U teściowej

Polecieliśmy ostatnio z mężem na tydzień do teściowej, do Oklahomy. Stąd częściowo moja nieobecność w tym miesiącu na blogach, wszak wyjazd to jedno, a do tego musi się człowiek przed takim wyjazdem spakować, a po wyjeździe - rozpakować :) Wyjazd był bardzo udany. Teściowa mieszka u swojego syna - brata bliźniaka mojego męża. Wokół mieszka mężowskie wujostwo i kuzynostwo. Latamy do mamy i brata raz w roku, poza tym spotykamy się u nas albo u drugiego brata mojego męża (mieszka w Los Angeles), albo u siostry (w Nowym Jorku). Pobyty u mamy mają jednak tę wielką zaletę, że kilka ulic dalej mieszka wujek - a wujek ma 74 lata i jest nieocenionym źródłem opowieści - umysł ma jak brzytwa! Wujek jest starszym bratem mojego teścia, nieżyjącego już od 17 lat.
Na pierwszym zdjęciu widzimy moją teściową, mieszkała wtedy jeszcze w Indiach, była jeszcze panną. Bardzo lubię to zdjęcie. Śmiało patrzy w obiektyw, całe życie przed nią. Jeszcze nie wie, że za jakiś czas wyjdzie za tego pana:

I że bardzo go pokocha. I że jego starszy brat będzie studiował w Stanach, i że oni również po ślubie do niego wyjadą. I że w Stanach urodzi się jej córka - a potem syn. A jeszcze później zajdzie w ciążę raz jeszcze, i dowie się, na dwa dni przed porodem, że pod jej sercem mieszka nie jedno dziecko, a dwoje. Ten, który opuści jej brzuch ostatni, nie opuści jej już nigdy, choć pozostałe dzieci rozjadą się po kraju. Ten z kolei, który utoruje ostatniemu drogę, ten najbardziej podobny do ojca, zawędruje któregoś dnia do Polski. Dwa lata później do Polski przyleci i ona - na ślub, pierwszy niehinduski ślub w caluteńkiej rodzinie. A w roku 2010 - bo nadejdzie i taki rok - będzie czekać na dzień, w którym po raz pierwszy zostanie babcią.
No, kto by pomyślał? Kto mógłby przewidzieć?
Moja teściowa jest bardzo kochaną kobietą. Jak trafnie zauważyła moja szwagierka, nie lubić jej to jak nie lubić pluszaczka - po prostu nie sposób. Od mojej teściowej niejedni mogliby uczyć się tolerancji - choć jest wyznawczynią hinduizmu, nie dzieli ludzi na wyznawców Kriszny, Jezusa czy Allaha. Jedyne, co dla niej się liczy, to być dobrym człowiekiem.
Przed naszym ślubem teściowa poleciała do Indii po wisiorek dla mnie na ślub - i po sari na dzień poprawin :) Przywiozła mi zrobiony na zamówienie wisiorek pasujący dokładnie do opisu, który jej zostawiłam - prosty, z dużą białą perłą. Właśnie perły zawsze kojarzyły mi się z Indiami. W dzieciństwie dostałam od taty książkę "Baśnie z Wyspy Lanka", pełną zajmujących opowieści i bajecznych ilustracji - do dziś pamiętam te księżniczki z wplecionymi w długie, lśniące, czarne włosy perłami.
