Święto Dziękczynienia





A w czwartek obchodziliśmy Święto Dziękczynienia! W domu rodzinnym mojego męża nigdy specjalnie nie przykładano do tego dnia wagi - moi teściowie pochodzą z Indii, przeprowadzili się tutaj po ślubie, gdy mieli po dwadzieścia kilka lat. I choć mąż wraz z resztą rodzeństwa urodził się już w Stanach i w Stanach się wychował, to nie wyniósł z domu wielkiej potrzeby świętowania takich dni jak ten.

A jednak. Od kiedy jesteśmy małżeństwem, co roku po dwudziestym listopada, wraz z resztą narodu, gnamy do sklepu, aby zaopatrzyć się w składniki niezbędne do dziękczynnego świętowania. Na naszym stole pojawia się, co pojawić się powinno: jest sos żurawinowy, jest puree ziemniaczane z sosem, jest eggnog, są bataty, są kolby kukurydzy - i oczywiście jest pieczony drób! W naszym przypadku nie indyk - po pierwsze nie przepadamy, po drugie nasza dwuosobowa rodzinka jadłaby go chyba przez miesiąc. Dwa lata temu i w zeszłym roku jedliśmy pieczoną kaczkę. W tym roku upiekliśmy kurczaka, znowu z dwóch przyczyn - po pierwsze kupujemy tylko drób z hodowli, w których ów drób ma godne warunki życia (choć tyle możemy zrobić skoro wegetarianami być nie potrafimy), a jakoś takiej kaczki w tym roku nie mogliśmy znaleźć. Po drugie moja mama już kupiła kaczki (sztuk dwie) na Boże Narodzenie i na Nowy Rok, więc tyle poczekamy :) Jak widać, drogie czytelniczki, pieczona kaczka jest bez dwóch zdań naszym ulubionym daniem rodzinnym!

A skąd we mnie potrzeba obchodzenia Święta Dziękczynienia? Ano stąd, że uważam, że dobra tradycja nie jest zła. W moim przypadku świętowanie ma mały związek ze Stanami, a duży - z ideą dziękczynienia jako taką. Tego dnia większość sklepów jest zamknięta, wieczorem na ulicach spokój jak w Polsce w wieczór wigilijny. Z mieszkań sąsiadów czuć piękne zapachy. Cisza. Ten dzień skłania do tego, by pomyśleć o tym wszystkim, za co jesteśmy wdzięczni. A ja jestem wdzięczna za dużo rzeczy!... Za męża, który jest tak dobry, że aż brak mi słów, za rodzinę, za przyjaciół, za zdrowie. Za życie.

Czy chcę, czy nie, w tym dniu myślę o zdarzeniach sprzed trzech lat. Był czerwiec. Zaręczeni, szczęśliwi, jechaliśmy z Kolorado do Oklahomy, żebym mogła poznać moją przyszłą teściową (teść już nie żyje). Na autostradzie w Kansas jedno koło naszego samochodu wpadło w żużel - żużel leżał na poboczu, bo były tam wcześniej jakieś roboty drogowe, nieoznakowane (bo i po co), a że pasa oddzielającego pobocze od jezdni nie było (bo i po co) to śmignęliśmy po tym żużlu, aż miło! I jak śmignęliśmy tak mąż stracił panowanie nad kierownicą. Wpadliśmy na pas trawy oddzielający nasz pas ruchu od przeciwnego i zaczęliśmy obracać się w kółko jak na karuzeli, i raz, i dwa, i trzy... wszystko wokół latało, tumany pyłu uniosły się jak grzyb, a my w środku grzyba, na karuzeli. Za oknami brązowo. I cisza. Mąż powiedział może z dwa słowa, ja nie powiedziałam nic. Żadnej paniki, raczej pustka, próżnia. Czasu zdawało się być tyle, że można by bez pośpiechu skończyć partyjkę warcabów. Miałam czas sprawdzić, czy mam dobrze zapięte pasy i czy siedzę prosto, bo pomyślałam, że jeśli będę siedziała prosto to mi się nogi prosto połamią, a to zawsze lepiej (naprawdę tak pomyślałam!). Wreszcie - akcja. Z trawy nasz samochód, żyjący w tej chwili własnym życiem, wyskoczył na pas ruchu - ten przeciwległy. Z naprzeciwka sunął ku nam amerykańsko duży, siedmioosobowy, wysoki samochód. Czarny. Wielki. Jechał, żeby zderzyć się z nami czołowo, a czas znowu płynął wolno... Raptem zobaczyliśmy szeroko otwarte oczy tej kobiety za kierownicą. Mój mąż wykręcił kierownicę w lewo i docisnął gaz do podłogi - samochód ruszył - kobieta z naprzeciwka skręciła w lewo w tym samym momencie - i tak się wyminęliśmy. Jak się później dowiedzieliśmy, dzielił nas od siebie jeden metr.

