"Ty jesteś miłość"

"Ty jesteś miłość", mówię do Puszka kilka razy dziennie, dodając czasem, by pamiętał o tym nawet wtedy, gdy koledzy w gimnazjum będą insynuować, że inne zgoła imiona są tu bardziej na miejscu.
Miłość. Wielka miłość. Najprawdziwsza miłość. Miłość, która zawiązała się we mnie dwa lata temu, w lutym, a której spojrzałam w oczy niespełna dziewięć miesięcy później.
Każdej nocy mój syn, jak księżyc, odbywa wędrówkę - zasypia wtulony we mnie, zostaje przeniesiony do swojego łóżeczka, rano natomiast budzi się, magicznym sposobem, w łóżku rodzicielskim (choć łóżko to wciąż jeszcze zbyt szumne słowo - czekamy na sypialniane meble, użytkując tymczasem materac).
I co robi rano, gdy otworzy oczy? Szeroko się uśmiecha, ukazując wszystkie sześć zębów (cztery górne, dwa dolne).
A zaraz potem, ranek w ranek, wybiega z pokoju, by po kilku chwilach wrócić z książką w ręku. Ostatnio najczęściej na pierwszy poranny kąsek wybiera książkę od babci Shili, o sowie, która szukała dla siebie mieszkanka. Książka jest duża, wydawca przewidział, że dla pięciolatka, nasz Puszek zatem niesie ją oburącz.
I tak rozpoczynamy kolejny książkodzień. William po wielekroć podejdzie do swej matki z książką w ręku, sygnalizując głosem i ciągnącą za matczyne portki łapką, że, dajmy na to, historia brązowego niedźwiedzia, czerwonego ptaka i ferajny musi być odczytana raz jeszcze (matka sprytnie wyrecytuje książeczkę z pamięci, mieszając obiad). Przewróci karty wielu spośród swoich 50 książek na osobności, uważnie, bacząc, żeby nie pominąć ani jednej strony (!). Gdy matka zasiądzie po turecku na dywanie, usadzi nań bez pudła swój drobny tyłeczek (parkując na wstecznym) - książka w ręku - gotowy pokazywać na obrazkach pieski, kotki, ptaszki, misie, oczy (ulubione, wskazywane z wielkim namaszczeniem kciukiem), nosy i guziki. Książki, książeczki, książczyny... Te po polsku, te po angielsku. Ostatnio przyłapaliśmy syna na tym, że przebudził się w środku nocy, usiadł na łóżku, znalazł obok siebie książeczkę (przypuszczam, że z czytania przed zaśnięciem), po czym, nie alarmując nikogo, w świetle księżyca, przystąpił do lektury.
Co z niego wyrośnie? Śliwki na wierzbie? Gruszki na sośnie? :)
Moja miłość.
Z bajek telewizyjnych lubi, a jakże: "Misia Uszatka", "Reksia" i "Przygody Kota Filemona". Na widok Misia buzia rozjaśnia mu się w wiernym uśmiechu, Reksiowa czołówka porywa go do tańca. Na "Przygodach Kota Filemona" można mu zapodać choć trochę posiłku, który inaczej, mimo matczynych nalegań ("Ja cię, synu, proszę, spożyj"), zostałby całkiem niezjedzony.
Zabawki. Kiedy jakiś miesiąc temu, ulokowana na podłodze, palnęłam z głupia frant: "A gdzie jest Elmo?", nie przypuszczałam, że dziecię moje z pokoju wyjdzie, by zabawić chwilę w pokoju sąsiednim i wrócić, taszcząc czerwonego stworka za otwartą gębusię. Grający, tańczący, śpiewający Elmo, prezent od wujka, tacinego bliźniaka. Naciskając na czerwoną nogę William uruchamia opcję Elmowokalu i podryguje radośnie do taktu. Przynosi też perkusję, po czym szczodrym ruchem sadowi ją na futrzanej, rozśpiewanej głowie. Mikrofon zostawia dla siebie, głównie do gryzienia.
Książki, Elmo... piłka, pluszowy piesek corgi, drewniane pudełko z otworami na drewniane klocki o różnych kształtach, takie-wygrywające-melodyjki-coś, z którym William chadza po domu, przyciskając je do ucha jak radio tranzystorowe. Ach, jest jeszcze żółw Albert, od chrzestnej mamy. William najczęściej używa go, oglądając swoje książki. Wygląda to tak: przerywa lekturę, wciska żółwi guzik, z głośniczka płynie wierszyk o wybranym zwierzęciu, William wraca do wertowania książki, po chwili wierszyk się kończy, syn cierpliwie przerywa lekturę, by wcisnąć kolejny guzik... I tak dalej, i tak dalej...
