Posty

Dwa lata

Obraz
Zupełnie nie umiałam wyobrazić sobie jego narodzin. Tego przejścia z życia do życia. Czas miał się zatrzymać - i ruszyć. Jak to możliwe, żeby tak wszystko zaraz umiało wskoczyć w odnośne trybiki?... Usta zaczerpną powietrza, płuca będą wiedziały, co z powietrzem zrobić... Czy to, co w moim dziecku jest mojemu dziecku niezbędne do życia, znajdzie sie bezszelestnie na z góry upatrzonych pozycjach? Czy kalejdoskopowe szkiełko z wdziękiem dołączy do szkiełka? Na stole operacyjnym dziewczyna w białym gieźle, z luźno zaplecionym warkoczem, z paznokciami bez lakieru, z bladą kreską na palcu w miejscu obrączki. Unieruchomiona, a gotowa do skoku. Głos "rodzi się William", a zaraz potem nade mną ślimaczek skulony w dłoniach chirurga. Zalękniony przybysz z innej planety, z wnętrza mnie. Cały. Zdrowy. Całuję jego czoło, mówię "cześć, synku". Wielkie, ciemne oczy wpatrują się we mnie mgliście, ale z najwyższą uwagą. Tkliwość rozsadza ...

Jesień

Obraz
Właściwie to cieszę się, że przyszła jesień. Lubię lato, nawet bardzo, lato jest lubić łatwo. Wycisnęłam z tego lata, ile mogłam, choćby i do takiego parku wykonując po dwa kursy dziennie (domku z ogródkiem pragnę!), celem dotlenienia dziecka - i siebie. A teraz celebruję chmurki za oknem, szare popołudnia, wolniejsze tempo, częstszy widok Willemka z klockami na dywanie, czas na niespieszne porządki w szafie i komodach, z przytulnym radiowym szemraniem w tle, czas na lampkę, herbatkę, koc. Rozkoszne poczucie niemarnotrawienia czasu, gdy jesteśmy najzwyczajniej w domu. Jesień, jesień, jesienią nic już nie trzeba! Tego lata byłam w Polsce trzy razy - w lipcu i w sierpniu w domu, u rodziców, a we wrześniu - u przyjaciół w Warszawie. We wrześniu był też u nas na dwa tygodnie mój brat. Pojutrze lecimy do Stanów, do rodziny mężowej, a zaraz po naszym powrocie przylecą do nas moi rodzice. A potem tylko wypatrywać Bożego Narodzenia, które spędzimy w Polsce... Bilety lotnicze odmi...

22:26

Obraz
22:26. Biorę głęboki oddech i wszystko naraz widzę inaczej. Mój mąż, z dobroci serca, pracuje właśnie na pustaki do naszego domu. Staję obok niego i wyraźnie widzę, jak wokół biurka gromadzą się stosy pustaków, okien, desek podłogowych i terakoty. Nad naszymi głowami przelatuje nawałnica materiałów budowlanych. Fala stolarki okienno-drzwiowej zalewa nam pokój... Pośród tej betonowej kipieli, w tym glazurowym odmęcie, mój mąż siedzi na krześle jak na łódce. Niewzruszony. Skupiony. Wąska lampka jak morska latarnia rzuca światło na jego zmęczoną twarz, myślące oczy, tańczące na klawiaturze palce. Przypuszczam, że powiedziałam coś, wchodząc, ale przewalający się nad nami sztorm szczęśliwie wszystko zagłuszył. Spokojnie płyniemy dalej. Ze specjalnymi pozdrowieniami dla wszystkich mających w domu własnych Zapracowanych - Wasza Marchew P.S. Zdjęcie z początku nasze wspólnego Rejsu.

Drewniana łyżka

Obraz
William dostał od taty małą drewnianą łyżkę. Nie rozstaje się z nią! Od znalezienia jej zaczyna dzień, a obejmując ją dzień kończy. Trzyma ją zawsze odwrotnie niż zwyczajowo, i trzonkiem bada wszystko, co wokół. Zawartość maminego talerza, twardość jabłek, kruchość ciastka, puchatość poduszki. Chce się z nią kąpać! Chce z nią wychodzić na spacer! Gdy leży w swoim łóżeczku, ułożony do snu, śpiewam mu kołysanki (a bywa, że również "O mój rozmarynie..." i ... "Rotę", ... i kolędy, ... i "Amazing Grace"), a on, spokojny, wieczorny, jedną łapką ściska moją rękę, a drugą wymachuje w powietrzu swoją łyżką. Chuda drewniana łyżka z okrągłym, patykowatym trzonkiem, poplamiona malinami. Nieruchomieje dopiero pod koniec dnia, w dłoni ciepło śpiącego syna. Delikatnie wyjmuję ją spomiędzy jego palców, jutro znów wyruszy wraz z nim badać świat. Dużo dobra na cały dzień! M. P.S. Zdjęcia - lipcowe, z Lasu :)

