Posty

Przeprowadzka

Obraz
Ile razem dróg przebytych? Ile ścieżek przedeptanych ?  Ile deszczów, ile śniegów  wiszących nad latarniami? Ile listów, ile rozstań,  ciężkich godzin w miastach wielu?  I znów upór, żeby powstać i znów iść, i dojść do celu. (Konstanty Ildefons Gałczyński) Plącze mi się ten wiersz po głowie od kilku tygodni.  Kilka tygodni temu zrobiłam ostatnie zdjęcia w naszym mieszkaniu w Anglii. Drobiazgom. Odłożyłam aparat, wyjęłam kartony, folię bąbelkową, taśmę klejącą. Zaczęłam zwijać nasz dom, tak, aby zmieścił się do niedużej ciężarówki. Teraz jest już rozwinięty na nowo. Przed chwilą przyjechali do nas na dwie godzinki rodzice. Tata zrobił nam kawę, mama wyjęła z torby słoiczki z malinami, z kokardkami w kratkę. William dostał kalendarz adwentowy i zjadł na poczekaniu zaległe czekoladki, a potem liczył monety w dziadkowym porfelu. Pożegnaliśmy się bez ściśniętych serc - do zobaczenia w piątek. Jest tak jak ma być. Pozdrawiamy...

Zawieszeni w czasoprzestrzeni

Jest trzecia w nocy, leżymy z Williamem w jego łóżeczku. W pokoju jest widno, rozkosznie ciepło palą się obie lampki. Porozumiewawczo patrzymy sobie w oczy (jego ciemne oczy z moich ciemnych oczu), śmiejemy się, trzecia w nocy, a my się tu umawiamy, że zaraz pójdziemy zjeść śniadanie.  Wróciliśmy ze Stanów, ładnych parę dni temu, a nasze ciała wciąż wirują gdzieś nad Atlantykiem, a czasem - patrz śniadanie - wygląda i na to, że wiatr uniósł je już nad jeszcze inne morza i oceany. Przed narodzinami Williama potrafiłam szybko uporać się ze zmianą czasu, teraz to niemożliwe. Poprzedniej nocy poszliśmy spać o siódmej rano, wstaliśmy o piętnastej. Mój syn z rozpędu wstaje i zasypia w porach, które dyktuje mu ciało, na nic tu zda się rozsądek, wypracowana przez rok rutyna dnia. Przez pierwsze dni jadaliśmy o czwartej śniadania we trójkę, później praca sprowadziła męża na - angielską - ziemię. I tak zostaliśmy zawieszeni w próżni tylko we dwoje, matka i syn, w przytulnym kokonie śmiesznie...

Lizbona

Obraz
Jedziemy oto w zeszły wtorek starym tramwajem numer 28 przez centrum Lizbony - mój mąż, nasi przyjaciele, William i ja. Ja siedzę, tyłem do otwartego szeroko okna, z Williamem na kolanach, reszta towarzystwa stoi, a raczej, trzymając się czego popadnie, jedną ręką lub zgoła oburącz, bezwolnie, pomyślałbyś, tańcząc, płynie w dół ulicy. Na przystanku w dzielnicy Alfama do tramwaju wsiada starsza pani, jak większość widywanych przeze mnie w Lizbonie starszych pań jednocześnie szykowna i skromna. Ustępuję jej miejsca, przy czym ruchem ręki, może mimiką twarzy, proszę o odrobinę miejsca obok dla mojego dziecka.  Niepotrzebnie, wiem. Starsza pani szybko mości Williama wygodnie między sobą a sąsiadką, otacza go ramieniem. Po babcinemu pilnuje, żeby nie wystawiał ręki przez okno. Uśmiecha się do niego ciepło i filuternie. Stuka lekko w Williamowe kolanko, William ufnie przytula się do niej, jak gdyby nigdy nic. Starsza pani głaszcze go po główce. Nie pada ani jedno słowo. Dwie linie ...

Tutaj też jest wiiiiiin!daaa...

