Posty

Święto Dziękczynienia

Obraz
A w czwartek obchodziliśmy Święto Dziękczynienia! W domu rodzinnym mojego męża nigdy specjalnie nie przykładano do tego dnia wagi - moi teściowie pochodzą z Indii, przeprowadzili się tutaj po ślubie, gdy mieli po dwadzieścia kilka lat. I choć mąż wraz z resztą rodzeństwa urodził się już w Stanach i w Stanach się wychował, to nie wyniósł z domu wielkiej potrzeby świętowania takich dni jak ten. A jednak. Od kiedy jesteśmy małżeństwem, co roku po dwudziestym listopada, wraz z resztą narodu, gnamy do sklepu, aby zaopatrzyć się w składniki niezbędne do dziękczynnego świętowania. Na naszym stole pojawia się, co pojawić się powinno: jest sos żurawinowy, jest puree ziemniaczane z sosem, jest eggnog, są bataty, są kolby kukurydzy - i oczywiście jest pieczony drób! W naszym przypadku nie indyk - po pierwsze nie przepadamy, po drugie nasza dwuosobowa rodzinka jadłaby go chyba przez miesiąc. Dwa lata temu i w zeszłym roku jedliśmy pieczoną kaczkę. W tym roku upiekliśmy kurczaka, znowu z dwóch przy...

Kieszeń z gąbki i spodnie z kreszu, czyli materialne wspomnienia z dzieciństwa

Obraz
Mydło dało mi wczoraj do myślenia. Taka prawda: mam słabość do mydeł w ładnych opakowaniach - i do przypraw, i do herbat, i do dżemów... Kiedy przyleciałam latem do Polski, panowie celnicy przeszukali mi bagaż, bo prześwietlając walizki zauważyli coś niepokojącego... jakiś kształt uparcie się w nich powtarzał, wskazali mi go na monitorze, o, tu i tu, i tu - i tu. "Czy może nam pani powiedzieć, co to jest?". Po 20-godzinnej podróży nie mogłam (w ogóle po 20-godzinnej podróży intelektualnie mało mogę). Zamieszanie, otwieranie walizek. Miałybyście widzieć ich miny, kiedy oczom ich ukazały się opatulone w odzież... puste słoiki (po Bonne Maman, lubię ichnią konfiturę wiśniową). Mówię: "a to są, proszę panów, słoiczki na grzybki mojego taty" - oni nie mówią nic, a jednak ich wzrok mówi wszystko. W tym roku na Wielkanoc zaprosiliśmy z mężem do siebie koleżankę (tę, którą wcześniej odwiedzaliśmy w Kanadzie i tę, od której miś). Wspomnę szybko, że kilka dni wcześniej wrócił...

Jesień, a także: poszłam po... a wróciłam z...

Obraz
Wiele z Was pokazuje na swoich blogach jesienne zdjęcia - dziś zatem do tego zbiorowego jesiennego krajobrazu dorzucę swoje trzy grosze i ja :) Tak wygląda jesień koło mojego domu: Dorzucę jeszcze, że i ja stałam się dziś ofiarą (żeby to pierwszy raz!) przypadłości o nazwie: poszłam po... a wróciłam z... (udokumentowanej wcześniej na Waszych blogach). Ja poszłam po płatki śniadaniowe, a wróciłam z mydłem. No jak miałam nie kupić, spójrzcie same: Pachnie ładnie, świeżo, ale co Wam będę oczy mydlić ;) Opakowane w taką puszeczkę mogłoby równie dobrze pachnieć średnio, a wręcz całkiem nieciekawie :) Pozdrawiam serdecznie czytających i życzę Wam słonecznego weekendu, M.

Dla ludzi pochyłych niezbędny

Obraz
Kiedy byłam jeszcze w liceum, mój tata przyniósł do domu stosik gazet. Cieszyliśmy się nimi cały wieczór, przeglądaliśmy jak skarby największe! Moi rodzice, babcia i ja. Gazety te bowiem były z roku 1929! Akurat w roku 1929 moja babcia występowała w roli płodu :) Do naszych starych gazet wszyscy lubiliśmy czasem zaglądać, a największym sentymentem obdarzył je chyba przyjaciel babci, pan Bernard - kiedy gazety te wyszły cieplutkie z drukarni, on był już w miarę świadomym, kilkuletnim brzdącem. Mnie najbardziej urzekły w nich reklamy! Stare reklamy w ogóle bardzo lubię. Te są tak rozkoszne, że chcę się dziś nimi z Wami podzielić, mimo że posiadam jedynie obrazki szemranej jakości (będąc jeszcze w Polsce, zrobiłam niektórym stronom zdjęcia). Częstuję Was dziś zatem aparatem do korygowania nosa Zello Punkt (ostatnie zdanie jest jak dla mnie mistrzostwem świata), wodą do ust Aristodont (co to konserwuje zęby), proszkiem Regera (wszak sam pierze), odą do pazurków (...), a na deser - tytułowy...

