Posty

Salmo salar

Obraz
... czyli łosoś szlachetny. Ryba, która przed przyjściem na świat potomstwa wraca w górę rzeki, tam, gdzie sama przyszła na świat. W poniedziałek, 16. sierpnia, pożegnałam się z naszym kalifornijskim domem i weszłam na pokład boeinga, który zabrał mnie w górę rzeki. Tego posta piszę już z mojego rodzinnego miasta, z kanapki moich rodziców, posilona z rana polskim pieczywem i miodem z rynku :) Teraz czekam jeszcze tylko na męża, który dołączy do nas na początku września - do Stanów wracamy już we trójkę pod koniec stycznia. Kiedy tylko zaszłam w ciążę, wiedziałam, że tak właśnie potoczy się ta historia. Chciałam, żebyśmy tu właśnie, wśród rodziny i przyjaciół, przeżyli ostatnie miesiące ciąży i pierwsze miesiące życia naszego dziecka. Było to oczywiście rozwiązanie trudniejsze, ale ja się trudniejszych rozwiązań nie lękam. Bałam się jednego - tego, że nie pozwoli nam na to stan zdrowia mój i dziecka. Wtedy, rzecz jasna, siedziałabym z tyłkiem na miejscu. A tu niespodzianka!... Ciąża jak...

"Victoria"

Obraz
Drogie panie, znowu jestem w areszcie domowym, bo czekam na pana kuriera - widujemy się z panem ostatnio tak często, że i na końcu świata byśmy się poznali! :) Rosół na wolnym ogniu się rosoli, a ja pakuję nasz ziemski dobytek. Jeden kartonik zajmuje moje bez-dwóch-zdań ulubione tutejsze pismo - "Victoria". Korzystając z okazji zatem postanowiłam przedstawić Wam troszkę tego, co niezmiennie co dwa miesiące cieszy moje oko - a to dlatego, że wiem, że oczy wielu z Was cieszą widoki podobne. Oto zatem łamy ostatniego, lipcowo-sierpniowego numeru "Victorii", które uwieczniałam w nader dziwacznej pozycji klęczno-brzuchatej :) (źródłem wszystkich dzisiejszych zdjęć jest pismo "Victoria" na lipiec/sierpień 2010 - a oto i strona internetowa pisma) Bardzo, bardzo "Victorię" lubię - za piękne zdjęcia, ciekawe artykuły, za miejsca, które prezentuje, a przede wszystkim za spokój, jaki bije z każdej jej strony. To dzięki "Victorii" odkryliśmy, ...

Podróż sentymentalna

Obraz
... A syn w moim brzuchu rośnie! W piątek słuchaliśmy jego serca, bije podobno bardzo rytmicznie i bardzo silnie. Do tego synek jak zwykle zadziwił panią doktor swoimi kuksańcami, podobno niespotykanie mocnymi jak na 26. tydzień ciąży - ja nie mam porównania, ale pani doktor ma i niezmiennie wprawiana jest przez dziecię nasze w zaniemówienie :) Ha, a i tak daleko było tym grzecznym, piątkowym do kopnięć-gigantów, jakimi synek wspaniałomyślnie mnie raczy. 26. tydzień zaledwie, a ja, gdy to piszę, zerkam na mój brzuch, który już teraz faluje i wybrzusza się w rytm synkowych pląsów. Wyjątkowo upodobał sobie krasnalek mój kuksańce w trójpaku, i raz, i dwa, i trzy, a kilka dni temu nauczył się kopać matkę ręką/głową i nogą jednocześnie, po dwóch stronach brzucha, dla zmylenia ojca swego, czającego się z dłonią na właściwy moment. Syn urządza sobie harce w moim brzuchu w nocy, kiedy kładę się spać, a potem budzi mnie średnio co trzy godziny - nad ranem jest już gotowy witać nowy dzień, kr...

O miejscu wyśnionym

Obraz
Drogie dziewczyny, dziękujemy za życzenia pod poprzednim postem i tyle dobrych słów - bardzo, bardzo nam miło! Bardzo się cieszę, że piszecie, ten dialog to dla mnie najmilsza chyba strona prowadzenia bloga - dziękuję. Sprawa jest już zatem przesądzona - na pewno będzie jeszcze jeden post w temacie ślubnym, z większą ilością zdjęć. Przygotowuję sobie ostatnio różne albumy ze zdjęciami (wnioskując, że już wkrótce nie będzie na to czasu), więc będzie jak znalazł :) A tymczasem dziś historia inna, również osobliwa. Co robić, takie już te historie lubią być :) A było to tak: W moim rodzinnym mieście była sobie działka - działka budowlana, niewielka. Słoneczna działka, położona na wzgórzu. Działka należała do ostatnich niezabudowanych w mieście, innych wolnych działek trzeba by już szukać w okolicznych wsiach. Ta natomiast działka cieszyła się jeszcze miejskimi udogodnieniami - miała dostęp do gazu, prądu, kanalizacji, prowadziła do niej ulica oświetlona latarniami, trzy minuty zaś spacerk...

