Koncert


"W lipowe kwiaty, w lipowe liście
Próg ustroiłem na twoje przyjście.

Jabłkami, winem, jako przy święcie,
Stół zastawiłem na twe przyjęcie."

Leopold Staff



Za kilka dni, 21. lipca, będziemy z mężem obchodzić naszą trzecią rocznicę ślubu. Kolejny już rok w połowie lipca zaczynam wspominać, wspominać, wspominać!... Pan fotograf, tata naszej bliskiej koleżanki, zrobił nam tego dnia 8 tysięcy zdjęć. Jest więc co oglądać! Zdjęcia w albumach znam już na pamięć, ale na płytach tyle jest jeszcze zdjęć nieodkrytych, a na nich tyle szczegółów zatrzymanych w kadrze, łezka się w oku kręci, to ze wzruszenia, to ze śmiechu.

Dzisiaj przedstawiam Wam kilka z tych zdjęć. To właśnie jest mój mąż, bohater drugiego planu moich opowieści. Mój mąż, moja skała, mój wielki przyjaciel. Pamiętacie, jak byłyśmy dziećmi i zostawałyśmy na noc u ukochanej koleżanki czy kuzyna? Taka wielka radość, że nie trzeba się rozstawać, że nie trzeba nigdzie iść, że będziemy razem aż do rana. Proste to porównanie, ale ja od trzech lat co wieczór tak właśnie się czuję. Co wieczór cieszę się obecnością mojego męża, zjedzonymi wspólnie truskawkami, wspólnie złożonym praniem, obejrzanym filmem. Nie wiem, jaka w tym magia, ale w towarzystwie mojego męża nigdy nie jest mi nudno, nigdy nie jestem poirytowana. Różne spotykają nas w życiu chwile, ale mąż zawsze działa na moje serce jak opatrunek.

Należymy z mężem do małżeństw nierozłącznych. Poza czasem pracy - i czasem, gdy jestem w Polsce, a on nie może lecieć ze mną, albo też musi wcześniej wrócić do Stanów - jesteśmy razem zawsze i wszędzie. Ot, po prostu, nie lubimy się rozstawać.



I kto by pomyślał, moje drogie!... O historii naszego poznania pisałam już wcześniej, o tu. Poznaliśmy się z mężem przypadkiem, w pewien piątek, późnym latem. W towarzystwie naszych wspólnych znajomych zjedliśmy razem lody, po dobrej godzinie już musieliśmy się rozstać. Kilka minut po tym, jak się poznaliśmy, mój mąż - mój racjonalny, mój rzeczowy mąż - powiedział do swojego kolegi, na stronie, że się ze mną ożeni. Do dziś nie wie, jak to się stało, że ta myśl, taka niespodziewana, a przy tym tak nieugięta, pojawiła się w jego głowie - i została. Mąż wrócił do Polski na nasze urodziny, na niespełna dwa tygodnie, a potem, po kilku tygodniach, przyleciał znowu, tym razem już z zaręczynowym pierścionkiem. I tak, szaleńcy, zostaliśmy po słowie :)

Nasz ślub... Lato, słońce, różowe hortensje. Są na tylu zdjęciach! Pięknie akurat kwitły. Rosły w ogrodach przy katedrze, to tam byliśmy na sesji, wykorzystały je też panie z pracowni florystycznej do wystroju kościoła. Moja suknia - pierwszy raz zobaczyłam ją w internecie i wiedziałam, że albo ta, albo żadna inna - pojechałyśmy z mamą do salonu, to była pierwsza suknia, którą przymierzyłam, pierwsza suknia, w której zobaczyłam się w lustrze. Długi, długi, długi prosty welon. Garnitur męża, kupowany razem w Stanach, podobnie jak materiał na kamizelkę - tę trzeba było zamówić u pani krawcowej, miała pasować odcieniem do krawatnika i do sukni. Niestety męża nie było na pierwszych przymiarkach, zastępował go więc... mój tata. Cud wielki, że kamizelka leżała jak ulał! Guziki któregoś popołudnia zrobiliśmy z mężem sami :) Moje buty, też upolowane w Stanach, miały pasować do haftów na sukni. Kupiliśmy je w wersji białej, bo nie byłam pewna odcienia sukni - ta była w Polsce. Szczęśliwie się składa, że moja szwagierka potrafi malować na jedwabiu, więc farbowała te moje buty nad garem w czwartek przed ślubem :) Zaproszenia - zobaczyłam je w internecie i też wiedziałam, że albo te, albo żadne inne. Kościół - najstarszy w moim mieście, jego początki sięgają XIII wieku, to w nim ochrzczeni - i przyjęci do pierwszej Komunii - byli moi rodzice. Skrzypce, świece w wysokich świecznikach. Sala weselna - też ta jedyna, wybrana, nie odpowiadała mi w niej tylko podłoda. Ku mojemu zaskoczeniu miesiąc przed weselem podłogę wymieniono na śliczną, drewnianą... Wreszcie: ksiądz - ten, który uczył mnie religii w ogólniaku, ksiądz, jakich mało, wyciszony, jak zakonnik bardziej niż ksiądz. Teraz już proboszcz w innej parafii - przyjechał na nasz ślub.

