebie. Fascynujące rzeczy :) Buziole, Kochana!
UsuńAż mnię zatkało, tyle tu zachwycających treści do rozłożenia na pierwiastki, że nie skomentuję póki co, ale się cieszę, że wreszcie Przemówiłaś (i Ty i Wiliama:)))) ściskam!
OdpowiedzUsuńBardzo mnię miło, że widzę Ciebie, Lewkoniku! :)
UsuńCieszę się, że znowu jesteś. Synuś już taki duży, jak ten czas szybko płynie. Ten czas który poświęcasz Williamowi zaprocentuje z nawiązka. Myślę, że wyrośnie z niego niezwykły człowiek. Życzę Wam wszystkiego dobrego.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie DDorota
Ps. A gdzie was teraz wiatry zaniosą.
Dorotko, hej hej, dziękuję, że do mnie zajrzałaś! Wiatry poniosą nas wkrótce w okolice Seattle. Nigdy bym nie przypuściła, że tak się stanie, ale jak widać człowiek niczego nie jest w stanie przewidzieć... byle nas niosło razem, w trójkę, tak sobie teraz myślę... Byleby nas nie rozwiało. Ściskam Ciebie
UsuńA ja mam nadzieję, że już niebawem zamieszkam nad morzem. Myślałam, że Cię tam gdzieś spotkam. A Ty znowu uciekasz na drugi koniec świat, skąd pamiętam Twój mąż przenosił się do Polski z czajnikiem. Takie życie. I jeszcze raz wszystkiego dobrego w nowym miejscu.
UsuńDDorota
No właśnie, Dorotko, takie życie... Dobrze pamiętasz z tym czajnikiem :) Prawie wszystko, co przyleciało ze Stanów, zostaje w Polsce, część tego, co z Anglii, też. Wybudujemy tu domek na naszej działce, na święta z rodziną, i na lato. A nasza działka tylko 50 minut od Sopotu :) Także może jeszcze, Dorotko, wszystko przed nami? :) Niech się spełniają Twoje marzenia o zamieszkaniu nad morzem!
Usuńtym razem nie będę głaskać ani tym bardziej miziać o nie
OdpowiedzUsuńwszystko rozumiem naprawdę już taka stara kobita ze mnie co to ma dwa krzesełka na plecach i dwójkę dzieci co to jedno lepsze od drugiego !!!
nawet pochwalę twoją ciężką pracę - i oczywiste efekty !!!
ale na litość Boską dziewczyno my się tu zamartwiamy i nie mamy co czytać !!!!!!
i jak sobie pomyślę że kolejne pół roku będę czekać na twój wpis - to szczerze się przyznam będziesz miała moją rozpacz na sumieniu !!!!
ściskacze dal was takie "przytulakowę"
m
:))) Sciskacze-przytulacze, Moniś! :)
UsuńCzekam na Twoje posty! Udanego pakowania i wyjazdu, a potem powrotów do Polski na Święta!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Joanna
http://podrodzinnymdachem.blogspot.com
Joanno, dziękuję i serdecznie pozdrawiam!
UsuńThis is the precise weblog for anybody who needs to seek out out about this topic. You notice so much its almost arduous to argue with you. You positively put a brand new spin on a subject that's been written about for years. Nice stuff, simply nice!
OdpowiedzUsuń