Moje ślubne sari jest przepiękne. W kolorze głębokiej czerwieni, bogato haftowane kryształkami i koralikami. Zrobię mu kiedyś zdjęcia (i sukni ślubnej z jej haftami też, bo i ją przechowuję), gdy już dorobię się lepszego aparatu :) Miałam na sobie sari w dniu poprawin, bardzo, bardzo szczęśliwa, razem z bransoletkami na nogach z dziesiątkami dzwoneczków, i z pierścionkami, które na polecenie teściowej założył mi na stopy podczas modlitw mąż (sam mąż nie jest żadnego wyznania, jest przy tym człowiekiem wybitnie szanującym religię tak swojej mamy, jak i żony). W hinduizmie tradycyjnie nie nosiło się obrączki na dłoni, nosiło się natomiast obrączki na palcach obydwu stóp. Bardzo mi się to spodobało i, oprócz obrączki na dłoni, te obrączki na stopach też do dziś noszę :)
Miałam okazję założyć sari po raz drugi trzy miesiące po naszym ślubie, w Oklahomie, podczas hinduskich ceremonii za nasze małżeństwo. Wtedy już nie obyło się bez założenia na siebie biżuterii teściowej, jeszcze z jej własnego ślubu w Indiach :) Śmialiśmy się ze szwagrem, że hinduskie panny młode trzeba chyba od tego biżuteryjnego ciężaru na rękach wnosić, bo same tego nie potrafią udźwignąć! Modlitwom - po hindusku i w sanskrycie, a dodatkowo dla mnie po angielsku - przewodniczył wujek. Były to dla mnie wyjątkowe chwile.
Moja teściowa ma bowiem synową w pewnym sensie chyba podobną do siebie. Ostatnio wyjeżdżałam od niej z naszyjnikiem z Maryją i dzieciątkiem na szyi - i z hinduską kropką na czole :)
Ach, rozpisałam się mocno! Załączę jeszcze zdjęcie, które przyniósł mi wujek podczas tego ostaniego pobytu w Oklahomie (oprócz lodów, ciastek i krążków cebulowych - w końcu ciężarna to ciężarna!). Ten berbeć po lewej to mój teść, obok siedzi jego tata, a dalej - mama. Obok mamy siedzi jej siostra z mężem, a dalej - stoi sam wujek:

Patrzę na to zdjęcie i myślę sobie o nielicznych zdjęciach własnych pradziadków, przed ich chałupkami, w sadzie. I tak sobie myślę, że ani strona hinduska, ani polska nie spodziewałaby się nigdy, że kiedyś jednak się spotkają - w maleńkim dziecku.
Z ciepłymi pozdrowieniami - M.
Jak zwykle wzruszający wpis u ciebie - piszesz o swojej rodzinie z wielką miłością.
OdpowiedzUsuńCieszę się że Wasze mieszane małżeństwo ma same plusy i jest przykładem tolerancji.
Jak tam Wasze maleństwo? Płeć już znacie ?
Buziaczki i głaski w brzucho :D
Trafiłam tu przypadkiem, ale zostanę na długo. Bardzo lubię Twoje opowieści. Dużo w nich ciepła i takiej niezwykłości. Dzisiaj przeczytałam tu kolejną niezwykłą opowieść. Pozdrawiam serdecznie. Lo
OdpowiedzUsuńPiękna opowieść.
OdpowiedzUsuńPełna miłosci.
I zdjęcia piekne, orientalne.
pozdrawiam bardzo , bardzo gorąco
Kolejna piękna opowieść.
OdpowiedzUsuńTwoje życie Marcheweczko jest bardzo interesujące,wiele się w nim dzieje,wiele z przypadku,ale czy przypadkiem nikt nie kieruje???Czy tak na prawdę Ktoś nie splata naszego życia w tą jedną sensowną całość?
Pozdrowienia dla Ciebie kochana i dla Twojego tolerancyjnego męża,oby więcej takich panów po świecie chodziło!
Dziewczyno po raz kolejny jestem pod wrazeniem Twojego talentu do opowiadania pieknych historii!Alez Ty masz "lekkie pioro"! Bardzo milo przeczytac tak dobrze uklada Ci sie z rodzina Meza! Dobra tesciowa to podstawa;) hihihi Zarty zartami, ale ja na moja tez nie moge narzekac!
OdpowiedzUsuńPozwole sobie wrocic do motylkowego tematu i zpraszam Cie na fotorelacje ze wspomnianej hodowli w przedszkolu Synka tu:http://alexls-cristallakegallery.blogspot.com/2010/06/hodowla-motyli.html
Pozdrawiam serdecznie!
