Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku...



(... rodziców, oczywista!)
Kiedy się przeziębiam to nieomylny znak, że w ciągu doby lub dwóch przeziębiony będzie również mój syn. Zdarza się, że mijają kolejne dwie doby i do syna dołącza małżonek. Od kiedy jesteśmy we trójkę, rządzi nami przeziębieniowe prawo serii!
Pogoda w Anglii przez kilka dni po naszym powrocie była iście wakacyjna, szybko się jednak opamiętała, wracając do dystyngowanej angielskiej wczesnej jesieni, ze sweterkami, półbutami, a nawet - apaszkami...
Z uwagi na podwyższoną temperaturę dzieckową, tę jesień za oknem i dla zdrowia reszty społeczeństwa nie wychodzimy dziś na spacer. Ani na plac zabaw do parku. Ambitniejsze prace domowe zawieszone, jeden tylko obiad samograj Się Robi. A my nic tylko bierzemy ten nieokrojony czas i jesteśmy w nim razem, jeszcze bardziej niż zazwyczaj. A to oglądamy Misia U. (od niedawna William tak rozkosznie rozkłada się na poduszkach na kanapie, jak chłopiec, a nie dzidza, no napatrzeć się na tę transformację nie mogę), a to uczymy się nazywać owoce (wczoraj usłyszałam "guszka"!), a to po raz 30sty wącham jego bosą stopę i kłamliwie obwieszczam, że śmierdzi, co bawi go nieprzerwanie od wielu długich miesięcy. Książki nadal są zabawką numer jeden, więc czytamy, czytamy, czytamy... Gotujemy w drewnianych garnkach zupy z drewnianych składników (oraz z ludzików, których Pluszek zamaszyście w garnkach umieszcza pospołu z marchewką i kukurydzą), jeździmy po podłodze autkami, wydając autkowe odgłosy (od wyjazdu do Polski autka są zdecydowanie na topie!). Przeziębione moje Słońce jest dziś jednak osowiałe, nie tańczy swoim zwyczajem, nie biega po domu, raczej wdrapuje się na łóżko i wtula w poduszki, co niniejszym uwieczniam... A właśnie, wkroczyliśmy w przyjemny okres fotograficzny - William nie próbuje mi już za wszelką cenę wyrwać z rąk aparatu (tak, mamy za sobą i czas, gdy koniecznością było robienie zdjęć wyłącznie dziecku śpiącemu bądź wybitnie zajętemu Czymś Innym). A przy tym - nadal specjalnie nie pozuje. Dziś idę zatem przez dzień z aparatem przy twarzy!
Z miłymi pozdrowieniami - przeziębiona Marchew z przeziębionym Marchewkiem

Dużo,dużo zdrówka!!!
OdpowiedzUsuńWitamy i dziękujemy! :)
UsuńWracajcie do zdrowia!
OdpowiedzUsuńPrzesylam usciski I podziekowania za kolejny piekny wpis!
Nigdy nie wyjde z zachwytu nad Twoja lekkoscia formulowania mysli...
