Posty

Dzień Środkowy

Obraz
  Wczoraj (24.01) były urodziny mojego małżonka (jak i jego brata bliźniaka), jutro (26.01) będą moje, a dziś mamy Dzień Środkowy. Przez pierwsze lata naszego związku Dzień Środkowy pozostawał niezagospodarowany, taka smutna działeczka dziko porośnięta perzem między dwoma zadbanymi ogródkami z klombami piwonii. I tak aż do dzisiaj. Oto oficjalnym dekretem domowym nad dniem 25.01 objął patronat nasz syn, wciąż roboczo zwany Puszkiem. Dostał on z tej okazji z rana paczkę lego duplo do swojej kolekcji ( Akacjello , w temacie duplo zawsze przychodzicie mi radośnie na myśl), jak i czekoladową babeczkę matczynego wypieku. Teraz wszystko jest jak należy.  Zawsze lubiłam późne pourodzinowe wieczory, gdy dom już posprzątany, naczynia pozmywane, jedzenie pochowane (a jeszcze czuć w powietrzu zapach dobrego obiadu, ciasta, zaparzonej kawy), kwiaty w wazonie wciąż w formie, świece jeszcze niezdmuchnięte.  Wspominaliśmy z małżonkiem nasze dwa pierwsze mieszkania, jeszcze w...

Dzień Dziadka

Obraz
(Prawnuk) Zadzwoniłam dziś do mojego dziadka, ojca mojego taty, młodziana po osiemdziesiątce. Gdy dorastałam nie byliśmy sobie bardzo bliscy, nad czym ubolewam - ubolewam, takie literackie słowo, a próżno szukać lepszego. Żadnych rodzinnych kataklizmów, żadnych barwnych sporów. Po prostu, tak wyszło. Pewnie nie mogło wyjść inaczej... Surowy, małomówny, solidny mężczyzna. Kiedy mieszkałam jeszcze z rodzicami i odbierałam telefon od dziadka, słyszałam - zawsze, zawsze - te same dwa słowa: "Tata jest?". I nic więcej. Nigdy. Lata mijały, widywaliśmy się z babcią i z dziadkiem z okazji świąt, urodzin, jakichś niedziel, wachlarza familijnych uroczystości. Chyba nie rozmawialiśmy wcale, on i ja. W roku 2003, a może trochę wcześniej lub później, zachorowała babcia. Pojechaliśmy do nich pewnego niedzielnego popołudnia, babcia spała. Usiadłam na podłodze ich kawalerki, po ciemku, dziadek przysiadł w fotelu. Wyraźnie zmęczony, zapatrzony w przestrzeń. Zajmował się już w...

Dwa lata

Obraz
Zupełnie nie umiałam wyobrazić sobie jego narodzin. Tego przejścia z życia do życia. Czas miał się zatrzymać - i ruszyć. Jak to możliwe, żeby tak wszystko zaraz umiało wskoczyć w odnośne trybiki?... Usta zaczerpną powietrza, płuca będą wiedziały, co z powietrzem zrobić... Czy to, co w moim dziecku jest mojemu dziecku niezbędne do życia, znajdzie sie bezszelestnie na z góry upatrzonych pozycjach? Czy kalejdoskopowe szkiełko z wdziękiem dołączy do szkiełka? Na stole operacyjnym dziewczyna w białym gieźle, z luźno zaplecionym warkoczem, z paznokciami bez lakieru, z bladą kreską na palcu w miejscu obrączki. Unieruchomiona, a gotowa do skoku. Głos "rodzi się William", a zaraz potem nade mną ślimaczek skulony w dłoniach chirurga. Zalękniony przybysz z innej planety, z wnętrza mnie. Cały. Zdrowy. Całuję jego czoło, mówię "cześć, synku". Wielkie, ciemne oczy wpatrują się we mnie mgliście, ale z najwyższą uwagą. Tkliwość rozsadza ...