Cztery kąty i syn piąty

Obraz
Dziś, przy niedzieli, rzecz niebywała - wnętrznościowy post mego autorstwa :)) Korzystając z drzemki syna zmobilizowałam się i obfotografowałam dwa dni temu jego pokój. Ach, co to była za praca w pocie czoła i z rozwianym włosem!... Nie żebym się napracowała nad samym aparatem, bo ja się na tym zupełnie nie znam, ale żeby w kadrach było to, co chcę, pod tym a nie nnym kątem i w takim a nie innym świetle... ciężka fizyczna praca, powiadam, i czapki z głów przed tymi, którzy takie rzeczy na co dzień :)) Mieszkamy tu już prawie od roku, pokój Williama przybrał już całkiem konkretny kształt. Największą frajdę czerpię z faktu, że wszystko w jego pokoju pochodzi z innego źródła, a dla moich ócz jest uprzejme tak przyjemnie się ze sobą komponować. A to było tak: samochodziki pochodzą ze sklepu z gazetami we wsi obok Ulubionego Lasu, poduszkę nabyliśmy w dniu USG połówkowego, kiedy dowiedzieliśmy się, że urodzi nam się syn, kocyk pod poduszką zrobiła dla Williama babcia (mama męża) i podarował...

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku...

Obraz
(... rodziców, oczywista!) Kiedy się przeziębiam to nieomylny znak, że w ciągu doby lub dwóch przeziębiony będzie również mój syn. Zdarza się, że mijają kolejne dwie doby i do syna dołącza małżonek. Od kiedy jesteśmy we trójkę, rządzi nami przeziębieniowe prawo serii! Pogoda w Anglii przez kilka dni po naszym powrocie była iście wakacyjna, szybko się jednak opamiętała, wracając do dystyngowanej angielskiej wczesnej jesieni, ze sweterkami, półbutami, a nawet - apaszkami... Z uwagi na podwyższoną temperaturę dzieckową, tę jesień za oknem i dla zdrowia reszty społeczeństwa nie wychodzimy dziś na spacer. Ani na plac zabaw do parku. Ambitniejsze prace domowe zawieszone, jeden tylko obiad samograj Się Robi. A my nic tylko bierzemy ten nieokrojony czas i jesteśmy w nim razem, jeszcze bardziej niż zazwyczaj. A to oglądamy Misia U. (od niedawna William tak rozkosznie rozkłada się na poduszkach na kanapie, jak chłopiec, a nie dzidza, no napatrzeć się na tę transformację nie mogę), a to uczymy si...

Borowik ślachetny

Obraz
- Idziesz na grzybki? - panowie sąsiedzi, sączący towarzysko piwko na tarasie domku nieopodal, zagadnęli mojego tatę. - Nieeee, ja tu mam dzisiaj swojego grzybka - wskazując na Williama odpowiedział z uśmiechem mój tata grzybiarz, człowiek anielsko cierpliwy i prawy, konsekwentnie zwany przeze mnie Ojcem Przewielebnym. - Nooo, borowik ślachetny - odparł jeden z sąsiadów, mój osobisty wujek Ślązak. - Ale broi jak szatan - dorzucił dyskretnie wujkowy towarzysz, pan Mietek. Tak pięknej urody dialog posłyszeć można było pewnego lipcowego ranka w moim Ulubionym Lesie, w którym to moi rodzice mają letniskowy domek. Pysznie drewniany, słodko niewielki, zbudowany od podstaw własnoręcznie, niespiesznie, dokładnie, przez mojego tatę. Kiedy rodzice kupowali tę działkę, był to po prostu kawałeczek pola, rżysko pod lasem, z którego moja mama godzinami wyczesywała grube, sztywne łodygi, wygrabiała kamienie. Dziś wokół domku rozpościera się bujna trawa, rosną brzozy, świerki, sosny i leszczyny sadzon...