Posty

22:26

Obraz
22:26. Biorę głęboki oddech i wszystko naraz widzę inaczej. Mój mąż, z dobroci serca, pracuje właśnie na pustaki do naszego domu. Staję obok niego i wyraźnie widzę, jak wokół biurka gromadzą się stosy pustaków, okien, desek podłogowych i terakoty. Nad naszymi głowami przelatuje nawałnica materiałów budowlanych. Fala stolarki okienno-drzwiowej zalewa nam pokój... Pośród tej betonowej kipieli, w tym glazurowym odmęcie, mój mąż siedzi na krześle jak na łódce. Niewzruszony. Skupiony. Wąska lampka jak morska latarnia rzuca światło na jego zmęczoną twarz, myślące oczy, tańczące na klawiaturze palce. Przypuszczam, że powiedziałam coś, wchodząc, ale przewalający się nad nami sztorm szczęśliwie wszystko zagłuszył. Spokojnie płyniemy dalej. Ze specjalnymi pozdrowieniami dla wszystkich mających w domu własnych Zapracowanych - Wasza Marchew P.S. Zdjęcie z początku nasze wspólnego Rejsu.

Drewniana łyżka

Obraz
William dostał od taty małą drewnianą łyżkę. Nie rozstaje się z nią! Od znalezienia jej zaczyna dzień, a obejmując ją dzień kończy. Trzyma ją zawsze odwrotnie niż zwyczajowo, i trzonkiem bada wszystko, co wokół. Zawartość maminego talerza, twardość jabłek, kruchość ciastka, puchatość poduszki. Chce się z nią kąpać! Chce z nią wychodzić na spacer! Gdy leży w swoim łóżeczku, ułożony do snu, śpiewam mu kołysanki (a bywa, że również "O mój rozmarynie..." i ... "Rotę", ... i kolędy, ... i "Amazing Grace"), a on, spokojny, wieczorny, jedną łapką ściska moją rękę, a drugą wymachuje w powietrzu swoją łyżką. Chuda drewniana łyżka z okrągłym, patykowatym trzonkiem, poplamiona malinami. Nieruchomieje dopiero pod koniec dnia, w dłoni ciepło śpiącego syna. Delikatnie wyjmuję ją spomiędzy jego palców, jutro znów wyruszy wraz z nim badać świat. Dużo dobra na cały dzień! M. P.S. Zdjęcia - lipcowe, z Lasu :)

Cztery kąty i syn piąty

Obraz
Dziś, przy niedzieli, rzecz niebywała - wnętrznościowy post mego autorstwa :)) Korzystając z drzemki syna zmobilizowałam się i obfotografowałam dwa dni temu jego pokój. Ach, co to była za praca w pocie czoła i z rozwianym włosem!... Nie żebym się napracowała nad samym aparatem, bo ja się na tym zupełnie nie znam, ale żeby w kadrach było to, co chcę, pod tym a nie nnym kątem i w takim a nie innym świetle... ciężka fizyczna praca, powiadam, i czapki z głów przed tymi, którzy takie rzeczy na co dzień :)) Mieszkamy tu już prawie od roku, pokój Williama przybrał już całkiem konkretny kształt. Największą frajdę czerpię z faktu, że wszystko w jego pokoju pochodzi z innego źródła, a dla moich ócz jest uprzejme tak przyjemnie się ze sobą komponować. A to było tak: samochodziki pochodzą ze sklepu z gazetami we wsi obok Ulubionego Lasu, poduszkę nabyliśmy w dniu USG połówkowego, kiedy dowiedzieliśmy się, że urodzi nam się syn, kocyk pod poduszką zrobiła dla Williama babcia (mama męża) i podarował...

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku...

Obraz
(... rodziców, oczywista!) Kiedy się przeziębiam to nieomylny znak, że w ciągu doby lub dwóch przeziębiony będzie również mój syn. Zdarza się, że mijają kolejne dwie doby i do syna dołącza małżonek. Od kiedy jesteśmy we trójkę, rządzi nami przeziębieniowe prawo serii! Pogoda w Anglii przez kilka dni po naszym powrocie była iście wakacyjna, szybko się jednak opamiętała, wracając do dystyngowanej angielskiej wczesnej jesieni, ze sweterkami, półbutami, a nawet - apaszkami... Z uwagi na podwyższoną temperaturę dzieckową, tę jesień za oknem i dla zdrowia reszty społeczeństwa nie wychodzimy dziś na spacer. Ani na plac zabaw do parku. Ambitniejsze prace domowe zawieszone, jeden tylko obiad samograj Się Robi. A my nic tylko bierzemy ten nieokrojony czas i jesteśmy w nim razem, jeszcze bardziej niż zazwyczaj. A to oglądamy Misia U. (od niedawna William tak rozkosznie rozkłada się na poduszkach na kanapie, jak chłopiec, a nie dzidza, no napatrzeć się na tę transformację nie mogę), a to uczymy si...

