Wiosna w lutym zadziwia mnie po raz czwarty

Wiele z Was pisze na blogach o wielkiej, wielkiej potrzebie poczucia już wreszcie wiosny. Tak się składa, że my otrzymaliśmy wiosnę instant 29. stycznia, w momencie, gdy koła samolotu dotknęły ziemi, a może chwilę później, gdy obładowani dobrem wszelakim pod tytułem "bagaż podręczny" wyszliśmy na ląd.
Napomknę jeszcze, że dobrem tym byliśmy obładowani po samiusieńkie pachy. Wyobrażaliśmy sobie chyba w czarnych scenariuszach, że w podróży William przebrany będzie musiał być 10 razy (ulewał jeszcze wtedy szczodrze), a buteleczek, prócz maminego mleka, domagał się będzie co kwadrans. A jeśli utkniemy we Frankfurcie? (wszak zima) No to jeszcze 10 pampersików, i jeszcze 3 pajacyki! A jeśli puszka z mlekiem wysypie się w samolocie to co? To pakujemy jeszcze jedną puszkę! Do tego aparat, kamera, 3 (słownie: trzy) laptopy, jeden męża, drugi mój (bliźniaczo podobne), a trzeci pracowy... do tego fotelik samochodowy, żeby syna w samolocie usadzić... no, wyobrażacie sobie. Walizki, torby, wspomniany fotelik, dziecko w chuście... Taki obraz nędzy i rozpaczy, nomadowie wypisz, wymaluj! Z boeinga (z którego wysiadaliśmy ostatni) pomagał nam wynosić tobołki we własnej osobie pan pilot - swoją drogą taki ofiarnie pomocny był ten pan pilot po tych kilkunastu godzinach lotu, taki energiczny, uśmiechnięty i prostolinijny, jakby żywcem przeniesiony z czasów dawno minionych.
Tak czy inaczej, gdy jechałam z Williamem samochodem naszej koleżanki do hotelu, dogodnie usytuowanego naprzeciw naszego bloku (mąż jechał taksówką - bagażową... - z walizkami nadanymi), wiosna przywitała mnie jak dobry duch, otuchy dodający serdeczny uścisk.
Dla pamięci wspomnę też, jak to po podróży z drugiego końca świata mąż udał się do sklepu po trzy rzeczy: zgrzewkę wody mineralnej (do mleczka), czajnik bezprzewodowy (do wyparzania butelek na mleczko) oraz wanienkę niemowlęcą sztuk raz - jak to bywa w polskich rodzinach, może się walić i palić, a dziecko wykąpane być musi! :)
Wróćmy jednak do wiosny: była do dyspozycji serca mojego w potrzebie także następnego ranka, gdy z hotelu szliśmy po kanapki do Starbucksa (z naszego bloku można dojść do sklepów i restauracji, i do parku, i nad wodę, a jest to na zachodnim wybrzeżu rzadkość). Radosna, świetlista wiosna! Wtedy jeszcze - w styczniu! Taka wiosna od półbutów i grubszego sweterka albo lekkiej kurteczki. I - co najbardziej mnie cieszyło - dziecka nie trzeba było skafanderkiem straszyć!
Tego dnia mąż pojechał z kolegami do magazynu po nasze dobra materialne wielkogabarytowe, a syn i ja, z pomocą wózka dziecięcego, przytarganego z Polski (bardzo jesteśmy z niego zadowoleni, wózek jest na skórzanych paskach i pięknie się kołysze), zwoziliśmy do nowego, puściusieńkiego mieszkania, artykuły pierwszej potrzeby (mydło, papier toaletowy, proza życia). Jechałam z synem alejką i oto syn po raz pierwszy na spacerze nie spał! Nieskrępowany wyżej wspomnianym skafanderkiem i innym futrzanym śpiworkiem, leżał i wpatrywał się w zielone gałązki drzew, migające nad nim. Piękny moment, gdy dziecko dostrzega coś po raz pierwszy w życiu, gdy można być tego świadkiem.
I tak jesteśmy już od trzech tygodni zanurzeni w wiośnie. Jedne drzewa są zielone, inne mają pąki, jeszcze inne na różowo kwitną. Dotąd świeciło nam słoneczko, było już tak ciepło, że syn leżał w wózku bez czapeczki, na przykład w body z długim rękawkiem i śpioszkach (a wiedzcie, że trudno mi się było przełamać i ubierać go naraz tak lekko!).
Od trzech dni pada deszcz, ale też tak po wiosennemu... Jest piątkowy późny wieczór, my jesteśmy w domu, za oknami szumi, szumi, szumi, ochłodziło się, a u nas ciepło, cicho, lampki włączone. Tak jak lubię. Beż pośpiechu (tu uśmiech kieruję w stronę Sunsette!).
A w sypialni śpi mały człowiek, którego historia zaczęła się w połowie lutego zeszłego roku, dokładnie wtedy, gdy przed naszym blokiem na różowo zakwitły drzewa.
Lutowa, wiosenna magia.
Ślę Wam wiosnę! I dobre myśli - M.
