Posty

Filoli i czas zaklęty

Obraz
Od wczoraj mamy wrzesień, a mój post jeszcze, przekornie, sierpniowy. Przeglądam zdjęcia, w których czas jest zaklęty, zamknięty jak w złotej klatce - a wraz z czasem i my z wtedy, i nasze niedawne, a jednak odległe już nadzieje (może uda się polecieć do Polski?...) i obawy (może się nie uda?...). I fragment największego naszego Czekania. Oto i my - ja z brzuszkiem i syn w brzuszku - na naszej ostatniej przedwylotowej wycieczce w Kalifornii. Na moje życzenie mąż powiódł nas do ogrodów Filoli , które każdy miesiąc przemienia na życzenie swoje własne. Sierpień upływał tam pod rządami hortensji, dalii i niektórych odmian róż: Myślę, że to miejsce spodobałoby się wielu z Was. W tych ogrodach, na wpół zaplanowanych, a na wpół dzikich, jest człowiekowi tak dobrze, może cieszyć oczy kolorami, nos zapachami, płuca - powietrzem. A do tego Filoli to nie tylko te ogrody, ale i budynki, pięknie w nie wpisane, harmonizujące z tym, co wokół. Tu oranżeria - z klatką: A dalej już dom właściwy, złota ...

Salmo salar

Obraz
... czyli łosoś szlachetny. Ryba, która przed przyjściem na świat potomstwa wraca w górę rzeki, tam, gdzie sama przyszła na świat. W poniedziałek, 16. sierpnia, pożegnałam się z naszym kalifornijskim domem i weszłam na pokład boeinga, który zabrał mnie w górę rzeki. Tego posta piszę już z mojego rodzinnego miasta, z kanapki moich rodziców, posilona z rana polskim pieczywem i miodem z rynku :) Teraz czekam jeszcze tylko na męża, który dołączy do nas na początku września - do Stanów wracamy już we trójkę pod koniec stycznia. Kiedy tylko zaszłam w ciążę, wiedziałam, że tak właśnie potoczy się ta historia. Chciałam, żebyśmy tu właśnie, wśród rodziny i przyjaciół, przeżyli ostatnie miesiące ciąży i pierwsze miesiące życia naszego dziecka. Było to oczywiście rozwiązanie trudniejsze, ale ja się trudniejszych rozwiązań nie lękam. Bałam się jednego - tego, że nie pozwoli nam na to stan zdrowia mój i dziecka. Wtedy, rzecz jasna, siedziałabym z tyłkiem na miejscu. A tu niespodzianka!... Ciąża jak...

"Victoria"

Obraz
Drogie panie, znowu jestem w areszcie domowym, bo czekam na pana kuriera - widujemy się z panem ostatnio tak często, że i na końcu świata byśmy się poznali! :) Rosół na wolnym ogniu się rosoli, a ja pakuję nasz ziemski dobytek. Jeden kartonik zajmuje moje bez-dwóch-zdań ulubione tutejsze pismo - "Victoria". Korzystając z okazji zatem postanowiłam przedstawić Wam troszkę tego, co niezmiennie co dwa miesiące cieszy moje oko - a to dlatego, że wiem, że oczy wielu z Was cieszą widoki podobne. Oto zatem łamy ostatniego, lipcowo-sierpniowego numeru "Victorii", które uwieczniałam w nader dziwacznej pozycji klęczno-brzuchatej :) (źródłem wszystkich dzisiejszych zdjęć jest pismo "Victoria" na lipiec/sierpień 2010 - a oto i strona internetowa pisma) Bardzo, bardzo "Victorię" lubię - za piękne zdjęcia, ciekawe artykuły, za miejsca, które prezentuje, a przede wszystkim za spokój, jaki bije z każdej jej strony. To dzięki "Victorii" odkryliśmy, ...

Podróż sentymentalna

Obraz
... A syn w moim brzuchu rośnie! W piątek słuchaliśmy jego serca, bije podobno bardzo rytmicznie i bardzo silnie. Do tego synek jak zwykle zadziwił panią doktor swoimi kuksańcami, podobno niespotykanie mocnymi jak na 26. tydzień ciąży - ja nie mam porównania, ale pani doktor ma i niezmiennie wprawiana jest przez dziecię nasze w zaniemówienie :) Ha, a i tak daleko było tym grzecznym, piątkowym do kopnięć-gigantów, jakimi synek wspaniałomyślnie mnie raczy. 26. tydzień zaledwie, a ja, gdy to piszę, zerkam na mój brzuch, który już teraz faluje i wybrzusza się w rytm synkowych pląsów. Wyjątkowo upodobał sobie krasnalek mój kuksańce w trójpaku, i raz, i dwa, i trzy, a kilka dni temu nauczył się kopać matkę ręką/głową i nogą jednocześnie, po dwóch stronach brzucha, dla zmylenia ojca swego, czającego się z dłonią na właściwy moment. Syn urządza sobie harce w moim brzuchu w nocy, kiedy kładę się spać, a potem budzi mnie średnio co trzy godziny - nad ranem jest już gotowy witać nowy dzień, kr...

O miejscu wyśnionym

Obraz
Drogie dziewczyny, dziękujemy za życzenia pod poprzednim postem i tyle dobrych słów - bardzo, bardzo nam miło! Bardzo się cieszę, że piszecie, ten dialog to dla mnie najmilsza chyba strona prowadzenia bloga - dziękuję. Sprawa jest już zatem przesądzona - na pewno będzie jeszcze jeden post w temacie ślubnym, z większą ilością zdjęć. Przygotowuję sobie ostatnio różne albumy ze zdjęciami (wnioskując, że już wkrótce nie będzie na to czasu), więc będzie jak znalazł :) A tymczasem dziś historia inna, również osobliwa. Co robić, takie już te historie lubią być :) A było to tak: W moim rodzinnym mieście była sobie działka - działka budowlana, niewielka. Słoneczna działka, położona na wzgórzu. Działka należała do ostatnich niezabudowanych w mieście, innych wolnych działek trzeba by już szukać w okolicznych wsiach. Ta natomiast działka cieszyła się jeszcze miejskimi udogodnieniami - miała dostęp do gazu, prądu, kanalizacji, prowadziła do niej ulica oświetlona latarniami, trzy minuty zaś spacerk...