Tyle zabawki standardowe (jest ich, naturalnie, więcej, ale chwilowo nie zyskują entuzjazmu właściciela). Dalej mamy: pudełko po kremie, kartonik po żarówce, butelkę po kefirze, wszystkie lubiane i doceniane. Jest jeszcze pojemnik po serku wiejskim, z którego można matkę poić udawaną wodą, na wyraźną jej prośbę. Można się nawet tak zatracić w tym samarytańskim geście, że wciśnie się matce trzymany w ręce pojemnik prosto w czoło.
Te zabawy... Te pierwsze razy, gdy syn się czegoś nauczy, coś zrozumie, coś wykona. Gdy wyjmie z pojemnika chusteczkę nawilżaną i na niedbale rzucone "wytrzyj mamusi buzię", podejdzie i wytrze ją z taką o nią dbałością, że matka nie wie już sama, czy oczy takie mokre od tej chusteczki czy od czegoś innego zupełnie.
Jedna z naszych ulubionych zabaw: w gdziejestwilliamka. Chodź, pobawimy się w gdziejestwilliamka, mówię do syna. I syn wie, że czas skryć się za zasłonką (siada, spod zasłony wystają kapcie i krótkie nogi, przyobleczone w dyskretny, bawełniany dresik), by na hasło "gdzie jest Williamek?", uchylić rąbka tajemnicy i przesłać matce zwycięski uśmiech.
Moja. Miłość.
Dwa lata temu pisałam tego posta. Wszystko wokół zakwitało, a moja miłość - co, pisząc, przeczuwałam - zakwitała we mnie.
Pozdrawiam dziś tych, co czytali już wtedy, i tych, co czytają teraz, tych, którzy piszą słówko od siebie i tych, którzy milczą, pozdrawiam każdego z osobna, z całego radosnego dziś serca - M.
Łzy mam w oczach, więc trudno mi coś więcej napisać pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuń:D
OdpowiedzUsuńTak Pięknie Piszesz ,Marchewko!
OdpowiedzUsuńTyle pięknej Miłości w Twych słowach..
Jakie one cenne...jakie prawdziwe...
p.s. Wystające spod zasłony niby schowane skarpetki znam i ja:))
Pozdrawiam Was!
Sama esencja. Cudne słowa. Kwintesencja prawdy.
OdpowiedzUsuńPozwól,że pomilczę w zachwycie nad Waszym bursztynowym Szczęściem wyobrażając sobie, co czujesz :)))
OdpowiedzUsuńMatka, co dokładnie wczoraj odpalała 23 świeczki temu płowemu blondaskowi, co jeszcze niedawno też miał parę mleczaków :)))
( A ta miłość do książek to i u nas dziedziczna)
Jak pięknie napisałaś:) trochę widzę w tym opisie naszych chwil (szczególnie z książka - tą przy świetle księżyca też;))
OdpowiedzUsuńAlez ty piszesz! :))
OdpowiedzUsuńU mnie myśli podobne też się kłębią w głowie, bo wkrótce wybije 3 lata wspólnego z Glusiem wędrowania przez życie... :)
Wszystkiego dobrego dla was! :)
to sobie z rana pochlipałam i tyle :)
OdpowiedzUsuńtylko takiej miłości można życzyć wszystkim dzieciom:)
miliony buziaków cudnemu chłopcu ślemy, no dobra mamusi też :))))
Kiedy znalazłam Twojego bloga złościło mnie, że na każdy wpis muszę czekać wieczność. Kiedy jednak przeczytałam ostatni wpis mam wielką, ogromną prośbą pisz choćby raz na tysiąclecie, ale pisz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Dorota
Pięknie napisałaś Marcheweczko.
UsuńMaria
Ech kochana... nie w moim stylu wzruszenia, ale to co napisałaś chwyciło mnie za serce :) a tak na marginesie: ależ ja już bym chciała być na etapie czytania książek!
OdpowiedzUsuńMarcheweczko, ja naleze ostatnio do tych milczacych, ale podczytujacych wiernie:).
OdpowiedzUsuńPieknie to opisalas wszystko... A to zdanie o chusteczce nawilzajacej, ach, no sama sie wzruszylam:)).
A wiesz, ze u nas tez jest zabawa w gdziejestnadia;))). Tylko na lezaco, pod kocykiem, z ktorego wydobywa sie glosny chichot i wierzgaja nozki w kolorowych rajstopkach, ktorych wlascicielka mysli, ze jej nie widac:)). Hihi:).
Dzieci sa przecudowne.
Sciskam cie mocno i obiecuje, ze niedlugo napisze (nie zapomnialam, tylko spraw na glowie o wiele wiecej niz by sie chcialo)...
Wiem, ze sie powtorze - ale pieknie piszesz Marchewko! Wiesz juz, ze uwielbiam tu bywac i Cie podczytywac :)
OdpowiedzUsuńWspaniale, ze Twoj Syn tak lubi ksiazki! Oby pozostalo mu to jak najdluzej ;)
Usciski!