Posty

Boże Narodzenie i chrzest

Obraz
W to Boże Narodzenie świętowaliśmy podwójnie - William został ochrzczony. Pajacyk, który miał na sobie tego dnia, kupiłam jeszcze przed zrobieniem testu ciążowego :) Śpiworek - podczas przyjazdu do Polski tej wiosny. Szatki nie haftowałam sama, choć taki był plan pierwotny, dobom brakuje godzin :) Było uroczyście, odświętnie. A syn ma już dwa miesiące! Trudno w to uwierzyć, czas pędzi i pędzi, on rośnie i rośnie!... William śpi, a ja kradnę chwilkę, żeby napisać, pozaglądać do Was. Króciutko, biegnę spać, bo za chwilę trzeba będzie się obudzić :) Macham do Was z mojej kanapki - M.

Pierwsza choinka Williama

Obraz
... I w końcu mogę cieszyć oczy gromadzonymi przez nas przez te lata ozdobami na choinkę! W zeszłym roku pisałam o nich, co to je przewożę stopniowo do Polski (jeszcze kilka zostało w Stanach, z zeszłorocznego wieńca). Co więcej, nie tylko ja cieszę dziś nimi oczy, ale i syn mój, kto by pomyślał, mój syn :) (Powtarzam sobie w głowie te dwa słowa i nadal nie mogę uwierzyć, że one zaistnniały dla mnie obok siebie). Niezwykłe jest być świadkiem tego, jak William się zmienia, jak coraz żywiej reaguje na otaczający go świat. Życzę Wam dzisiaj, spod naszej choinki, pięknych świąt. Skorzystam z rymowanki, jaką moja bliska koleżanka Jarzynka ułożyła i właśnie mi przesłała (takie zdolne koleżanki mam!): Niech Wam nigdy czynnik wrogi nie podkłada kłód pod nogi. O! Życzę Wam dzisiaj tego wszystkiego, o czym marzycie i jeszcze tego, o czym nie śmiecie nawet marzyć - M.

Co u nas słychać

Obraz
Moje drogie, nawet nie wiecie, ile radości sprawiłyście mi wpisami pod ostatnim postem. Dziękuję Wam i ściskam Was najcieplej zbiorowo i indywidualnie! Każdy wpis czytałam kilkakrotnie, każdy z nich sprawił, że na twarzy (szczęśliwej i niewyspanej zarazem) wykwitał mi uśmiech :) Bardzo chciałabym odpisać na każdy z Waszych komentarzy osobno, aż mnie paluszki świerzbią, hehe, ale zerkam w stronę wózka z synem i słyszę już, że (znów!) nie starczy mi na to czasu. Napiszę więc choć zatem tego posta nowego - o tym, co u nas słychać. Kiedy William miał dwa tygodnie trafiliśmy niestety do szpitala - syn miał zakażenie układu moczowego... (podobno wyniósł je jeszcze z mojego brzucha). Willunio mój dostał antybiotyki i przez 10 dni byliśmy razem w szpitalu. Na szczęście dostaliśmy osobną salę, rodzina mogła nas odwiedzać, a panie pielęgniarki były bardzo miłe - tym trzem okolicznościom mąż mógł być z nami codziennie nawet do północy. Poza tymdzięki , co tu dużo pisać, nie pamiętam już kiedy ost...