Jesień

Obraz
Właściwie to cieszę się, że przyszła jesień. Lubię lato, nawet bardzo, lato jest lubić łatwo. Wycisnęłam z tego lata, ile mogłam, choćby i do takiego parku wykonując po dwa kursy dziennie (domku z ogródkiem pragnę!), celem dotlenienia dziecka - i siebie. A teraz celebruję chmurki za oknem, szare popołudnia, wolniejsze tempo, częstszy widok Willemka z klockami na dywanie, czas na niespieszne porządki w szafie i komodach, z przytulnym radiowym szemraniem w tle, czas na lampkę, herbatkę, koc. Rozkoszne poczucie niemarnotrawienia czasu, gdy jesteśmy najzwyczajniej w domu. Jesień, jesień, jesienią nic już nie trzeba! Tego lata byłam w Polsce trzy razy - w lipcu i w sierpniu w domu, u rodziców, a we wrześniu - u przyjaciół w Warszawie. We wrześniu był też u nas na dwa tygodnie mój brat. Pojutrze lecimy do Stanów, do rodziny mężowej, a zaraz po naszym powrocie przylecą do nas moi rodzice. A potem tylko wypatrywać Bożego Narodzenia, które spędzimy w Polsce... Bilety lotnicze odmi...

22:26

Obraz
22:26. Biorę głęboki oddech i wszystko naraz widzę inaczej. Mój mąż, z dobroci serca, pracuje właśnie na pustaki do naszego domu. Staję obok niego i wyraźnie widzę, jak wokół biurka gromadzą się stosy pustaków, okien, desek podłogowych i terakoty. Nad naszymi głowami przelatuje nawałnica materiałów budowlanych. Fala stolarki okienno-drzwiowej zalewa nam pokój... Pośród tej betonowej kipieli, w tym glazurowym odmęcie, mój mąż siedzi na krześle jak na łódce. Niewzruszony. Skupiony. Wąska lampka jak morska latarnia rzuca światło na jego zmęczoną twarz, myślące oczy, tańczące na klawiaturze palce. Przypuszczam, że powiedziałam coś, wchodząc, ale przewalający się nad nami sztorm szczęśliwie wszystko zagłuszył. Spokojnie płyniemy dalej. Ze specjalnymi pozdrowieniami dla wszystkich mających w domu własnych Zapracowanych - Wasza Marchew P.S. Zdjęcie z początku nasze wspólnego Rejsu.

Drewniana łyżka

Obraz
William dostał od taty małą drewnianą łyżkę. Nie rozstaje się z nią! Od znalezienia jej zaczyna dzień, a obejmując ją dzień kończy. Trzyma ją zawsze odwrotnie niż zwyczajowo, i trzonkiem bada wszystko, co wokół. Zawartość maminego talerza, twardość jabłek, kruchość ciastka, puchatość poduszki. Chce się z nią kąpać! Chce z nią wychodzić na spacer! Gdy leży w swoim łóżeczku, ułożony do snu, śpiewam mu kołysanki (a bywa, że również "O mój rozmarynie..." i ... "Rotę", ... i kolędy, ... i "Amazing Grace"), a on, spokojny, wieczorny, jedną łapką ściska moją rękę, a drugą wymachuje w powietrzu swoją łyżką. Chuda drewniana łyżka z okrągłym, patykowatym trzonkiem, poplamiona malinami. Nieruchomieje dopiero pod koniec dnia, w dłoni ciepło śpiącego syna. Delikatnie wyjmuję ją spomiędzy jego palców, jutro znów wyruszy wraz z nim badać świat. Dużo dobra na cały dzień! M. P.S. Zdjęcia - lipcowe, z Lasu :)

Cztery kąty i syn piąty

Obraz
Dziś, przy niedzieli, rzecz niebywała - wnętrznościowy post mego autorstwa :)) Korzystając z drzemki syna zmobilizowałam się i obfotografowałam dwa dni temu jego pokój. Ach, co to była za praca w pocie czoła i z rozwianym włosem!... Nie żebym się napracowała nad samym aparatem, bo ja się na tym zupełnie nie znam, ale żeby w kadrach było to, co chcę, pod tym a nie nnym kątem i w takim a nie innym świetle... ciężka fizyczna praca, powiadam, i czapki z głów przed tymi, którzy takie rzeczy na co dzień :)) Mieszkamy tu już prawie od roku, pokój Williama przybrał już całkiem konkretny kształt. Największą frajdę czerpię z faktu, że wszystko w jego pokoju pochodzi z innego źródła, a dla moich ócz jest uprzejme tak przyjemnie się ze sobą komponować. A to było tak: samochodziki pochodzą ze sklepu z gazetami we wsi obok Ulubionego Lasu, poduszkę nabyliśmy w dniu USG połówkowego, kiedy dowiedzieliśmy się, że urodzi nam się syn, kocyk pod poduszką zrobiła dla Williama babcia (mama męża) i podarował...