Lo-lee-ta

Obraz
Pisząc tego posta, piję sobie kawkę milczkę, o jakiej można było dziś przeczytać w Zielonym Czółnie - dozgonnie jestem autorce wdzięczna za nadanie temu zjawisku nazwy :) Dzisiaj, moi mili goście, post nie będzie o domu, o zwierzakach, o miejscach, nie o marzeniach nawet - dzisiaj post będzie o książce! Gdybym miała wskazać jedną książkę, którą przeczytałam wiele razy, znam na wyrywki, co tam! w której godzinami (ze szczęściem w oczach) szukałam poszczególnych słów, a potem je liczyłam i układałam w schematy - mój wybór musiałby paść na "Lolitę" Vladimira Nabokova. "Lolita" jest, moim zdaniem, majstersztykiem (w każdym razie w wersji angielskiej, bo taką ją znam). Spędziłam z tą książką dwa miłe lata, stanowiła lwią część mojej pracy magisterskiej, mam do niej wielki sentyment. Nie oceniam zupełnie jej aspektu społecznego, bo ja filologię studiowałam, a nie socjologię :) Język, jakim jest napisana, jest niezrównany. I te gry słowne! "Lolita" jest jak taka...

Życie, życie, nie tak, że nie ono...

Obraz
Życie, życie, nie tak, że nie ono... Takie oto porażające intelektem powiedzonko stworzyłyśmy z koleżankami na studiach :) Dziś na tytuł posta pasuje jak ulał. Dokładnie tydzień temu dowiedzieliśmy się z mężem, że jednak nici z naszych planów przeprowadzki do Polski. Jak pisałam wcześniej, mój mąż miał pracować dla swojej firmy z domu, wszystko było na najlepszej drodze, a jednak, w ostatniej chwili, klops. Za uzasadnienie klopsa musi nam wystarczyć "jakieś takie osobiste pierwsze odczucie" pewnego pana, do którego, niestety, należało ostatnie słowo. Co tu dużo pisać... Do Polski przylatujemy na święta 21. grudnia, niby zgodnie z planem, a jednak całkiem inaczej. Wiedzieliśmy już, w jakim mieszkaniu stanęłaby nasza pierwsza własna polska choinka. Ba! Mieliśmy już na nią wszystkie ozdoby... A na zdjęciu w tym poście - okno (zauważone przeze mnie w Butchart Gardens, w pobliżu Victorii w Kanadzie, gdzie wybraliśmy się z mężem we wrześniu). Podobno kiedy Bóg drzwi zamyka, to otwi...

Wyróżnienie! I dlaczego za kotem tęskni się inaczej...

Obraz
Na zdjęciach widzimy Berusię, mojego kota panieńskiego, którego dwa lata temu musiałam zostawić w rodzinnym domu. Opowiem Wam dzisiaj, dlaczego za kotem tęskni się inaczej. No bo tak - na odległość można zrobić dużo... Można zaplanować ustawienie nowych mebli w kuchni rodziców. Można pogadać z synkiem koleżanki o jego nowej zabawce, a dziecko już nawet się nie zdziwi, że ciocia tak raz na żywo, a raz na ekranie... Bratu można pomóc napisać wypracowanie i wybrać nową szkołę. Można dzielić radość koleżanki z tego, że jest w ciąży, zaledwie minutę po tym, jak na teście wykwitnie jej czerwona kreseczka. A znowu inną koleżankę można obejrzeć z rosnącym brzuszkiem, zachwycić się dziecięcym łóżeczkiem i nowymi lampkami nad stołem, a pomartwić lekarzem nie takim jakimś, jaki miałby być... Można także ocenić, czy mamie do twarzy w nowym kapeluszu i czy płaszcz zostawić, czy może oddać. Na odległość można dużo, naprawdę. A jednak dla mojego kota na odległość nie mogę zrobić nic. Nasza zażyłość u...