Posty

Wtajemniczony

Obraz
Jem sobie oto - w towarzystwie małżonka - kantalupkę (śmieszna to nazwa taka) i donoszę, że William został niedawno wtajemniczony spożywczo. Podczas naszego marcowego pobytu w Oklahomie u Williamowej babci syn spróbował marchewki! Zasmakowała mu ona bardzo. Tak bardzo, że, zniecierpliwiony, wziął sprawy w swoje (dosłownie) ręce. Oczom nie mogłam uwierzyć, lecz trzeźwość umysłu zachowałam, zdjęcie zrobiłam i dowód posiadam - oto nasz syn, który z punktu wiedział, do czego służy łyżeczka: Co tu dużo mówić - moja krew :) Uwielbiam jeść... I żeby to tylko marchewki... Ściskam Was i życzę Wam udanego spożywczo weekendu! M.

Dni jak z żurnala

Obraz
Moje miłe, piękne nastały czasy: dziecko śpi i je o przewidywalnych (choć z grubsza) porach, na dworze tu u nas nie wiosna już nawet, a lato, bilety na kolejną podróż do Polski kupione. Nic, tylko się radować, co niniejszym czynię. Niedziela, co to była za niedziela!... I drzemka poranna trzyosobowa, leniwie słoneczna, i Msza (William za kościołem przepada - a okazuje się, że za świątynią hinduską, do której powiodła go ostatnio w Oklahomie babcia, również). I długi, przyjemny spacer nad wodą, i kawka nad oną, i obiad w restauracji. Dzień jak z żurnala, nie inaczej :D A do kawki nad wodą - pierniczek. Zaopatrzyliśmy się tejże niedzieli w pierniczki i inne dobra (sok z czarnej porzeczki Horteksu!) w... pobliskim chińskim supermarkecie. Tak, tak, tam właśnie, w dziale "Latino Foods" (!) nabywaliśmy już swego czasu i Ptasie Mleczka, i Torciki Wedlowskie. A na zakończenie dnia syn w domu zasnął, dając matce możność udania się samochodem do sklepu - i nabycia sweterka, w cenie o...

Wiosna w lutym zadziwia mnie po raz czwarty

Obraz
Wiele z Was pisze na blogach o wielkiej, wielkiej potrzebie poczucia już wreszcie wiosny. Tak się składa, że my otrzymaliśmy wiosnę instant 29. stycznia, w momencie, gdy koła samolotu dotknęły ziemi, a może chwilę później, gdy obładowani dobrem wszelakim pod tytułem "bagaż podręczny" wyszliśmy na ląd. Napomknę jeszcze, że dobrem tym byliśmy obładowani po samiusieńkie pachy. Wyobrażaliśmy sobie chyba w czarnych scenariuszach, że w podróży William przebrany będzie musiał być 10 razy (ulewał jeszcze wtedy szczodrze), a buteleczek, prócz maminego mleka, domagał się będzie co kwadrans. A jeśli utkniemy we Frankfurcie? (wszak zima) No to jeszcze 10 pampersików, i jeszcze 3 pajacyki! A jeśli puszka z mlekiem wysypie się w samolocie to co? To pakujemy jeszcze jedną puszkę! Do tego aparat, kamera, 3 (słownie: trzy) laptopy, jeden męża, drugi mój (bliźniaczo podobne), a trzeci pracowy... do tego fotelik samochodowy, żeby syna w samolocie usadzić... no, wyobrażacie sobie. Walizki, torby...

Od środka!