Nasze wesele... wśród bliskich bawiliśmy się z mężem tak dobrze!... Rodzinę mam dużą i wesołą, a i najbliższa rodzina męża przyleciała, do tego dołożyć naszych przyjaciół i ach, co to był za dzień! Kiedy mama oddała później moją suknię do czyszczenia, cały jej dół był w takim stanie, że panie pracujące w pralni nazwały mnie "panną młodą, po której jeździł rower" :) Wracaliśmy z wesela o wpół do siódmej rano, rodzice zawieźli nas jeszcze wcześniej do domu po kilka rzeczy, i tak podjechaliśmy do hotelu jak obraz nędzy i rozpaczy: ja w sukni ślubnej i rozmemłanych domowych kapciach, kulejąca od tanecznych pląsów, i mąż, ze zrujnowanymi w tańcu kolanymi, kulejący również. Szliśmy tak pod rękę, widok, jakich mało! Nasze wesele trwało w sumie 4 dni: w moim regionie świętuje się już w piątek przed ślubem, i to do późna. Wesele, poprawiny, a potem: poniedziałek. Przywieźliśmy z restauracji tyle jedzenia, że zajęło blaty, stoły, wszelkie powierzchnie płaskie, więc co robić, trzeba było dzwonić po rodzinie, żeby przyszli nas ratować - przyszli, ratowali, jak mogli, i tak świętowaliśmy kolejny dzień :)



Pamiętam kazanie na naszym ślubie, ksiądz mówił o tym, jak z pozoru jesteśmy z mężem różni, wychowani w innych krajach, kulturach, religiach - że jesteśmy jak dwa instrumenty, jak skrzypce i wiolonczela.

Jak dwa różne instrumenty, które jednak potrafią zagrać razem piękny koncert.

Lipiec skłania nas do wspomnień i tak pewnie będzie już zawsze. Oglądamy ślubne zdjęcia, film. Kupuję w doniczce różowe hortensje, wyjmuję perfumy, które miałam na sobie tamtego lata, słucham piosenek Nat King Cole'a - "When I Fall in Love" leciało na naszej stronie internetowej dla rodziny i przyjaciół przed ślubem, a "Unforgettable" - po ślubie. Są to również dwie pierwsze piosenki, które wybraliśmy do puszczenia na weselu podczas obiadu. "Fascination" z kolei jest piosenką, do której tańczyliśmy nasz pierwszy taniec, walca angielskiego.

Gdy nadchodzi nasza rocznica ślubu - świętujemy. W tym roku wybieramy się, jakże by inaczej, do filharmonii :)

Ślę Wam słoneczne, lipcowe pozdrowienia! M.

P.S. Piosenki zainstalował na blogu mąż, w sposób bliżej mi niezbadany :) Nawet kolorki dobrał!

Komentarze

  1. To jest wręcz niesamowite,że Ty i Twój mąż poznaliście się tak przypadkiem,że on musiał przemierzyć tysiące kilometrów aby poznać miłość swojego życia!
    Wasza historia nadaje się na scenariusz filmowy :)
    Czytam Twoje wspomnienia i aż się łezka w oku kręci.
    To dar od Boga,spotkać kogoś z kim zwykłe pranie jest przepełnione miłością.

    Oby Wasza miłość trwała jak najdłużej,a Wasz jeszcze nie narodzony synek,oby tylko ją umocnił.

    Ściskam Was i życzę wielu,wielu lat wspólnych.