Nikomu nic się nie stało, nikomu! My wpadliśmy na trawę obok szosy, samochód się zatrzymał, wysiedliśmy jak gdyby nigdy nic, bez jednego siniaka, samochód bez zadraśnięcia. Na skraju autostrady zatrzymało się kilkanaście samochodów, biegli do nas jacyć ludzie, przyjechało pogotowie, ratownik, po którego ktoś zadzwonił ("ci ludzie, którzy są w tym samochodzie, na pewno nie przeżyją"), w biegu zakładał rękawiczki - fioletowe. I jak dobiegł to nie mógł się nadziwić, że ci ludzie to my! I ci z samochodów też się nie mogli nadziwić, że ci ludzie to my - dobiegli, znaleźli w naszym bagażniku narzędzia i dużo nas nie pytając zaczęli nam zmieniać koło - my z mężem staliśmy w trawie jak dzieci.
A najbardziej nie mogliśmy nadziwić się my - że ci ludzie to my! :)

Drogie panie, lecę do sklepu, bo czas nagli, a i tak posta dziś wyprodukowałam okropnie długiego! Pomyślcie dziś w duchu i Wy, za co jesteście wdzięczne. Jak człowiek tak sobie uświadomi to i owo to od razu mu raźniej, nawet gdy czasem (jak śpiewali Starsi Panowie) "taki jakiś nie taki ten byt".
Ja jestem wdzięczna za metr.

P.S. Zdjęć z dziękczynnego stołu niestety nie posiadam, bo jak ugotowaliśmy, tak zżarliśmy ekspresem. Załączam natomiast zdjęcia pomnika Abrahama Lincolna, które zrobiłam w Waszyngtonie w czerwcu tego roku - to prezydent Lincoln właśnie ogłosił Święto Dziękczynienia świętem narodowym! M.

P.S. 2 I jeszcze - wiersz Wisławy Szymborskiej "Wszelki wypadek" - z dedykacją dla Pauli i Uli:

Zdarzyć się mogło.
Zdarzyć się musiało.
Zdarzyło się wcześniej. Później. Bliżej. Dalej.
Zdarzyło się nie tobie.

Ocalałeś, bo byłeś pierwszy.
Ocalałeś, bo byłeś ostatni.
Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo.
Bo padał deszcz. Bo padał cień.
Bo panowała słoneczna pogoda.

Na szczęście był tam las.
Na szczęście nie było drzew.
Na szczęście szyna, hak, belka, hamulec,
framuga, zakręt, milimetr, sekunda.
Na szczęście brzytwa pływała po wodzie.

Wskutek, ponieważ, a jednak, pomimo.
Co by to było, gdyby ręka, noga,
o krok, o włos
od zbiegu okoliczności.

Więc jesteś? Prosto z uchylonej jeszcze chwili?
Sieć była jednooka, a ty przez to oko?
Nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu.
Posłuchaj,
jak mi prędko bije twoje serce.

Komentarze

  1. Ja tez jestem wdzięczna za ten metr, gdyby nie on nie miałabym okazji czytać Twojego bloga....

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję! Bardzo mi miło i zapraszam jak najczęściej! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow,niesamowita historia.
    Ja jestem wdzięczna za metr którego brakowało do drzewa Maćkowi,bo jakby nie brakowało to jego by nie było i Lenki by nie było...

    Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Taka podobna historia... :( Tak się cieszę, że nam obu się udało! Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  5. ja jestem wdzięczna za kilka centymetrów i że bluza zasłoniła mi twarz gdy rozpędzony tir zahaczył mnie lusterkiem... i za wielkie oczy wielkiego jelenia, które odbiły światło reflektorów co uratowało M... i za pewnego chłopaka, który nie uwierzył, że ja umiem tak długo nurkować... oj mam za co dziękować... a najbardziej za to że umiem doceniać życie

    cieszę się, że taka historia skończyła się tak dobrze i życzę ci byś już nigdy nic podobnego nie przechodziła

    OdpowiedzUsuń
  6. Ushii, dzięki Twojemu komentarzowi przypomniał mi się jeden z moich ulubionych wierszy - dołączam go do posta, z dedykacją, zajrzyj.

    OdpowiedzUsuń
  7. dziękuję
    tego wiersza nie znałam, bardzo mi się podoba

    a wiesz, miałam jeszcze napisać o tym co i u Ciebie w tej opowieści się pojawiło - o tych warcabach. gdybym sama tego nie przeżyła nigdy bym w coś takiego nie uwierzyła, przecież jak oglądamy jakiś wypadek z boku to wszystko dzieje się tak szybko, nie ma czasu na reakcję... a od środka - tkwisz w jakimś dziwnym kokonie, gdzie czas prawie się zatrzymał :)


    dostałaś maila?

    OdpowiedzUsuń
  8. Ushii, pisałam pod bombkami, ale napiszę jeszcze i tu, że maila niestety nie dostałam :(
    Masz rację, ja też bym w ten spokój i kokon nie uwierzyła, gdyby nie tamten wypadek, czas płynie wtedy inaczej. Cieszę się, że mi się przypomniał ten wiersz!

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję,wiersz dający wiele do myślenia.
    Więc myślę,jeszcze o rodzicach,którzy przeżyli...

    OdpowiedzUsuń
  10. O to do Was nadawął by sie mój Pan Kot. On tez takie fikołki potrafi robic samochodem i wychodzi z tego bez jednej zerwanej nitki.

    OdpowiedzUsuń
  11. Trafiłam tu dzisiaj, przypadkiem (nie-przypadkiem) na tego posta. Dziękuję. Za post i za wiersz. I za to, że przypomniałaś, że mam tyle rzeczy do dziękowania!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Od serca

Przy czwarteczku

Zacznijmy od róż