Powiem jedno - trafiłam dzisiaj przypadkiem i jestem pod ogromnym wrażeniem sposobu w jaki opowiadasz. Przepięknie. A do tego jak barwne masz życie i kolorowe. Ja akurat jestem chyba w najgorszym momencie mojego życia, ale wierzę, że się ułoży i będzie dobrze. Dlatego tym bardziej miło mi się czyta, że innym jest dobrze i pięknie.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam cieplutko.
Michalina
A ja jeszcze niesmialo zapytam czy dostalas mojego e-maila?
OdpowiedzUsuńDziękuję Wam dziewczyny serdecznie za tak miłe komentarze!
OdpowiedzUsuńKasia, właśnie dopiero co poznaliśmy płeć, w poniedziałek, zabieram się właśnie za napisanie o tym nowego posta! Z dzieciątkiem na USG wszystko dobrze, brzusio pogłaskany! Ja myślę sobie o Twoim synku, mam nadzieję, że jest już jednak jakaś poprawa :( Uściski!
Lo, witam Ciebie cieplutko! Zajrzałam do Twojego profilu i bardzo spodobał mi się Twój opis, jest taki "Ameliowy", z tymi drobnymi sprawami, które przecież najlepiej nas określają :) Ja lubię zakupy na targu w moim rodzinnym mieście, zapach świeżo upieczonego chleba i start samolotem też, gdy silniki huczą i jest już tylko jedna droga - w górę, i gdy odrywamy się od pasa, i tacy jesteśmy zawieszeni przez moment między niebem a ziemią :)
Oj, telefon, za chwileńkę będę pisać dalej!
Fuerto, i ja pozdrawiam Ciebie cieplutko! Zdjęcia faktycznie orientalne, sama się nie mogę nadziwić, jak to jest, że moje życie splotło się z życiem kogoś z tak orientalnymi przodkami :)
OdpowiedzUsuńPaula, ja też tak właśnie myślę, że Ktoś jednak te nasze życia splata w pewien wzór z jakimś zamysłem, a wszystko, co się nam przydarza, jest po coś. I ja Ciebie pozdrawiam kochana, wraz z moim pozdrowionym właśnie chłopem :)
Ola, dziękuję bardzo za tak miłe słowa! Ja zawsze lubiłam pisać, odkąd pamiętam. W drugiej klasie podstawówki mieliśmy napisać w domu jakieś zdanie, które mogłoby posłużyć za ćwiczenie ortograficzne, to ja z rozpędu strzeliłam wieczorem wielozwrotkowy wiersz-dyktando :) I masz rację, dobra teściowa to ważna sprawa, bo wychodząc za mąż wychodzimy jednak w pewnym sensie za całą rodzinę :) Dziękuję za linka, już zaglądam, i za to, że dałaś znać o mailu - jak nic bym o nim nie wiedziała, bo blogowego maila rzadko sprawdzam! Już czytam i pozdrawiam!
Michalina, naprawdę bardzo mi miło, że do mnie zajrzałaś, i że ta moja pisanina wniosła w Twój dzień choć trochę słoneczka. Bardzo mi przykro, że jest Ci źle. Ja też, między tym wszystkim dobrem, które się dzieje, mam czasem chwile smutne - stąd ten fragment wiersza w pasku po prawej, pod kocim zdjęciem. Kiedy jest mi gorzej, kiedy jest "czas nieludzki", powtarzam te słowa w głowie jak mantrę, i głowę do poduszki przytulam. Czasem chyba czas nieludzki można tylko przeczekać :( Ściskam Ciebie!
Przepiękna historia napisana przez życie...wzruszyłam się Marchewko.
OdpowiedzUsuń-Kasia
Kasia, witam serdecznie i dziękuję :)
OdpowiedzUsuń