    OdpowiedzUsuń
  2. p.s.zapomniałam dodać,że zdjęcia piękne...

    OdpowiedzUsuń
  3. Okoliczność jaka Was połączyła oraz cala historia jest nietuzinkowa!:) Niektórzy uporczywie szukają drugiej połówki, doszukują się jakiś nieścisłości jeśli wszystko jest w biegu, a u Was miłość gra pierwsze skrzypce:) Kochacie się i jesteście dla siebie ostoją!:) Piękny wpis, czytałam go z łezka w oku.
    Pozdrawiam, Kasia

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękna miłość:)
    Paula wspomniała o scenariuszu, a ja sobie tak myślę, że powinnaś napisać książkę. Tak wiele masz do opowiedzenia, a przy tym robisz to z wdziękiem i tak niby od niechcenia rzucasz masą ciekawych informacji i spostrzeżeń na temat ludzi, świata. Chciałabym taką książkę przeczytać, naprawdę:)))
    Pozdrawiam i życzę Wam duuużo szczęścia z okazji rocznicy:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, tak - książka to dobry pomysł.
    A Wasze spotkanie i ślub i inne przygody - prawie jak w "Moim wielkim greckim weselu"
    Kurczaki- przystojny ten Twój Bohater drugiego planu :)
    Wszystkiego najlepszego na dalsze wspólne lata i miłego koncertu życzę :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne zdjęcia. Wyglądacie cudownie. A dzieciątko będzie najpiękniejsze na świecie mając takich rodziców:) Nie wiem, jak pozostali czytelnicy, ale ja chętnie bym zobaczyła więcej zdjęć ślubnych:) Piosenki jak najbardziej w moim guście:) A Wasza historia faktycznie jak z bajki albo komedii romantycznej ;) Historia moja i męża też jest lekko zaskakująca, ale nie będę jej tu opisywać, a "nie widzę" nigdzie Twojego maila:) Pozdrawiam:) Weronika

    OdpowiedzUsuń
  7. Piekna z Was para Marcheweczko! Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy!
    Opowiesc i zdjecia znakomite! Wspieram wniosek o wieksza ilosc slubnych zdjec na blogu! Pomysl z ksiazka wysmienity - jesli nie ksiazka to choc scenariusz. I prosto do Hollywood go wyslij:)
    A teraz troszke prywaty - prosze sprawdz poczte:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. Paula, no ja właśnie też się tak ciągle zastanawiam, jak to się stało, że on siedział w tym samolocie, leciał te tysiące kilometrów, a na końcu tej podróży byłam, hehe - ja - tylko na godzinkę i ciut, ale wystarczyło - szok!
    Dziękujemy oboje za życzenia, czekamy rzeczywiście na tego synka naszego, tę trzecią część w naszej układance, ze swoim obłędnym niemowlęcym zapachem i bezzębnym uśmiechem :) Uściski!

    Kasmatka, ja kiedyś, zanim poznałam męża, myślałam sobie właśnie, że to musi być strasznie trudna decyzja, takie zamążpójście - myślałam, że coś będzie nie do końca tak, jak powinno być, a wątpliwośći w głowie będą się mnożyć. Zwłaszcza, że ja jestem bardzo - bardzo - niezdecydowana, głupi żel pod prysznic wybieram 15 minut! A potem poznałam mojego męża i od razu wiedziałam, że to jest ten jeden, jedyny, do końca - mówię, magia jakaś :) Tak jak piszesz: miłość - i tyle :) Pozdrowienia serdeczne!

    Sunsette, dziękuję bardzo za życzenia i za tak miłe słowa o pisaninie mojej! :) Takie słowa sprawiają, że człowiekowi chce się pisać dalej i więcej - dziękuję! I pozdrawiam!
    P.S. Twojego bloga już też całościowo przeczytałam, hehe, jeszcze tylko nie zostawiłam po swojej osobie śladu :)

    Kasia, dziękuję za życzenia! No i za kompliment pod adresem chłopa mojego :) Wiesz, jak tylko go poznałam to sobie pomyślałam: no, babcia byłaby zachwycona! Moja ukochana babcia zmarła niespełna dwa lata zanim się z mężem poznaliśmy. A mój mąż jest taki podobny do dziadka, męża babcinego!... Choć dziadek to był Polak polski, to włosy miał kruczoczarne, oczy ciemne, cerę śniadą, wzrost podobny. Mój tata jest szarookim blondynem, no a ja się z powrotem wstrzeliłam w babcine ideały :) Śmieszne, jak się takie rzeczy układają.
    I tak trafiłaś z "Moim wielkim greckim weselem"! Bardzo ten film lubię, oni mi zawsze przypominają moją rodzinę :)

    Weronika, dziękujemy, normalnie aż się rumienię czytając te miłe słowa! Pomyślę o tych zdjęciach :) Brak maila na stronie już naprawiam i jeśli znajdziesz chwilkę to bardzo chętnie przeczytam Waszą historię. Ciepło pozdrawiam!

