Posty

Willątka adres kalifornijski

Obraz
Kalifornia, Kalifornia, to już cztery lata... Zobaczymy, jak długo jeszcze będziemy tu mieszkać - mamy nadzieję, że już bardzo długo nie. Póki co jednak korzystamy z pięknych okoliczności przyrody - do tej ścieżki spacerowej nad samą wodą, z drewnianymi mostkami, z dala od ulic, idziemy tylko pięć minut! Piękna jest i wieczorem, i w dzień. Nie pokazywałam nigdy dotąd, jak to mój syn urządził się w styczniu po powrocie tutaj. Oto jego łóżeczko, wypatrzone przeze mnie, i kolor, i kształt taki, jaki sobie wymyśliłam. Syn mój przepada za lewkiem i karuzelką, my natomiast doceniamy fakt, iż lewek działa na baterie i nie trzeba go co dwie minuty nakręcać. Gdy byłam w ciąży, nabyliśmy karuzelkę materialną, wielce estetyczną, i zawiesiliśmy ją sobie nad własnym łóżkiem. Ułożyliśmy się pod nią, wsłuchując się w staroświeckie, miłe brzmienie. Po piętnastu jednak minutach i kilkukrotnym wstawaniu w celu nakręcenia karuzelki zdecydowaliśmy, że estetyczna musi odejść... I tak oto nastała era lewka ...

Miesiąc w Polsce

Obraz
Czy nie jest tak, drogie współblogowiczki, że im dłużej nie piszemy tym trudniej zabrać się za napisanie kolejnego posta? Tyle spraw się nazbiera, tyle myśli, że nijak nie wiadomo, od czego zacząć, a na czym skończyć, o czym opowiedzieć, a co pominąć. Bywa jednak tak, że do pisania naszego zainspiruje nas nagle pisanie czyjeś - ja piszę po przeczytaniu poruszającego posta Lewkonii . Tak w kwietniu, w drewnianym letnim domku, który własnoręcznie zbudował mój tata, prezentował się mój powód do dumy, radości, niepokoju i setek wzruszeń: Za nami miesiąc w Polsce. Spięły go jak klamra Wielkanoc (pierwsza Williama) i, pod koniec maja, Pierwsza Komunia Święta mojej jedynej chrześniaczki. W środku miesiąca moja mama miała operację kręgosłupa. Oto mama i ja, codzienne, krótko przed operacją, uchwycone w kadrze, na polu, na którym dom zbudował tata: Na szczęście do czasu naszego wyjazdu mama zdążyła już dojść do siebie, choć jeszcze kilka tygodni nie będzie mogła usiąść, jeszcze kilk...

Wtajemniczony

Obraz
Jem sobie oto - w towarzystwie małżonka - kantalupkę (śmieszna to nazwa taka) i donoszę, że William został niedawno wtajemniczony spożywczo. Podczas naszego marcowego pobytu w Oklahomie u Williamowej babci syn spróbował marchewki! Zasmakowała mu ona bardzo. Tak bardzo, że, zniecierpliwiony, wziął sprawy w swoje (dosłownie) ręce. Oczom nie mogłam uwierzyć, lecz trzeźwość umysłu zachowałam, zdjęcie zrobiłam i dowód posiadam - oto nasz syn, który z punktu wiedział, do czego służy łyżeczka: Co tu dużo mówić - moja krew :) Uwielbiam jeść... I żeby to tylko marchewki... Ściskam Was i życzę Wam udanego spożywczo weekendu! M.