Borowik ślachetny

Obraz
- Idziesz na grzybki? - panowie sąsiedzi, sączący towarzysko piwko na tarasie domku nieopodal, zagadnęli mojego tatę. - Nieeee, ja tu mam dzisiaj swojego grzybka - wskazując na Williama odpowiedział z uśmiechem mój tata grzybiarz, człowiek anielsko cierpliwy i prawy, konsekwentnie zwany przeze mnie Ojcem Przewielebnym. - Nooo, borowik ślachetny - odparł jeden z sąsiadów, mój osobisty wujek Ślązak. - Ale broi jak szatan - dorzucił dyskretnie wujkowy towarzysz, pan Mietek. Tak pięknej urody dialog posłyszeć można było pewnego lipcowego ranka w moim Ulubionym Lesie, w którym to moi rodzice mają letniskowy domek. Pysznie drewniany, słodko niewielki, zbudowany od podstaw własnoręcznie, niespiesznie, dokładnie, przez mojego tatę. Kiedy rodzice kupowali tę działkę, był to po prostu kawałeczek pola, rżysko pod lasem, z którego moja mama godzinami wyczesywała grube, sztywne łodygi, wygrabiała kamienie. Dziś wokół domku rozpościera się bujna trawa, rosną brzozy, świerki, sosny i leszczyny sadzon...

Zacznijmy od róż

Obraz
To był beżowy, rozpinany sweter w pąsowe róże. Właścicielka swetra, śliczna, delikatna, niebieskooka naturalna blondynka, pewna siebie, nieodmiennie zadbana i odprasowana, z paznokciami, pierścionkiem zaręczynowym i dyskretnym makijażem, studiowała na moim roku, w równoległej grupie. Usadowiona na ławce przed aulą jadłam kanapkę, a oddając się tej miłej czynności gastronomicznej dumałam nad urodą pąsowego swetra, własną (podówczas) niechęcią do żelazka oraz wstawania wcześniej niż 40 minut przed odjazdem autobusu wiodącego mnie na dworzec. Nie polubiłybyśmy się, zadecydowałam. Miało być inaczej. Jak film migają mi przed oczami chwile... Naszych pierwszych rozmów nie pamiętam. Pamiętam już za to jej kilkudniowe wesele. Wspólne wyjazdy paczką wspólnych znajomych. Sylwester "Lata 80-te", siedzimy na schodach w przerwie między tańcami, ona z włosami w palemkę, ja w bijących po oczach turkusach. Urodzinowe Dracool Party z mym świeżo poznanym przyszłym małżonkiem, on w roli Dracool...

Koko & Ko

Obraz
Mamy pierwsze słowa prócz mamamama, tatatata i babababa (względnie: babs). Ciąg melodyjnych sylab o tematyce rodzinnej przerwało jakieś dwa tygodnie temu nieśmiałe, acz krótkie i stanowcze "koko", wypowiedziane na widok kurki, co to wchodzi w skład zabawkowego gospodarstwa. Dziecię przemówiło, a ja oniemiałam. Nareszcie! Nareszcie, synu, porozmawiamy! Rzuciłam się znajdować na synkowym regale książeczki o treściach okołozwierzęcych i proszę, kto by nie ilustrował i jak - "koko". "Koko". "Koko". A wypowiadać "koko" trzeba, wedle synkowego wzorca, wargi zawijając do środka, na zęby (to koniecznie!), cichutko acz wyraźnie, nie wiedzieć czemu nieco wstydliwie (warto spuścić oczy), lecz głosem dumnie uniesionym. I jak tu dziecięcia swego nie zacałować? Jak? Równolegle do "koko" karierę robi słowo "ko" - czyli "kot". Mam ja w domu rodzinnym kota, seniorkę piętnastoletnią, czyściutką i arystokratyczną pannę dachow...