Co za dzień...
Co za dzień, i tak już od rana, rozchwiany, rozczochrany, emocjonalny dzień. Usiadłam właśnie w domu z kawą na stopniu frontowego pokoju, żeby choć trochę zebrać myśli - ale nie potrafię, bo rozbiegły się we mnie wszędzie, słowo daję, że cała dziś jestem myślami, po dwunastnicę i czubek małego palca u lewej nogi. Rano mail od koleżanki, o narodzinach jej drugiego dziecka. Długi, długi mail. O wielkiej radości, o porodzie, o trzymającej za rękę studentce medycyny. Ja czytam obrazami, ja widzę tę studentkę i widzę tę rękę, i ta ręka wzrusza mnie najbardziej. Ten człowiek w człowieku. Potem śniadanie i zatknięta w bułkę urodzinowa świeczka numer jeden, "niech gżyje, gżyje nam", śpiewają, a jeden wspiera się na polszczyźnie drugiego jak umie. I młody człowiek bez pytania, z naturalną swobodą zdmuchujący moją świeczkę, bo przecież my to jedno. Ten sam człowiek, którego przez prawie pięć lat życia nie potrafiłam nauczyć dmuchnięcia, bo jak to wytłumaczyć? A potem mój cotygod...