Dni jak z żurnala

Obraz
Moje miłe, piękne nastały czasy: dziecko śpi i je o przewidywalnych (choć z grubsza) porach, na dworze tu u nas nie wiosna już nawet, a lato, bilety na kolejną podróż do Polski kupione. Nic, tylko się radować, co niniejszym czynię. Niedziela, co to była za niedziela!... I drzemka poranna trzyosobowa, leniwie słoneczna, i Msza (William za kościołem przepada - a okazuje się, że za świątynią hinduską, do której powiodła go ostatnio w Oklahomie babcia, również). I długi, przyjemny spacer nad wodą, i kawka nad oną, i obiad w restauracji. Dzień jak z żurnala, nie inaczej :D A do kawki nad wodą - pierniczek. Zaopatrzyliśmy się tejże niedzieli w pierniczki i inne dobra (sok z czarnej porzeczki Horteksu!) w... pobliskim chińskim supermarkecie. Tak, tak, tam właśnie, w dziale "Latino Foods" (!) nabywaliśmy już swego czasu i Ptasie Mleczka, i Torciki Wedlowskie. A na zakończenie dnia syn w domu zasnął, dając matce możność udania się samochodem do sklepu - i nabycia sweterka, w cenie o...

Wiosna w lutym zadziwia mnie po raz czwarty

Obraz
Wiele z Was pisze na blogach o wielkiej, wielkiej potrzebie poczucia już wreszcie wiosny. Tak się składa, że my otrzymaliśmy wiosnę instant 29. stycznia, w momencie, gdy koła samolotu dotknęły ziemi, a może chwilę później, gdy obładowani dobrem wszelakim pod tytułem "bagaż podręczny" wyszliśmy na ląd. Napomknę jeszcze, że dobrem tym byliśmy obładowani po samiusieńkie pachy. Wyobrażaliśmy sobie chyba w czarnych scenariuszach, że w podróży William przebrany będzie musiał być 10 razy (ulewał jeszcze wtedy szczodrze), a buteleczek, prócz maminego mleka, domagał się będzie co kwadrans. A jeśli utkniemy we Frankfurcie? (wszak zima) No to jeszcze 10 pampersików, i jeszcze 3 pajacyki! A jeśli puszka z mlekiem wysypie się w samolocie to co? To pakujemy jeszcze jedną puszkę! Do tego aparat, kamera, 3 (słownie: trzy) laptopy, jeden męża, drugi mój (bliźniaczo podobne), a trzeci pracowy... do tego fotelik samochodowy, żeby syna w samolocie usadzić... no, wyobrażacie sobie. Walizki, torby...

Od środka!

Obraz
Nie pisałam od tak dawna, że nie wiem całkiem, od czego zacząć! Zacznę zatem od środka, bo dziecko drzemie i kto wie, jak długo jeszcze będzie drzemało, to chociaż o środku opowiem trochę :) Jesteśmy już w Stanach. Syn rośnie jak szalony! Stale się zmienia, coraz więcej potrafi. Jeszcze przedwczoraj łapał zabawki tak ledwo, ledwo, a dziś już w swoim małpim gaju (zwanym w porządniejszych domach matą edukacyjną) złapał papugę i ani myślał puścić! Aby czasu cennego nie tracić, nogą przy tym trącał słonika (nogi to w ogóle ma silne od zawsze, już od tych kopniaczków w brzuchu tak wczesnych i gęsto rozdawanych - tak sobie je wyćwiczył onegdaj, że dziś wypoczywa, śpiąc z nogami w górze!). Najmilszą jak dotąd zmianą były, oczywista rzecz, świadome uśmiechy. Moje ulubione chwile w ciągu dnia (i nocy): gdy podchodzę do Willątkowego łóżeczka, a syn na mój widok rozpływa się w wiernym, bezzębnym uśmiechu. O, na przykład takim: Drugą zmianą były postępy w komunikacji :) Dobrze jest opowiadać o świ...

Boże Narodzenie i chrzest

Obraz
W to Boże Narodzenie świętowaliśmy podwójnie - William został ochrzczony. Pajacyk, który miał na sobie tego dnia, kupiłam jeszcze przed zrobieniem testu ciążowego :) Śpiworek - podczas przyjazdu do Polski tej wiosny. Szatki nie haftowałam sama, choć taki był plan pierwotny, dobom brakuje godzin :) Było uroczyście, odświętnie. A syn ma już dwa miesiące! Trudno w to uwierzyć, czas pędzi i pędzi, on rośnie i rośnie!... William śpi, a ja kradnę chwilkę, żeby napisać, pozaglądać do Was. Króciutko, biegnę spać, bo za chwilę trzeba będzie się obudzić :) Macham do Was z mojej kanapki - M.