Obraz
Nie pisałam od tak dawna, że nie wiem całkiem, od czego zacząć! Zacznę zatem od środka, bo dziecko drzemie i kto wie, jak długo jeszcze będzie drzemało, to chociaż o środku opowiem trochę :) Jesteśmy już w Stanach. Syn rośnie jak szalony! Stale się zmienia, coraz więcej potrafi. Jeszcze przedwczoraj łapał zabawki tak ledwo, ledwo, a dziś już w swoim małpim gaju (zwanym w porządniejszych domach matą edukacyjną) złapał papugę i ani myślał puścić! Aby czasu cennego nie tracić, nogą przy tym trącał słonika (nogi to w ogóle ma silne od zawsze, już od tych kopniaczków w brzuchu tak wczesnych i gęsto rozdawanych - tak sobie je wyćwiczył onegdaj, że dziś wypoczywa, śpiąc z nogami w górze!). Najmilszą jak dotąd zmianą były, oczywista rzecz, świadome uśmiechy. Moje ulubione chwile w ciągu dnia (i nocy): gdy podchodzę do Willątkowego łóżeczka, a syn na mój widok rozpływa się w wiernym, bezzębnym uśmiechu. O, na przykład takim: Drugą zmianą były postępy w komunikacji :) Dobrze jest opowiadać o świ...

Boże Narodzenie i chrzest

Obraz
W to Boże Narodzenie świętowaliśmy podwójnie - William został ochrzczony. Pajacyk, który miał na sobie tego dnia, kupiłam jeszcze przed zrobieniem testu ciążowego :) Śpiworek - podczas przyjazdu do Polski tej wiosny. Szatki nie haftowałam sama, choć taki był plan pierwotny, dobom brakuje godzin :) Było uroczyście, odświętnie. A syn ma już dwa miesiące! Trudno w to uwierzyć, czas pędzi i pędzi, on rośnie i rośnie!... William śpi, a ja kradnę chwilkę, żeby napisać, pozaglądać do Was. Króciutko, biegnę spać, bo za chwilę trzeba będzie się obudzić :) Macham do Was z mojej kanapki - M.

Pierwsza choinka Williama

Obraz
... I w końcu mogę cieszyć oczy gromadzonymi przez nas przez te lata ozdobami na choinkę! W zeszłym roku pisałam o nich, co to je przewożę stopniowo do Polski (jeszcze kilka zostało w Stanach, z zeszłorocznego wieńca). Co więcej, nie tylko ja cieszę dziś nimi oczy, ale i syn mój, kto by pomyślał, mój syn :) (Powtarzam sobie w głowie te dwa słowa i nadal nie mogę uwierzyć, że one zaistnniały dla mnie obok siebie). Niezwykłe jest być świadkiem tego, jak William się zmienia, jak coraz żywiej reaguje na otaczający go świat. Życzę Wam dzisiaj, spod naszej choinki, pięknych świąt. Skorzystam z rymowanki, jaką moja bliska koleżanka Jarzynka ułożyła i właśnie mi przesłała (takie zdolne koleżanki mam!): Niech Wam nigdy czynnik wrogi nie podkłada kłód pod nogi. O! Życzę Wam dzisiaj tego wszystkiego, o czym marzycie i jeszcze tego, o czym nie śmiecie nawet marzyć - M.

Co u nas słychać

Obraz
Moje drogie, nawet nie wiecie, ile radości sprawiłyście mi wpisami pod ostatnim postem. Dziękuję Wam i ściskam Was najcieplej zbiorowo i indywidualnie! Każdy wpis czytałam kilkakrotnie, każdy z nich sprawił, że na twarzy (szczęśliwej i niewyspanej zarazem) wykwitał mi uśmiech :) Bardzo chciałabym odpisać na każdy z Waszych komentarzy osobno, aż mnie paluszki świerzbią, hehe, ale zerkam w stronę wózka z synem i słyszę już, że (znów!) nie starczy mi na to czasu. Napiszę więc choć zatem tego posta nowego - o tym, co u nas słychać. Kiedy William miał dwa tygodnie trafiliśmy niestety do szpitala - syn miał zakażenie układu moczowego... (podobno wyniósł je jeszcze z mojego brzucha). Willunio mój dostał antybiotyki i przez 10 dni byliśmy razem w szpitalu. Na szczęście dostaliśmy osobną salę, rodzina mogła nas odwiedzać, a panie pielęgniarki były bardzo miłe - tym trzem okolicznościom mąż mógł być z nami codziennie nawet do północy. Poza tymdzięki , co tu dużo pisać, nie pamiętam już kiedy ost...