Ola, dziękujemy! A wiesz, że to Ty byłaś jedną z osób, które na samym początku dały mi taki serdeczny wirtualny uścisk i zachętę do pisania dalej? Serio, serio :)
UsuńBardzo mi miło:) A Twoje początki w blogosferze to bardzo dobrze pamiętam! Odkrycie tak niezwykłej Perełki na trwale zapisało się w mej pamięci!:D
UsuńUwielbiam Twoje wpisy. Ciągle mam ich wielki niedosyt. A dzisiaj już drugi wpis w ciągu trzech dni. Och gdyby tak codziennie przeczytać choć parę linijek. Jest coś w Twoim pisaniu co pozwala mi choć przez chwilę czuć to, co czuję matka, którą od dawna pragnę być. Robisz to wszystko co ja sama zrobiłabym z moim maleństwem (czytanie oczywiście na pierwszym miejscu). Cudowne masz życie Marcheweczko ze wspaniałym mężem u boku i niezwykłym synkiem. Dbaj o to bardzo, bo takie szczęście należy już dziś do rzadkości. Zdrowia życzę Wam wszystkim. I cieszę się Waszym szczęściem. Dorota
OdpowiedzUsuńDorotko, bardzo się wzruszyłam, czytając Twój komentarz. I serce mi się kraje, kiedy pomyślę o Twojej tęsknocie za dzieckiem. Był czas, kiedy myślałam, że moje pragnienie dziecka się nie ziści - jak zwykle takie historie, tak i ta jest bardzo osobista, nie na bloga. A jednak się ziściło, i Tobie też tego życzę, z głębi serca. Do dziś mi zresztą dzwonią w uszach słowa dziewczyny, którą poznałam kiedyś przy okazji naszej i jej wycieczki do Chin, i z którą bardzo szybko nawiązałam serdeczny kontakt. Opowiedziała mi, jak kiedyś została zapytana, bardzo prosto, czy jej pragnieniem jest urodzić dziecko, czy też być matką?... W tym czasie, gdy ja urodziłąm Williama, ona adoptowała dziewczynkę. Czuje się spełniona. Dwie drogi do tego samego szczęścia.
UsuńWielkie uściski i mam nadzieję, że do usłyszenia!
P.S. A mąż ma czasem również nieco mniej wspaniałe dni - wszystko normalnie :)
Marchewko Kochana, Wiliamek sliczniutki, a rosnie....ło ho:) Zdrówka Wam życzę, jesteś wspaniałą matką, zresztą cudną rodzinke tworzycie, uwielbiam Cię podczytywać, buziaki w słodki dziubek Synusia
OdpowiedzUsuńDziękujemy, dziękujemy najpiękniej jak potrafimy! :)
UsuńJestem zaskoczona!!:) oczywiście przemiłym wpisem:)
OdpowiedzUsuńŻyczę dużo zdrówka :)
Oj chciałoby się spróbować tej Waszej cudnej zupki:) "ludzikowo-marchewkowo-kukurydzianej"...
Ha, a planuję wkrótce kolejny :)) Normalnie sama siebie nie poznaję!
UsuńDziękujemy serdecznie!
Ja tam się nie boję zarazić i cmokam Willego w sam słodki nochalek :)))
OdpowiedzUsuńJego zdjęć nigdy nie mam za wiele, jest ślicznym i fotogenicznym chłopaczkiem, więc pstrykaj, Marcheweczko, pstrykaj, niech się pozachwycam :))))
Uściski :)))
Lewkonijko, a ja się zachwycałam ostatnio Twoim ogrodem, jeno nic nie napisałam, bo w synoukryciu to czyniłam na iPodzie, a pisanie na tym wynalazku mnie przerasta :)) Ściskam!!
UsuńZupka marfefkowo -kukurydziana kusi , choć wkładkę z ludzików wolałabym ominąć ;))) kreatywność dzieci nie zna granic ;)
OdpowiedzUsuńKochana , śliczny ten Twój Marchewek , piękniejszy i słodszy z każdym postem :) choć szkoda , że taki chory bidulek :( Dużo zdrówka życzymy xxx
Dzięki, dzięki, przystojny Adasiu i jego śliczna mamo! Ja nie wiem do końca, czy William zdaje sobie sprawę z tego, że gotuje zupę, z ludzikową wkładką, o zgrozo! no ale miesza jak stary :))
UsuńMam identyczne body Cartersa :))) Buziaki!
OdpowiedzUsuńBo to faaajne body jest :)) William dostał ten zacny przyodziewek od swojej babci chyba albo kogoś inszego z małżonkowej strony, zawsze jak odwiedzamy Juesendej to wracamy z górą nowych ciuszków, na co ja się nie obrażam, hehe! Buziaki!
Usuń