Hej marchewko-u nas tez wiosna bucha. W niedziele musze pojechać do Polski-ja z tych innych co do Pl jeździc nie lubią-a tam zimno i snieg brrrr.
OdpowiedzUsuńSynus cudowny-
co za wózek przytaszczyłaś, bo jak obejrzałam ostatnio internet ile tego jest ile marek i co komu potrzebne to dostałam wariacji-kompletnie nie wiem o co cho.
kochane moja - pani marcheweczka i pani une fammeczka - NIE MACIE ZA GROSZ SERCA !!! o rozumku nie wspomnę hahahah
OdpowiedzUsuńza MOIM OKNEM leży ŚNIEG !!!!!do jasnej ch.... jak mam Was lubić no jak - kiedy wy mi tu o wiośnie a ja czuję się jakbym mieszkała na Alasce :(
marcheweczko maluszek jest przeskochany .. uwielbiam takie małe "bączko-szkodniki" dodają sensu życia że nawet jak bardzo się nie chce to się chce - buziaki i fajnego weekendu
ps chciałąbym Was zobaczyć jak wysiadacie z samolotu i jak zabieracie się na dwa auta - kosmici jak nic hihii
Kochana,życzę Wam aby luty co roku był dla Was magiczny,wiosenny i ciepły.
OdpowiedzUsuńWyprawa samolotem na drugi koniec świata z maluszkiem to nie lada wyczyn,ja lecąc tylko 2,5h też byłam zapakowana po uszy :)
Moc buziaków dla małego słodziaka,łamacza serc i dla jego mamusi.Ściskam Was.
A ja, pomimo śniegu za oknem, naprawdę poczułam tę wiosnę - tak sugestywnie ją opisałaś! Teraz już tylko ta świetlista zieloność mi w głowie;)
OdpowiedzUsuńSynek taki śliczny, że chyba z trudem powstrzymujesz się od całowania go 24 godziny na dobę;)
Buziaki:)))
Tylko pozazdrościć tej wiosny. My wciąż czekamy, a tu biało i głucho... Wspaniale jest móc spacerować w lżejszym ubraniu. Pozdrawiamy
OdpowiedzUsuńno niektórym to się powodzi a u mnie w Szczecinie dziś śnieg pada.
OdpowiedzUsuńOj, pamiętam te nasze niemowlęce wyprawki na czas jakiejkolwiek.... wyprawy :))Wcale nie wyglądałam lepiej :) Pierwsza podróż pierwszego potomka to my, wózek, oczywiście pełen nadbagaż i ... stary rozklekotany PKS. Byliśmy ugotowani :))) No, ale takie były nasze realia - najpierw syn, potem autko :)))
OdpowiedzUsuńA co do nadmiernej zapobiegliwości - mam zasadę odziedziczoną po kobietach z mego rodu - lepiej nosić, niż się prosić :)))
Pewien wujeczny stryj mamy stosował ją do tego stopnia,że na wesela chadzał z własną łyżką i piętką chleba, a tak na wszelki wypadek :)))
Sama nie mogąc doczekać się zielonego, różowego, żółtego i innych - wszczęłam podróż za słońcem i kolorami. Zapraszam do kontynuacji zabawy. Pokaż nam więcej z tego Waszego ciepłego zakątka ziemi i rozgrzej nasze zmrożone polskie noski :)))
Wystarczy przeczytać takiego posta,żeby choc na chwile poczuć wiosne w srodku zimy bo u mnie śniegu po kolana i mróz jak fix ;/
OdpowiedzUsuńP.s Piekny synek.
ileż radości i miłości w każdym słowie :))
OdpowiedzUsuńOj wiem, jak wiele radości sprawia spacer z maluchem w piękną pogodę. Ja bardzo czekam na wyższe temperatury i możliwość długich wypadów z Adką. A Twój Synek cudny - ma piękne oczka.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie!
Marcheweczko - uściski dla synka i w ogóle dla Was, jako urodzona 1 dnia wiosny śmiem sobie uzurpować prawo do ogłaszania tejże wszem i wobec:):) - Co tez czynie: NIEDŁUGO BĘDZIE:) W Polsce zaczynają się roztopy, u nas powoli znika śnieg.
OdpowiedzUsuńPięknego macie syna. Jak z obrazka:)
Marcheweczko, dziekuje za wizyte u mnie, odpisalam ci bezposrednio pod postem.
OdpowiedzUsuńWiliam slodki:),pewnie szybko rosnie i rece masz pelne roboty...?
Do napisania, pozdrowienia cieple!:)
co tam u was? za długo was już nie ma :) buziaki
OdpowiedzUsuńPrzepięknie. A Pan Kawaler jaki zadowolony sobie śpi. Pewnie macie z nim sporo radości. Już z niecierpliwością czekam na kolejne Twoje posty, bo bardzo lubię czytać co tam u Was słychać.
OdpowiedzUsuńA przy okazji - chciałam zaprosić Cię do zabawy, która przetacza się przez wszystkie blogi - Moje małe sekrety.
Szczegóły na moim blogu. Zapraszam
Michalina