William

Obraz
Drogie panie, a oto nasz syn - William Singh G. Zdjęcie świeżo zrobione, syn szczęśliwy po wizycie w barze mlecznym zasnął w swoim otulaczku-kokoniku. Jesteśmy z mężem tak zmęczeni jak nigdy dotąd - i jak nigdy dotąd szczęśliwi. Willuś urodził się w czwartek, 28. października, o 8:15, w Gdańsku. Kiedy leżałam na stole operacyjnym, przemiła pani anestezjolog powiedziała do mnie w pewnej chwili: "a teraz rodzi się William". Spojrzałam w górę i rzeczywiście, był tam, człowiek wydobyty z wnętrza mnie. Łączyła nas wyjątkowo gruba pępowina. Mąż i mama obserwowali całą operację zza dużej szyby. Mówią, że kiedy lekarz wyjął syna z brzucha, uniósł go do góry w dłoniach jak w scenie z "Króla Lwa". Śmiejemy się, że powinni puszczać w tym momencie z głośników: "It's a circle of life"... Później zobaczyłam go z bliska pierwszy raz i pocałowałam pierwszy raz. Mąż mógł przyjść do mnie z synem zaraz po tym, jak zostałam przewieziona z sali operacyjnej na salę poporodo...

Gniazdo

Obraz
Moje drogie, dziękuję, że myślicie o nas, trzymacie za nas kciuki. Jutro nasz wielki dzień! Naprawdę trudno mi w to uwierzyć... Dziś piszę króciutko, załączam tylko zdjęcia naszego tymczasowego gniazdka: To już jutro, już jutro poznam naszego syna. Jak to możliwe, że takie najważniejsze dni przychodzą ot, tak, po prostu. Niby zwykła jesień, czwartek jak każdy inny, a dla nas narodzi się cud... Ściskam Was, Wasza M.

To już rok!

Obraz
Moje miłe, przepraszam za tę najdłuższą jak dotąd przerwę w moim blogowaniu. Nie dość, że nie pisałam, to nie bywałam na Waszych blogach, a taka jestem ciekawa naprawdę, co tam u Was słychać! Kto wie, może obdarzona zostanę dziecięciem spokojnym i poczytam sobie to i owo z zaległości tej jesieni i zimy - bo jedno jest pewne, już wkrótce będę spędzała zdecydowanie więcej czasu w domu niż dotąd :) Póki co jestem ciężarna łażąca, tyle jest spraw do załatwienia, a my tu nie mamy samochodu. Popołudniami do wiernej dyspozycji są rodzice z naszym samochodem rodzinnym, ale są przecież rzeczy, które trzeba zrobić w ciągu dnia. No to poruszamy się autobusami, pociągami i czym tam jeszcze - mąż, ja i syn, co to jeździ na gapę. Tą metodą zwiedzaliśmy szpitale, odbieraliśmy tort na rocznicę ślubu rodziców (30-tą!), załatwialiśmy urzędowe sprawy. Z sudoku i długopisem w ręku jeździmy sobie tu i tam. Przede wszystkim jestem bardzo, bardzo szczęśliwa, że zdecydowałam jak zdecydowałam, i jesteśmy tu, w...

Filoli i czas zaklęty

Obraz
Od wczoraj mamy wrzesień, a mój post jeszcze, przekornie, sierpniowy. Przeglądam zdjęcia, w których czas jest zaklęty, zamknięty jak w złotej klatce - a wraz z czasem i my z wtedy, i nasze niedawne, a jednak odległe już nadzieje (może uda się polecieć do Polski?...) i obawy (może się nie uda?...). I fragment największego naszego Czekania. Oto i my - ja z brzuszkiem i syn w brzuszku - na naszej ostatniej przedwylotowej wycieczce w Kalifornii. Na moje życzenie mąż powiódł nas do ogrodów Filoli , które każdy miesiąc przemienia na życzenie swoje własne. Sierpień upływał tam pod rządami hortensji, dalii i niektórych odmian róż: Myślę, że to miejsce spodobałoby się wielu z Was. W tych ogrodach, na wpół zaplanowanych, a na wpół dzikich, jest człowiekowi tak dobrze, może cieszyć oczy kolorami, nos zapachami, płuca - powietrzem. A do tego Filoli to nie tylko te ogrody, ale i budynki, pięknie w nie wpisane, harmonizujące z tym, co wokół. Tu oranżeria - z klatką: A dalej już dom właściwy, złota ...