    Kocia, a ja bardzo, bardzo dziękuję Ci za komentarz! To tak dobrze wiedzieć :)

    Ola, ślicznie dziękujemy za życzenia! O większej ilości zdjęć zatem pomyślę :) No i przede wszystkim już tutaj dziękuję, bo przeczytałam właśnie maila od Ciebie - już odpisuję!

    OdpowiedzUsuń
  9. Marchewko, co za cudowna opowiesc! Pieknie ubralas ja w slowa. Przyznaje, ze mi sie 'miekko' na serduchu zrobilo... ;)
    I zdjecia wspaniale, na tym drugim wygladasz zjawiskowo! Tez bym chetnie zobaczyla ich wiecej (nie wierzylam wlasnym oczom gdy przeczytalam, ze macie tych zdjec az 8 tysiecy!!! :) ).
    Oprawa muzyczna swietna, to byl z cala pewnoscia niezapomniany dzien :)

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  10. Momentami czytając Twoją opowieść czułam się, jakbym czytała o sobie. Też była suknia, ta jedyna, szyta specjalnie dla mnie. Wielki zamęt z butami, bo tylko takie nie inne, a ich nigdzie nie ma :)I mogłabym tak jeszcze wymieniać długo.Ale najważniejsze, że był Ten Ktoś obok. I czuję w twoich słowach, że też znalazłaś Tego Kogoś. Widać, jak wiele łączy Was, jak się uzupełniacie, wspieracie. To pięknie i wzruszające. Zdjęcia oczywiście bardzo ładne, chciałoby się więcej :) Mam nadzieję, że dobrze się czujecie z Maleństwem. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  11. Niesamowita historia i wspaniałe wspomnienia z tego pięknego dnia :)
    Gratuluję Wam :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Bea, dziękuję, dziękuję! Tak za miłe słowa o mojej opowieści, jak i o mojej personie :) Zdjęć więcej będzie już wkrótce - jest z czego wybierać, tylko jak tu z 8 tysięcy wybrać :) Dzień był niezapomniany, a i jedzonko pamiętam do dziś - te kaczki wspaniałe, te wędzone węgorze "od chłopa" :) Ściskam!

    Mia, pamiętam z Twojego bloga Twoje przygotowania do ślubu, buty i suknię :) Wiem, że też bardzo dużo czasu i energii włożyłaś w to, aby ten dzień był wyjątkowy i taki właśnie przez Ciebie wymarzony, piękny. Są chwile w życiu, do których warto się tak właśnie dobrze przygotować, żeby uczynić je niepowtarzalnymi pod każdym względem! Synek dokazuje, rusza się w brzuszku dzisiaj już od 5.30 rano, a ja się cieszę, że taki jest silny :) Cieplutko pozdrawiam!

    Elle, dziękuję, i dziękuję za odwiedziny! Serdeczne pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  13. Pięknie piszesz.
    Czytam zamyślam się .
    Ja tez męża poznałam przypadkowo .
    nie wiem czy od razu poczułam , ze to ten jedyny.
    Ale juz po kilku naszych spotkaniach poczułam, ze to ten, jedyny, wymarzony i wyśniony.
    juz 12 lat po ślubie i nadal jestem o tym przekonana.
    Piękne zdjęcia.
    pozdrawiam gorąco

    OdpowiedzUsuń
  14. Fuerto, dziękuję! A takich przypadków jak ten Wasz i ten nasz to więcej, więcej!... bo piękne z nich sprawy się później plotą :) Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Po prostu pieknie:) Chcialabym zeby u mnie kiedys tez tak bylo. Tobie zycze milosci, takiej do konca i kazdego dnia, by starczylo jej dla wszystkich:***

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Przepraszam za spóźnienie