Koncert

Obraz
"W lipowe kwiaty, w lipowe liście Próg ustroiłem na twoje przyjście. Jabłkami, winem, jako przy święcie, Stół zastawiłem na twe przyjęcie." Leopold Staff Za kilka dni, 21. lipca, będziemy z mężem obchodzić naszą trzecią rocznicę ślubu. Kolejny już rok w połowie lipca zaczynam wspominać, wspominać, wspominać!... Pan fotograf, tata naszej bliskiej koleżanki, zrobił nam tego dnia 8 tysięcy zdjęć. Jest więc co oglądać! Zdjęcia w albumach znam już na pamięć, ale na płytach tyle jest jeszcze zdjęć nieodkrytych, a na nich tyle szczegółów zatrzymanych w kadrze, łezka się w oku kręci, to ze wzruszenia, to ze śmiechu. Dzisiaj przedstawiam Wam kilka z tych zdjęć. To właśnie jest mój mąż, bohater drugiego planu moich opowieści. Mój mąż, moja skała, mój wielki przyjaciel. Pamiętacie, jak byłyśmy dziećmi i zostawałyśmy na noc u ukochanej koleżanki czy kuzyna? Taka wielka radość, że nie trzeba się rozstawać, że nie trzeba nigdzie iść, że będziemy razem aż do rana. Proste to porównanie, ale ...

Pożegnanie z aparatem

Obraz
No, nareszcie! W piątek, po 30 długich miesiącach, pożegnałam się z aparatem na zęby. Myślałam, że ten dzień nie nadejdzie już nigdy!... Leczenie przedłużyło się o rok, zęby nie były łaskawe się przesuwać, założono mi mini implancik w ortodontycznych celach, i w ogóle różne różności. Wskutek tego wszystkiego na pytanie, jak długo jeszcze będę nosić aparat, odpowiadałam grobowo "do śmierci" :D A jednak ten piękny dzień nadszedł, co za ulga!... I nie chodzi tu nawet o kwestie wizualne, bo aparat był ceramiczny, przezroczysty, tylko drucik zeń wyzierał - dla jasności obrazu na zdjęciu z testem po prawej szczerzę zęby przybrane w aparat :) Nie chodzi tu również o ból czy inny dyskomfort, bo, krótko mówiąc, przywykłam, nie takie zresztą rzeczy się przeżyło na polu stomatologicznym. Chodzi o jedno: moje miłe, ja od stycznia 2008 roku nie jadłam jabłka jak człowiek! Jak jabłko to tylko obrane i pokrojone w cząsteczki... Inaczej się nie udawało, choć próbowałam dzielnie (na przykład ...

"Więc to ona, ta jedyna, co go sobie nie wybrała gotowego, zupełnego."

Obraz
Część niedziel lubimy z mężem spędzać na zielonej trawce. Mamy taką niedaleko od domu, można dojść spacerkiem w 20 minut, jest trawa, są kwiaty, drzewa, jest woda i deptak. Lubimy leżeć sobie na kocu w cieniu wierzby, czytać, mąż czasem zasypia, patrzę sobie, jak wierzbowe cienie migają mu po twarzy :) I jest pięknie, zwyczajnie i po prostu! Nigdzie się człowiek nie spieszy, niczego nie musi załatwiać, o niczym myśleć, wyjmie sobie człowiek z torby brzoskwinię i ją sobie człowiek zje :) Można leżeć do góry brzuchem (a raczej, ostatnio - na boczku) i po raz dziesiąty czytać tę samą książkę pani Musierowicz. I po raz dziesiąty śmiać się jak głupek, czytając ten sam fragment :) Załączam dziś zdjęcie własnej persony z wczorajszego, niedzielnego wypadu. Niech blogowe ciocie wiedzą, jaki brzuszek pozdrawiają! Oto i on, w całej okazałości! Synek bardzo był akurat ruchliwy, tez tak chyba lubi sobie pobyć na powietrzu, a ja robiłam dla niego na szydełku kocyk. Wiecie, myślę sobie ostatnio o ty...