Obraz
Tak, tak... jeśli byłby komuś potrzebny przewodnik po świecie wind to polecam swojego syna - windzianego konesera. Handlowo-konsumpcyjną część naszego miasta zna jak własną kieszeń i co kilka kroków zagląda matce w oczy, by usłużnie poczęstować ją  tytułowym zdaniem. Wjedźmy zatem windą prosto z maja w sam koniec lipca!  U babci i dziadka, latem, w letniskowym domku...   W zeszłym miesiącu byliśmy w Polsce, w sercu Gdańska zostałam matką chrzestną Róży . W kolejny weekend, w sercu wsi koło działki letniskowej moich rodziców , William został właścicielem dużego zielonego plastikowego traktora. Bardzo dużego, bardzo zielonego i bardzo plastikowego. Obydwa serca pęczniały z dumy... Na wzmiankowanej działce letniskowej William dał się poznać jako Cerber narzędzi stolarskich i sprzętu ogrodniczego swego dziadka. Nikomu nie przepuścił ni łopaty! Kiedy nasz sąsiad, pan Mietek, ujmując w dłonie taczkę opuszczał nasze tereny rekreacyjne, William rzucił się za nim i, cz...

Taki syn!

Obraz
Skąd to się w nim wzięło? I dokładnie - kiedy? Ta opiekuńczość względem mnie, matki? Dostrzegłam ją po raz pierwszy w kwietniu. Po jesienno-zimowej przerwie ruszyliśmy na basen - a tu niespodzianka. Syn zaczął bać się wody. Nie dał się namówić ani na jeden krok. Ani na pół kroku. Biegał sobie tylko po kratkach ściekowych okalających dziecięcy basen (to uwielbienie dla faktur!), głuchy na wszelkie prośby, argumenty i mamienie cudowną zabawą. Małżonek mój usiadł w basenie, manifestując swe doskonałe samopoczucie wynikające z faktu zbratania się z wodą - i nic. Syn obrzucił go tylko mało zainteresowanym spojrzeniem i kontynuował przemierzanie ściekowych kratek. Zanurzyłam więc i ja swe nogi w wodzie, oddalając się od brzegu o jakieś 30 centymetrów. Na co syn jak oparzony rzucił się do basenu! Zaskoczona, stanęłam jako ten słup soli, i z pozycji słupa zobaczyłam, że: choć każdy krok odmalowywał się na jego twarzy przerażeniem, nie wycofał się, nie przystanął, tylko brnął w moją stron...

Z wiatrem

Obraz
(Half Moon Bay, Kalifornia, 2011 r.) Powzięłam zamiar zrobienia jako takiego choćby porządku ze zdjęciami. Otworzyłam kilka folderów, tych Williamowych, i wsiąkłam. Małżonek zaglądał mi przez ramię raz i drugi, i wsiąkł razem ze mną. Nasz William, z rzadkimi jeszcze włoskami, z obowiązkowym śliniaczkiem, nieporadnie uczący się siedzieć. Nasze mieszkanie w Kalifornii i my w nim w trójkę, jak na innej planecie, jakby przyśniło mi się to wszystko. Tak trudno było nam wrócić z urodzonym w Polsce, trzymiesięcznym Williamem do Stanów! A paradoksalnie, te kilka miesięcy okazało się pięknym rozdziałem naszego życia. Już wiem, że czasem dobrze popłynąć z wiatrem. I że czasem to nie ja wiem najlepiej. Pogodnej niedzieli! Łączę serdeczne pozdrowienia :) M.

Umrzeć - tego nie robi się rodzinie kota

Obraz
Lubiła , gdy zamykałam jej pyszczek w swojej ciepłej, przymkniętej lekko dłoni. Jakkolwiek by nie była zdenerwowana, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamykała oczy (piękne, cudownie zielone, okrągłe oczy, jasne, krótkie, ledwo dostrzegalne rzęsy), odprężała się, układała do snu. Tak właśnie ją powitałam, gdy rodzice przynieśli ją do domu, spłoszoną, maleńką, przed chwilą jeszcze bezdomną. Usiadłam, instynktownie położyłam ją na swojej klatce piersiowej, delikatnie zamykając w dłoni jej pyszczek, oczy i uszy. Miałam wtedy 15 lat.   Każdego ranka pachniała Old Spicem taty, zapach ich pożegnania przed pracą ulatniał się dopiero około południa. Każdej nocy spała nad głową mamy - głośno burczący, futrzany beret. Gustowała w sernikach i wodzie mineralnej. Wygodnie podparta na podkurczonych łapkach jak starsza pani na poduszce, obserwowała świat. Dawniej, gdy telewizory były szersze, ona natomiast szczuplejsza (choć prawdę mówiąc, mało się przez te 15 lat zmieniła), nie...